Czystość

Cnota czystości jest aspektem kardynalnej cnoty umiarkowania. Zawiera ona trwałą dyspozycję, pozwalającą panować nad popędem seksualnym. Ze względu na zachowanie gatunku ludzkiego, skłonność do przekazywania życia jest wyjątkowo mocną siłą. Dlatego włączenie tej siły w cele służące życiu i z zachowaniem szacunku dla praw i godności drugiego człowieka wymaga szczególnej uwagi. Jedną z konsekwencji grzechu pierworodnego jest łatwość, z jaką sfera seksualna uniezależnia się i domaga wrażeń erotycznych poza wszelką kontrolą władz duchowych. Płciowość i przyjemności, jakich ona dostarcza, będąc czymś naturalnym, same w sobie są dobre. Ale wartość moralna aktywności seksualnej i głębsza satysfakcja duchowa, jaką może ona przynieść, zależą od usytuowania płciowości wewnątrz dynamiki miłości prawdziwej i odpowiedzialnej, a jeszcze bardziej miłości nadprzyrodzonej, caritas.

Praktykowanie cnoty czystości pociąga za sobą wychowanie pragnienia seksualnego w kierunku dobra prawdziwego, nie tylko jednostki, ale i drugiej osoby, która jest przedmiotem pragnienia, oraz dziecka, które może zostać poczęte w wyniku cielesnego zjednoczenia osób, i które – nawet jeśli jeszcze nie istnieje – ma prawo narodzić się w odpowiedzialnej rodzinie. Wzajemna współpraca zmysłowej pożądliwości seksualnej z władzami duchowymi (inteligencją i wolą) dążącymi do prawdziwego dobra, jest nie tylko możliwa, ale i naturalna, gdyż pożądliwość potrzebuje światła i ukierunkowania, dostarczanych przez władze duchowe. Dlatego święty Tomasz z Akwinu umieszcza cnotę umiarkowania i podporządkowane jej cnoty nie w obszarze rozumu i woli, ale emocji (namiętności), które wspierają wybór dobra dokonywany przez intelekt. Tylko wtedy, gdy pragnienie seksualne ukształtowane zostało przez cnotę czystości, przyjmując orientację duchową, człowiek osiąga w tej sferze moralną dojrzałość. Uporządkowanie namiętności seksualnych przez cnotę czystości nie oznacza ich eliminacji. W kontekście małżeństwa, gdzie wzajemnie przenikają się odpowiedzialność i otwartość na przekazywanie życia, ciepło i satysfakcja duchowa płynąca z miłości małżeńskiej doskonalą się, a nie pomniejszają. Ponadto, wymiar sakramentalny, otwierający na samą miłość Chrystusa ofiarowaną ludzkości, sprawia, że miłość ludzka we wszystkich swych sferach przenikana jest nadprzyrodzoną miłością caritas i przez to oczyszczana z wszelkich pozostałości egoizmu.

Przydatnym w zrozumieniu natury czystości może być odniesienie do innej dyspozycji, określanej mianem wstrzemięźliwości, którą można byłoby porównać do „hamulca bezpieczeństwa” dla silnych i nieuporządkowanych namiętności seksualnych. Wstrzemięźliwość ma w sobie coś z cnoty, nie jest jednak prawdziwą cnotą. Osoba czysta nie jest, w istocie, niepokojona przez silne namiętności zmysłowe, gdyż zostały już one ukształtowane do tego, by podążać w kierunku wskazanym przez rozum i wyrażają się jedynie wewnątrz odpowiedzialnego zjednoczenia cielesnego małżonków. Natomiast osoba wstrzemięźliwa atakowana jest jeszcze przez takie namiętności. Wstrzemięźliwość sytuuje się nie w obszarze umiarkowanej namiętności, jak czystość, ale w obszarze woli. Oto dlaczego nie jest cnotą doskonałą. W osobie czystej, namiętność współdziała z rozumem i wolą, gdzie się „zadomowiła”, podczas gdy w osobie wstrzemięźliwej namiętność sprzeciwia się jeszcze rozumowi i powstrzymywana jest poprzez siłę woli.

Czystość i wstrzemięźliwość różnią się od neurotycznego odrzucenia płciowości. W tłumieniu neurotycznym rozum i wola nie mają dostępu do pożądliwości seksualnej, która tłumiona jest przez inne emocje, takie jak strach, czy „asertywne” emocje ambicji i odwagi. W neurozie, płciowość odczuwana jest jako zło i odrzucana przez siłę psychiczną i emotywną, podczas gdy w przypadku samokontroli cnoty, płciowość jest szanowana i odczuwana jako rzeczywistość głęboko pozytywna i potrzebna, o ile kierują nią władze duchowe.

Ewangeliczna rada absolutnej czystości, jaką proponuje Chrystus, i jaką przyjmuje się poprzez ślub czystości albo konsekrowane dziewictwo, jest sposobem głębszej identyfikacji z Chrystusem. Powodowana jest miłością Boga i umacnia tę miłość, obdarzając ją płodnością duchową. Osoby konsekrowane żyjące w takiej czystości są eschatologicznym znakiem, który ukazuje w widzialny sposób w Kościele, że życie łaski jest prawdziwe, ponieważ możliwym jest oprzeć całe życie osoby, we wszystkich jego wymiarach, a nie tylko w pewnym jego aspekcie czy okresie, na tajemniczej, lecz rzeczywistej łasce Boga.

O. Wojciech Giertych OP, Teolog Domu Papieskiego

 

        Miłość

„(...) miłość Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego, który został nam dany” (Rz 5,5). Ów dar Bożej miłości “wcielił” się w naszą ludzką miłość, przekształcając ją wewnętrznie, oczyszczając i umacniając, stając się tym samym nośną siłą chrześcijańskiego etosu. Co to wszystko oznacza? W jaki sposób możemy doświadczyć boskiego przemienienia?

Każdy z nas staje się przyjacielem Boga dzięki darowi łaski. Jak to możliwe? Przyjaźń potrzebuje relacji równości, wspólnego celu i wzajemnej komunikacji. Bóg, wznosząc nas na nadprzyrodzony poziom dzięki swojej łasce (2P 1,4) ofiarował nam możliwość spotkania Go. A naszym celem jest życie wieczne w Nim, gdyż jesteśmy zdolni zachować więź wzajemności z Bogiem za pośrednictwem naszego Brata, Jezusa Chrystusa (1Kor 1,9). Poprzez życie na modlitwie i otworzenie się na boskie natchnienia możemy ocalić naszą ufność, naszą bliskość i naszą przyjaźń z Bogiem.

Miłość nadprzyrodzona – która jest jedyną niebieską rzeczywistością, jaką możemy doświadczyć już tu, na ziemi – objawia się poprzez relacje z naszymi braćmi. Nasza miłość do tych wszystkich, których spotykamy i znamy, nie pozostaje w sprzeczności wobec miłości do Boga, gdyż kochamy innych mając właśnie Boga na uwadze. Dotyczy to miłości do naszych przyjaciół, do naszych dzieci; zatem nie możemy kochać Boga nie kochając jednocześnie Jego przyjaciół. Miłość Boża, która się rozprzestrzenia, każe nam kochać wszystkich, gdyż pragniemy dla nich tego samego dobra, jakie my otrzymujemy od Boga. Ale jest rzeczą niezwykłej wagi zrozumieć, że nasza miłość do innych ludzi nie jest ostatecznym dowodem naszej miłości do Boga. Faktycznie bowiem miłość nadprzyrodzona zawiera w sobie prawdziwe zainteresowanie wobec innych na płaszczyźnie uczuciowej, a czasami także dla ich konkretnych potrzeb. Ale zawsze istnieje ryzyko, że jeśli zabraknie prymatu miłości do Boga, przerodzi się ono jedynie w egoistyczne uczucie. Centralne miejsce Boga, wspierane wiarą, gwarantuje miłości do bliźniego najwyborniejszą „jakość”. To niesie ze sobą także troskę o prawdziwe dobro bliźniego, w szczególności zaś o jego świętość. Jeśli nie pragniemy najwyższego dobra dla naszego bliźniego, być może oszukujemy samych siebie, sądząc, że kochamy, podczas gdy w rzeczywistości zakochani jesteśmy w sobie samych i we własnych potrzebach, i prawdopodobnie manipulujemy tą drugą osobą. Wiara w Boga oczyszcza ludzką miłość, pomaga znosić trudności, trwać w prawdziwej miłości i żywić szczere zainteresowanie dobrem innych ludzi.

Ale skoro kochamy innych miłością Bożą, czy to oznacza, że wszystkich powinniśmy kochać jednakowo? Nie, to nie jest możliwe, gdyż intensywność naszej miłości ulega w sposób naturalny zróżnicowaniu. To oczywiste, że Boża miłość jest bardziej intensywna wobec bliskich, niż wobec tych, którzy są daleko (nawet jeśli bardziej jej potrzebują od naszych najbliższych przyjaciół). Nie musimy jednak z tego powodu czuć się winni. Miłość nadprzyrodzona jest miłością prawdziwą, kiedy ogarnia ukochane przez nas osoby, rzeczą normalną jest, że jednych kochamy bardziej niż innych. Bo gdybyśmy mówili, że wszystkich kochamy jednakowo, oznaczałoby to, że w rzeczywistości nikogo nie kochamy!

Czasami ożywianie cnoty miłości wymaga wielkiego wysiłku, zaprzeczenia siebie, zaakceptowania krzyża z wiarą, ale właśnie w ten sposób możemy osiągnąć radość i pełny pokój.

o. Wojciech Giertych OP, Teolog Domu Papieskiego

 

„Chcemy ujrzeć Jezusa”

Drodzy przyjaciele, jeśli nauczycie się odkrywać Jezusa w Eucharystii, to będziecie umieli odkrywać Go także w waszych braciach i siostrach, a w szczególności w najuboższych. Eucharystia

przyjęta z miłością i adorowana z zapałem staje się szkołą wolności i miłości do realizacji przykazania miłości. Jezus przemawia do nas wspaniałym językiem daru z siebie i miłości aż do poświęcenia swego życia. Czy trudna to mowa? Sami o tym wiecie! Nie łatwo jest zapomnieć o sobie; odwraca to od miłości zaborczej i narcystycznej, aby otworzyć człowieka na radość miłości, która jest darem. Ta eucharystyczna szkoła wolności i miłości uczy przezwyciężać powierzchowne emocje, by na trwałe uchwycić się tego, co prawdziwe i dobre; uwalnia od zasklepienia się w sobie i usposabia do otwarcia się na innych; uczy przejść od miłości uczuciowej do miłości prawdziwej. Albowiem miłość to nie tylko uczucie; to akt woli, który polega na stałym wybieraniu cudzego dobra: „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich” (J 15, 13). Z taką wolnością i z taką gorejąc± miłością Jezus uczy nas spotykać Go winnych, w pierwszym rzędzie w oszpeconym obliczu ubogiego. Błogosławiona Teresa z Kalkuty miała zwyczaj dawać swoją „wizytówkę”, na której było napisane: „Owocem ciszy jest modlitwa, owocem modlitwy jest wiara, owocem wiary jest miłość, owocem miłości jest służba, owocem służby jest pokój”. Oto droga do spotkania z Jezusem. Wychodźcie naprzeciw wszystkim ludzkim cierpieniom z zapałem waszej wielkoduszności i z miłością, którą Bóg wlewa w wasze serca za pośrednictwem Ducha Świętego: „Zaprawdę powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25, 40). Świat pilnie i bezzwłocznie potrzebuje wielkiego profetycznego znaku braterskiej miłości! Nie wystarczy bowiem „mówić” o Jezusie; trzeba w jakiś sposób też uczynić Go „widocznym” przez wymowne świadectwo własnego życia (por. Novo millennio ineunte, 16).

Jana Paweł II, Orędzie na XIX Światowy Dzień Młodzieży 2.04. 2004

 

        Męstwo

Osoba ludzka z samej swej istoty ma duchowe zdolności inteligencji i woli (wspólne ludziom i aniołom) oraz uczuciowe zdolności poznania zmysłowego i zmysłowej chęci (wspólne ludziom i zwierzętom). Zmysły poznania zewnętrznego (wzrok, powonienie, słuch, dotyk i smak) i wewnętrznego (pamięć, wyobraźnia, jednoczący zmysł centralny, zwany także zmysłem wspólnym oraz ocena użyteczności lub zdolność poznawcza) pobudzają „ochotę zmysłową” emocji. Ruchy takie nazywamy „emocjami” lub „namiętnościami”, gdyż doświadczamy ich lub dosłownie „przeżywamy” je [w tekście włoskim jest gra słów: passione i patire, która jednak po polsku zupełnie się gubi, bo nawet gdyby słowo „passione” przetłumaczyć jako „pasja”, to i tak wyjaśnienie tego formą czasownikową od „patire” – cierpieć nic tu nie da; może więc opuścić słowo dosłownie, któ®e nie jest tu najważniejsze dla dalszych rozważań, albo dać wyjaśnienie w nawiasie?]. Istnieją dwa rodzaje emocji – takie, których przedmiotem jest forma przyjemności lub jej brak (miłość, nienawiść, pragnienie, niechęć, radość i smutek) i mające za przedmiot jakąś przeszkodę (ambicja, zuchwałość, rozpacz, strach i złość), których pokonanie pozwala osiągnąć przedmiot emocji pierwszego rodzaju.

Emocje oddziałują na ciało. Tak jak smutek wywołuje łzy a radość – uśmiech, tak samo odwaga wpływa na mięśnie twarzy. Strach może powodować bladość a gniew może sprawić, że dana osoba zaczyna krzyczeć. Panowanie nad tymi namiętnościami stanowiło zawsze dylemat moralny. W ludziach emocje nie są egocentryczne jak u zwierząt. Można je wyćwiczyć, w wyniku wysiłku moralnego, do współdziałania z rozumem i wolą, wprowadzając w ten sposób czynniki cielesny i ludzki do naszego przywiązania do wartości. W ten sposób emocje tracą swój charakter egocentryczny i podporządkowują się wartościom powszechnym, które przyjmuje rozum.

Niektóre nurty psychologiczne, ulegające przesadnym tradycjom ascetycznym, posiały nieufność w dziedzinie emocjonalnej, stwierdzając, że winna ona być kontrolowana jedynie przez intelekt lub wolę. Zgodnie z tą wizją cnoty wstrzemięźliwości i męstwa, które nadzorują dwa rodzaje emocji, mają się znajdować w sferze woli. Jest to ta wizja, która kładzie nadmierny nacisk na czystą siłę woli. Może ona prowadzić do zaburzeń psychicznych.

Zrównoważona wizja św. Tomasza z Akwinu głosi, że w samych emocjach ludzkich tkwi właściwa im potrzeba akceptacji światła rozumu i kierowania przez wolę. Z tego punktu widzenia cnoty wstrzemięźliwości i męstwa sytuują się w samych emocjach.

Pełna wzajemnego poszanowania współpraca duchowej i zmysłowej części człowieka jest nie tylko możliwa, ale konieczna, nawet jeśli trudności związane z tą współpracą dowodzą, że istnieje również potrzeba pomocy łaski nadprzyrodzonej. Osoba dojrzała nie powinna tłumić emocji. Należy ich doświadczać i wykorzystywać je do wybierania prawdziwych dóbr. Chwałą Boga jest człowiek żyjący, który korzysta ze wszystkich zasobów przyrodzonych, tak duchowych, jak i cielesnych. A zatem kierowanie dziedziną emocjonalną nie powinno być despotyczne, ale „polityczne”, na zasadzie akceptacji ich wartości i uczuć, jakie ona proponuje, nawet jeśli muszą nimi kierować rozum i wola.

Kształtowanie cnoty męstwa, będącej owocem roztropności a z chrześcijańskiego punktu widzenia także miłości, pozwala przezwyciężać przeszkody wewnętrzne i zewnętrzne. Gdy nie można ich pokonać, cnota ta rodzi ową zdolność oporu, która pozwala stawić czoła trudnościom. Emocje utwierdzające [asertywne]: nadziei i ambicji, odwagi i gniewu dostarczają siły psychicznej, która potrzebuje zintegrowania w działanie odpowiedzialne. Gniew w obliczu zła jest niezbędny, daje bowiem siłę, aby zareagować, aby zrobić cokolwiek. Jeśli moralne „pozostawienie spraw swojemu biegowi”, typowe dla świata zachodniego, nie kontrolowane przez cnotę wstrzemięźliwości, prowadzi do słabości moralnej, to zablokowanie emocji asertywnych w kulturach naznaczonych przez totalitaryzm, prowadzi do bierności społecznej. Jeśli emocje lęku i rozpaczy nie są poprawiane przez cnotę męstwa, wówczas mogą sparaliżować działanie i uniemożliwić prawdziwą wierność Ewangelii. Tylko ci, którzy dzięki dyscyplinie osobistej pielęgnowali cnotę męstwa, są w stanie dać najwyższe świadectwo prawdzie Ewangelii, także wtedy, gdy wymaga to męczeństwa: „Nie lękajcie się”.

o. Wojciech Giertych OP, Teolog Domu Papieskiego

 

Kogo uważamy za człowieka silnego, człowieka odważnego?

Słowo to przywodzi zwykle na myśl żołnierza, który broni ojczyzny, narażając na niebezpieczeństwo swoje zdrowie, a nawet swoje życie w czasie wojny. Zdajemy sobie jednak sprawę z tego, że również w czasie pokoju jest nam potrzebne męstwo. I dlatego żywimy wielki szacunek dla ludzi, którzy odznaczają się tak zwaną „odwagą cywilną”. Dowód męstwa daje ten, kto ryzykuje własne życie, aby ratować kogoś tonącego albo człowiek spieszący z pomocą w klęskach żywiołowych, jak pożary, powodzie itd. Na pewno odznaczał się tą cnotą św. Karol, mój patron, który w czasie zarazy w Mediolanie pełnił swoją służbę pasterską wśród mieszkańców tego miasta. Ale z podziwem myślimy także o tych ludziach, którzy wspinają się na szczyty, na przykład Mount Everest, lub o kosmonautach, którzy po raz pierwszy postawili stopę na Księżycu. Jak z tego wszystkiego wynika, przejawy cnoty męstwa są liczne. Niektóre z nich są szeroko znane i cieszą się pewną sławą. Inne są mniej znane, chociaż często wymagają jeszcze większej cnoty.

Męstwo bowiem, jak powiedzieliśmy na początku, jest cnotą, cnotą kardynalną. Pozwólcie, że zwrócę waszą uwagę na przykłady na ogół mało znane, ale które same w sobie świadczą o wielkiej cnocie, niekiedy wręcz heroicznej. Mam na myśli na przykład kobietę, matkę licznej już rodziny, której wielu „radzi”, aby usunęła nowe życie poczęte w jej łonie, poddając się „zabiegowi” przerwania ciąży, a ona odpowiada stanowczo: „nie”. Bez wątpienia czuje całą trudność, jaką to „nie” pociąga za sobą, trudność dla niej, dla jej męża, dla całej rodziny, a jednak odpowiada: „nie". Nowe życie ludzkie w niej poczęte jest wartością zbyt wielką, zbyt „świętą”, aby mogła ulec podobnym naciskom.

Jeszcze jeden przykład: człowiek, któremu obiecuje się wolność, a nawet łatwą karierę pod warunkiem, że zaprze się swoich zasad albo zgodzi się na coś, co sprzeciwia się jego uczciwości wobec innych. I on także odpowiada: „nie”, mimo gróźb z jednej strony i powabów z drugiej. Oto człowiek mężny!

Wiele, bardzo wiele jest przejawów męstwa, często heroicznego, o których nie pisze się w gazetach lub o których mało się wie. Zna je tylko ludzkie sumienie... i wie o nich Bóg!

Pragnę złożyć hołd tym wszystkim nieznanym ludziom mężnym. Tym wszystkim, którzy mają odwagę powiedzieć „nie” lub „tak”, gdy to kosztuje! Ludziom, którzy dają szczególne świadectwo ludzkiej godności i głębokiego człowieczeństwa. Właśnie przez fakt, że są nieznani, zasługują na hołd i na szczególne uznanie.

Według nauki św. Tomasza cnotę męstwa spotyka się w człowieku:

– który jest gotów aggredì pericula, czyli stawić czoło niebezpieczeństwu;

– który jest gotów sustinere mala, czyli znosić przeciwności dla słusznej sprawy, dla prawdy, sprawiedliwości itd.

Cnota męstwa wymaga zawsze pewnego przezwyciężenia ludzkiej słabości, a przede wszystkim lęku. Człowiek bowiem z natury odruchowo lęka się niebezpieczeństwa, przykrości, cierpień. Dlatego ludzi mężnych trzeba szukać nie tylko na polach walki, lecz także w salach szpitalnych lub na łożu boleści. Takich ludzi często można było spotkać w obozach koncentracyjnych i w miejscach zesłania. Byli to prawdziwi bohaterowie.

Strach odbiera niekiedy odwagę cywilną ludziom, żyjącym w klimacie zagrożenia, ucisku lub prześladowania. Szczególną wartością są wówczas ludzie, którzy są zdolni przekroczyć tak zwaną barierę strachu, aby dać świadectwo prawdzie i sprawiedliwości. Aby dojść do takiego męstwa, człowiek musi w pewnym stopniu „przekroczyć” własne ograniczenia i „przezwyciężyć” samego siebie, narażając się na „ryzyko” nieznanej sytuacji, ryzyko, że będzie źle widziany, ryzyko narażenia się na nieprzyjemne skutki, zniewagi, poniżenia, straty materialne, może uwięzienie lub prześladowania.

Aby osiągnąć takie męstwo, człowiek musi kierować się wielkim umiłowaniem prawdy i dobra, dla którego się poświęca. Cnota męstwa idzie w parze ze zdolnością do poświęcenia się.

Jan Paweł II, Audiencja ogólna – 15 listopada 1978

 

        Nadzieja

Tak jak wiara, również nadzieja jest cnotą teologalną, daną przez Boga; co więcej, ma ona Boga za własny podmiot. Umieszczona w woli ludzkiej nadzieja ogniskuje wolę i w efekcie także proces decyzyjny wokół tajemnicy obecności Boga w naszym życiu.

Celowe jest poczynienie pewnych rozróżnień, aby dojść do jasnej wizji cnoty nadziei. Przede wszystkim jest to nadzieja postrzegana jako emocja, która może być także opisana jako ambicja. Jest to bodziec cielesny, charakteryzujący tych, którzy niosą naprzód trudne plany. Zwierzęta mają ten szczególny bodziec emocjonalny, który popycha je do polowania. Siła tej energii w człowieku zależy od temperamentu. Niektóre osoby są pełne entuzjazmu, inne mają go mniej. Temperament nie może być jednak zmieniony, ale ukierunkowany, gdy budujemy swoją strukturę moralną.

Ponadto istnieje cnota wielkoduszności. Jest to cnota moralna nadziei ludzkiej, skupionej na rzeczywistości tego świata. Wykorzystując siłę ambicji emocjonalnej rozum i określona wola, zebrane w tej cnocie, współzawodniczą ze sobą w podejmowaniu trudnych zadań, jakie napotykamy na naszej drodze. W języku polskim słowo nadzieja pochodzi od czasownika działać. Cnota wielkoduszności dostarcza entuzjazmu do działania. Jeśli jednak dana osoba żyje cnotami teologalnymi – wiarą, nadzieją i miłością – wówczas działanie podejmowane z nadzieją za pośrednictwem teologalnej cnoty wielkoduszności, gdy ma ono przed oczami cele ludzkie, akceptuje ich uzależnienie od Boga.

Teologalna cnota nadziei nie odrzuca nadziei naturalnych i różnych własnych cech, ale – otwierając szersze perspektywy – nadaje im natychmiast nowe oblicze, zachowując je od niebezpieczeństwa stania się bożyszczami. Jest czymś słusznym mieć dążenia polityczne, żywić nadzieję na zmiany społeczne, mieć energię, która jest motorem dynamizmu społecznego. Nie jest jednak słuszne nadawanie powodzeniu, tak bardzo oczekiwanemu, ostatecznego znaczenia. Teologalna cnota nadziei, właśnie dlatego, że jest zogniskowana na Bogu, rozszerza jej perspektywę, pokazując nam, że jesteśmy zakorzenieni w Bogu i na drodze do wieczności wraz z Nim. To szersze widzenie ma wpływ na nadzieje ludzkie, wzmacnia trwałość i umacnia nasze własny opór w obliczu trudności i ucisku, pokładając nadzieję w nieomylnej Opatrzności i miłosierdziu Boga.

Św. Jan od Krzyża zauważył, że wzrastanie w cnocie nadzieje zdobywa się przez oczyszczenie pamięci. Nie jest błędem posiadanie dobrej pamięci, grozi to jednak narażeniem się na nadmierne atakowanie wspomnieniami, zarówno radosnymi, jak i bolesnymi. I właśnie ów atak blokuje rozwój nadziei i akceptację tajemnicy Bożej, która odsłania się w naszym życiu. Wspomnienia mogą przeszkadzać w zaaprobowaniu nowego etapu życia; na przykład matce, która pamięta szczęście związane z różnymi chwilami życia rodzinnego, może być trudno pogodzić się z pójściem własną drogą jej dorosłych dzieci, mających już własne plany życiowe, jak również zaakceptować jej własną nową rolę babci. Również wspomnienia bolesne mogą paraliżować ducha, zakotwiczając pamięć i emocje na cierpieniach, które się przeszło. Wiara w odkupieńczą rolę śmierci Chrystusa i Jego zmartwychwstania pozwala pozostawić przeszłości całą resztę i prowadzi nas ku nowym radościom i nowym wyzwaniom życiowym. Zapominanie jest procesem psychicznym; przebaczenie jest procesem duchowym. Cnota nadziei pozwala nam przebaczać, nawet gdy pamiętamy. Właśnie wtedy, gdy pamiętamy, możemy spoglądać z nadzieją w przyszłość, angażując nasze serca i naszą wielkoduszność w te wyzwania, które musimy podejmować obecnie, pokładając ufność w fakcie, że przyszłość jest w rękach Boga.

o. Wojciech Giertych OP, Teolog Domu Papieskiego

 

Znaki nadziei

W tej eschatologicznej perspektywie zadaniem wierzących będzie ponowne odkrycie teologalnej cnoty nadziei; o której „już przedtem usłyszeli dzięki głoszeniu prawdy — Ewangelii” (por. Kol 1,5). Fundamentalna postawa nadziei z jednej strony nie pozwala chrześcijaninowi stracić z oczu ostatecznego celu, który nadaje sens i wartość całej jego egzystencji, z drugiej zaś dostarcza mu trwałych i głębokich uzasadnień dla codziennego wysiłku przekształcania rzeczywistości zgodnie z Bożym zamysłem.

Jak przypomina nam apostoł Paweł: „Wiemy przecież, że całe stworzenie aż dotąd jęczy i wzdycha w bólach rodzenia. Lecz nie tylko ono, ale i my sami, którzy już posiadamy pierwsze dary Ducha, i my również całą istotą swoją wzdychamy, oczekując [przybrania za synów] — odkupienia naszego ciała. W nadziei bowiem już jesteśmy zbawieni” (Rz 8,22-24). Chrześcijanie mają się przygotować do Wielkiego Jubileuszu, początku trzeciego tysiąclecia, odnawiając swą nadzieję na ostateczne nadejście królestwa Bożego, przygotowując je dzień po dniu we własnym wnętrzu, w chrześcijańskiej Wspólnocie, do której należą, w środowisku społecznym, którego część stanowią, jak również w historii świata.

Konieczne jest także podkreślenie i głębsze rozeznanie znaków nadziei; dostrzegalnych u schyłku obecnego stulecia mimo cieni, które często je zakrywają przed naszym wzrokiem. W dziedzinie życia społecznego są to na przykład osiągnięcia nauki, techniki, a nade wszystko medycyny w służbie życia ludzkiego, żywsze poczucie odpowiedzialności za środowisko naturalne, dążenie do przywrócenia pokoju i sprawiedliwości, gdziekolwiek zostały naruszone, wola pojednania i solidarnego współżycia między różnymi narodami, zwłaszcza w kontekście złożonych relacji między Północą i Południem świata. W życiu Kościoła zaś tymi znakami są: uważniejsze nasłuchiwanie głosu Ducha Świętego, czego wyrazem jest przyjęcie charyzmatów i promocja laikatu, intensywna działalność na rzecz jedności wszystkich chrześcijan, znaczenie przypisywane dialogowi z religiami i ze współczesną kulturą.

Jan Paweł II, Tertio Millennio Adveniente

 

        Pokora

Pokora jest cnotą, odnoszącą się do Boga i nawet, jeżeli dotyczy innych osób pozostaje zawsze w służbie Bogu. Pokora jest jedną z cnót, która otwiera nas na łaskę Boga. Kto próbuje zbudować swoje życie jedynie w oparciu o własne siły naturalne w pewnym momencie stwierdzi z bólem, iż bez Boga nie jest możliwe stworzenie czegokolwiek (J 15,5). W związku z tym, iż w rozważaniu nad cnotą pokory powiązanie jej z osobą Boga stanowi zagadnienie centralne, niektórzy teolodzy zastanawiają się czy nie powinna być ona zaliczana do cnót teologicznych. Święty Tomasz z Akwinu argumentując, że pokora stanowi dla człowieka nijako hamulec jego naturalnych ambicji pozwalając tym samym Bogu na przenikanie do duszy, zaliczył ją do cnót moralnych. Spotkanie z Bogiem, które stanowi jedną z charakterystyk cnót teologicznych znajduje odzwierciedlenie w cnocie pokory poprzez dynamizm emocjonalny, który daje siłę do podejmowania wielkich i trudnych działań angażując w ich realizację łaskę Bożą. Pokora, zatem gwarantuje odpowiednią dyspozycję umożliwiającą cnotom teologicznym zakorzenienie i wzrastanie w ludzkiej duszy. Pokora tuż po wierze stanowi istotę życia spirytualnego, pozwalając odrzucić samowystarczalność pychy, umożliwiając tym samym rozkwit łaski.

By zrozumieć rolę pokory należałoby analizować ją wraz z wielkodusznością, która stanowi jedną z cnót naturalnej nadziei. W klasyfikacji cnót pokora zaliczana jest do cnót związanych z umiarkowaniem, natomiast wielkoduszność do cnót siły. Wielkoduszność powoduje rozwój pozytywnych cech odwagi i ambicji, ukierunkowuje je i wzmacnia w stronę godnych celów. Ważne jest posiadanie wzniosłych aspiracji, marzeń dążących do zmiany istniejącej rzeczywistości. Pokora ogranicza emocjonalne zachowania, które skłaniają ku doskonałości i przywołuje pierwszeństwo łaski w tworzeniu dobra, w odpowiedzialnych aspiracjach. Wielkoduszność jest przeciwieństwem tchórzliwości, tzn. postawie, którą cechuje fatalistyczna rezygnacja, brak zaangażowania i strach przed podjęciem ryzyka. Pokora nie może być nigdy interpretowana i traktowana jako tchórzliwość. Pokora jest cnotą, tchórzliwość wadą. Pokora współpracuje z wielkodusznością przynosząc wielkim aspiracjom zaufanie w Bogu. Święci wybili się ponad inne osoby, mieli odwagę by podążać za impulsami swojej świadomości i wychodzić naprzeciw łasce Ducha Świętego. Przyczynili się do stworzenia wielkich dzieł stawiając dzielnie czoła oczekiwaniom społecznym i zwyczajowym. Podejmowanym przez nich wysiłkom towarzyszyła pokora, która umożliwiała oddziałanie łaski Bożej w ich poczynaniach.

Od chwili, w której pokora zaczyna koncentrować się na Bogu, można doświadczać jej w głębokości naszej duszy, w chwilach modlitwy i zaufania. Jej zewnętrzna ekspresja w słowach lub gestach jest całkowicie drugorzędna. W przeszłości przypisywało się nadmierną rolę ekspresjom zewnętrznym pokory, co mogło przyczyniać się do kształtowania najgorszej formy dumy. Niektóre osoby są dumne ze swojej pokory! Ekspresja pokory wymaga racjonalnego ukierunkowania w stronę roztropności. Wyrazy szacunku mogą być skierowane w stosunku do tych osób, którym zostały zawierzone specjalne urzędy bądź przyznane szczególne łaski, jednak należy zawsze pamiętać, iż w ostatecznym rozrachunku chwała powinna być zawsze skierowana ku Bogu.

Jak tylko pokora pozwoli na przeniknięcie obecności Bożej, talenty płynące z łaski otrzymane od Boga muszą być wykorzystane w życiu w sposób odpowiedzialny, dojrzały, profesjonalny, choć również z odpowiednią dozą ryzyka (Mt 25, 14- 30). Pokora nie jest ucieczką od odpowiedzialności. Tak, jak pojazd wymaga hamulca i akceleratora, tak w życiu duchowym są niezbędne zarówno pokora, która hamuje zuchwałą samowystarczalność, jak i świadoma wielkoduszność, która umożliwia znalezienie kreatywnych odpowiedzi na wyzwania życia. Pokora uczy nas stawania się jak dzieci w obliczu Boga liczących całkowicie na pomoc łaski Bożej. Wielkoduszność uczy nas dorosłości w obliczu naszych obowiązków. Kiedy odwrócą się te kierunki mamy do czynienia ze zrujnowaniem psychicznym. Człowiek niedojrzały, zachowujący się jak dziecko w obliczu swoich obowiązków może myśleć, iż samowystarczalność w obliczu Boga i zdobywanie zasług osobistych w dorosłym życiu są warunkiem do otrzymania błogosławieństwa Bożego. Nic mylnego- „Powiedziano ci, człowiecze, co jest dobre. I czegoż żąda Pan od ciebie, jeśli nie pełnienia sprawiedliwości, umiłowania życzliwości i pokornego obcowania z Bogiem twoim“ (Mi 6, 8).

o. Wojciech Giertych OP, Teolog Domu Papieskiego

 

Magnificat

Jak głęboka była wiara Maryi w słowo Boże, ukazuje wyraźnie kantyk Magnificat: «Uwielbiaj, duszo moja […] Bo mile przyjąć raczył swej sługi pokorę» (por. Łk 1, 46-48).

Maryja, śpiewając Magnificat, ukazuje to, co stało się fundamentem jej świętości — głęboką pokorę. Można się pytać, na czym polegała ta Jej pokora. Wiele mówi o niej owo «zmieszanie» Maryi, jakie wzbudziło w Niej pozdrowienie archanioła: «Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan z Tobą» (Łk 1, 28). Wskazuje ono na jakiś naturalny odruch uniżenia wobec tajemnicy łaski, szczególnej obecności Boga, który na Nią wejrzał. Taki odruch budzi się w tym, kto jest w pełni świadom własnej małości wobec wielkości Boga. Maryja patrzy w prawdzie na samą siebie, na innych i na świat.

A czy nie było znakiem pokory pytanie Maryi: «Jakże się to stanie, skoro nie znam męża?» (Łk 1, 34). Oto przed chwilą usłyszała, że ma począć i porodzić Syna, który będzie panował na tronie Dawida jako Syn Najwyższego. Z pewnością nie rozumiała w pełni tajemnicy tego Bożego zrządzenia, ale wiedziała, że oznacza ono całkowitą zmianę w rzeczywistości Jej życia. Nie pytała jednak: czy rzeczywiście się to stanie? czy musi się to stać? ale tylko: jak to się stanie? Bez wątpliwości i zastrzeżeń przyzwalała na to, aby Boże działanie zmieniło Jej życie. To pytanie wyrażało Jej pokorę wiary — gotowość oddania swej egzystencji na służbę Bożej tajemnicy, choć Ona sama nie mogła rozumieć, jak się to dokona.

Ta pokora — uniżenie ducha i poddanie w wierze — wyraziła się w sposób szczególny w Jej fiat: «Oto ja, służebnica Pańska, niech mi się stanie według twego słowa!» (Łk 1, 38). […]

Głębi pokory odpowiada wielkość daru. Wszechmocny uczynił Jej «wielkie rzeczy» (por. Łk 1, 49), Ona zaś pokornie potrafiła je przyjąć i przekazać wszystkim pokoleniom wierzących. Oto droga, którą szła do nieba Maryja, Matka Zbawiciela, wyprzedzając na niej wszystkich świętych i błogosławionych Kościoła.

Jan Paweł II, 1.11. 2000 r.

 

        Posłuszeństwo

Istnieją różne rodzaje posłuszeństwa, z których jedne mogą być utożsamiane z cnotą, a inne nie. Pierwszy rodzaj, który można byłoby określić mianem posłuszeństwa neurotycznego lub despotycznego, polega na tłumieniu woli i pozytywnych emocji z powodu lęku. Reżimy totalitarne deformują społeczeństwo, generując ten typ posłuszeństwa, który niszczy zdolność brania życia w swoje własne ręce. Prowadzi on do zafałszowanych postaw, takich jak konformizm, czy ucieczka od odpowiedzialności i jest psychologicznie destrukcyjny.

Drugi typ posłuszeństwa mógłby zostać nazwany posłuszeństwem wojskowym lub społecznym. Polega on na ograniczaniu swej wolnej woli do działania rozumu. Jest rzeczą słuszną, by żołnierz okazywał posłuszeństwo dowódcy, gdyż oficer ma większą świadomość niebezpieczeństw, a jego rozkazy mają na celu zapewnienie bezpieczeństwa. Żołnierz będzie musiał czasami przezwyciężyć swój strach, lub zrezygnować ze swych pragnień, by podporządkować się dowódcy, ale posłuszeństwo, z którym wykonuje ostatecznie rozkaz, jest rozumne. Podobnego posłuszeństwa i szacunku wymagają inne rodzaje władzy społecznej. Kierownik biura, rodzice, nauczyciel, czy urzędnik państwowy mają autorytet ze względu na dobre cele swoich działań. Okazywane im posłuszeństwo jest rozumne, a przecież nie destrukcyjne. Wewnętrzna dyspozycja do posłuszeństwa cichemu lub wyraźnemu rozkazowi prawowitej władzy, zgodnemu z porządkiem ustanowionym przez Boga, jest aktem cnoty. Jeżeli jednak ponad rozkazem danej władzy stoi rozkaz władzy wyższej, albo jeżeli to, czego ten rozkaz dotyczy sytuuje się poza zasięgiem władzy rozkazującego, nie powinien on być wykonany. Władza ludzka nie może wydawać rozkazów, które dotyczą wewnętrznej sfery życia człowieka. W głębokich poruszeniach woli powinno być się posłusznym jedynie Bogu.

Cnota posłuszeństwa związana jest z kardynalną cnotą sprawiedliwości, w której ofiarowuje ona władzy należne jej podporządkowanie. Słowo „posłuszeństwo” wywodzi się z łacińskiego „audire”, „słuchać”. Ten, kto jest posłuszny, słucha przełożonego i odpowiada mu. Pozostając rozumnym, posłuszeństwo to nie jest nigdy ślepym. Pozostawia szeroki margines dla kreatywności w odpowiedzi i dla postaw autentyczności, solidarności, a także sprzeciwu, jeśli wymaga tego sytuacja. Nie jesteśmy zobowiązani do posłuszeństwa władzom cywilnym, jeśli nadużywają swych uprawnień. W istocie, należy stawiać opór władzy, kiedy domaga się ona niegodziwego postępowania. Sprzeciw w każdym przypadku winien być jednak roztropny, by nie wywoływać skandalu i nie powodować większego zła.

Trzeci typ posłuszeństwa jest konsekwencją ślubu tego, kto – wypełniając radę ewangeliczną – ofiarowuje nieustannie swoją wolę Bogu za pośrednictwem przełożonego zakonu. Posłuszeństwo to można byłoby zdefiniować jako pokorę woli, prowadzonej przez teologalną cnotę wiary. Pokora woli nie przeczy godności woli, lecz przyjmuje w wierze Bożą tajemnicę objawiającą się w życiu. Ten typ posłuszeństwa nie ma w sobie nic z psychicznej deformacji neurotycznego posłuszeństwa i ma większą wartość moralną niż naturalna cnota posłuszeństwa. Z chwilą, gdy wola okazuje się władzą ważniejszą od wszystkich innych skłonności moderowanych przez kardynalną cnotę umiarkowania, i ponieważ wola jest czymś ściśle osobistym, nasz dar składany Bogu ze świadomością, że Boża łaska działa wewnątrz woli, podnosi owo posłuszeństwo do poziomu daru najwyższego. Siłą, jaka kieruje tym rodzajem posłuszeństwa nie jest strach, ani rozumna kalkulacja, lecz wiara skupiona w Bogu. Posłuszeństwo zakonne staje się więc sposobem szczególnego spotkania z Bogiem. Jest ono oparte na przekonaniu wiary, która w tajemniczy sposób kieruje życiem osoby realizującej konsekrowane posłuszeństwo. Także to, co pozornie mogłoby się wydawać niespójnym i trudnym nakazem przełożonego może zostać zaakceptowane w przekonaniu, że Bóg obecny jest w tym nakazie i naprawi ewentualne błędy niekompetentnych przełożonych.

O. Wojciech Giertych OP, Teolog Domu Papieskiego

 

Za przykładem Jezusa...

Święty Tomasz dostrzega w posłuszeństwie najdoskonalszą formę naśladowania Chrystusa, o którym św. Paweł mówi, że „stał się posłusznym aż do śmierci – i to śmierci krzyżowej” (por. Flp 2, 8). Zajmuje więc ono pierwsze miejsce w całopalnej ofierze profesji zakonnej (por. Summa Theol., II-II, q.186, aa.5, 7, 8).

Kontynuując tę piękną i głęboką tradycję chrześcijańską, Sobór twierdzi, że „za przykładem Jezusa Chrystusa (...) zakonnicy, pobudzeni przez Ducha Świętego, ulęgają z wiarą przełożonym, zastępującym Boga, i pod ich kierownictwem oddają się posługiwaniu wszystkim braciom w Chrystusie, jak sam Chrystus przez swą uległość dla Ojca służył braciom i oddał życie swoje na okup za wielu” (Perfectae caritatis, 14). Jezus był posłuszny Ojcu również wtedy, miał do czynienia z ludzkimi pośrednikami. W dzieciństwie Jezus był posłuszny Józefowi i Maryi. Mówi św. Łukasz, że „był im poddany”. (Lk 2, 51).

Tak więc Jezus jest wzorem tych, którzy są posłuszni ludzkiej władzy, rozpoznając w niej znak woli Bożej. Ewangeliczna rada posłuszeństwa każe zakonnikom słuchać przełożonych jako przedstawicieli Boga. Dlatego też św. Tomasz, tłumacząc jeden z tekstów (c.68) Reguły św. Benedykta utrzymuje, że zakonnik powinien iść za sadem przełożonego (por. I-II, q 13, a.5 ad 3).

Łatwo zrozumieć, że w rozeznaniu tej woli Bożej w ludzkim stworzeniu kryje się często trudność w byciu posłusznym. Jeśli jednak pojawia się tu tajemnica Krzyża, nie wolno tracić jej z oczu. Trzeba zawsze pamiętać o tym, że posłuszeństwo zakonne nie jest zwyczajnym poddaniem się człowieka ludzkiej władzy. Człowiek posłuszny poddaje się Bogu, woli Bożej wyrażonej poprzez wolę przełożonych. Jest to kwestia wiary. Zakonnicy powinni wierzyć Bogu, który przekazuje im swoją wolę przez przełożonych. Również wtedy, gdy ujawniają się ułomności przełożonych, ich wola – jeśli tylko nie jest przeciwna prawu Bożemu lub Regule – wyraża wolę Bożą. Nawet jeżeli z punktu widzenia ludzkiego osądu decyzja nie wydaje się mądra, sąd wiary przyjmuje tajemnice Bożej woli: misterium Crucis.

Jan Paweł II, Audiencja Generalna, 7 grudzień 1994, r.

 

        Roztropność

W języku powszechnym roztropność bywa często utożsamiana z ostrożnością, co nijako sugeruje bojaźliwe zachowanie zdystansowanego obserwatora, zaniechanie bezpośredniego uczestniczenia w określonym działaniu, a w konsekwencji możliwą rezygnację z planowanych przedsięwzięć. Jeżeli taka jest właśnie nasza definicja roztropności, będzie bardzo trudno zrozumieć nam zakwalifikowanie jej do cnót kierujących życiem moralnym. Jeszcze bardziej będzie nas zastanawiać, dlaczego stanowi ona składową cnót głównych, obecnych we wszystkich pozostałych cnotach naturalnych w taki sam sposób, co miłosierdzie, cnota miłości bożej, które jest również cnotą główną dającą chrześcijański wymiar całej etyce.

W klasycznej refleksji formacja roztropności była tak samo ważna, jak formacja świadomości. Ona, będąc aktem rozumu, ukierunkowana jest na działanie (przyszłe lub przeszłe); jest skoncentrowana na prawdzie i wraz z nią rozświetla działanie. W postępowaniu moralnym nie tylko istotna jest percepcja prawdy. Możliwe jest jednoczesne wyraźne postrzeganie prawdy pewnego zagadnienia i nie kierowanie się nią w swoim postępowaniu. Ważną, zatem rolę pełnią w naszym postępowaniu nie tylko rozum, lecz również chęci i do pewnego stopnia emocje. Cała nasza psychika bierze w tym udział w sposób całkowicie dojrzały, czegokolwiek się podejmujemy, wykonujemy to nie tylko dobrze, lecz również odpowiedzialnie, kreatywnie, gustownie i jeżeli to konieczne- szybko.

Działanie, którym kieruje roztropność składająca się zarówno z rozumu, jak i z chęci, cechuje czterofazowość. Pierwszą fazę stanowi intencja, ogólne spostrzeżenie, że warto coś zrobić. Następnie zostaje podjęta decyzja. Czasami, gdy możliwość podjęcia jakiegoś działania jest niepewna, występuje moment rozważenia decyzji. Końcową fazę stanowi wykonanie. W każdej z tych faz występuje bodziec racjonalny, jak i wynikający z naszych chęci. Podczas całego przebiegu tego procesu rozum i chęć współdziałają ze sobą, aby dotrzeć ostatecznie do podjęcia działania, nawet, gdy proces ten wydaje nam się niemal automatyczny- w większości przypadków przechodzimy szybko od inicjatywy do decyzji i ostatecznie do działania. Ważna jest jednak refleksja nad tym procesem i świadomość jego przebiegu. Zwierzęta pozbawione są rozumu, dlatego działają instynktownie, jednostki ludzkie mogą swoje postępowania przemyśleć. Możemy działać dojrzale, choć również możemy doświadczać ukrytego sprzeciwu przeszkadzającego nam w realizacji tego, co chcemy robić. Czasami uświadamiamy sobie sprawę z tego, że wykonujemy rzeczy wbrew sobie, a do których przekonały nas inne osoby. Dlaczego?

W fazie intencji, kwestia tego, co można by było zrobić łączy się z koncentracją chęci na tym przyszłym działaniu. Nie jest niczym złym posiadanie marzeń, wielkich aspiracji, nawet wtedy, gdy nie jest możliwe wprowadzenie ich w życie. Na poziomie decyzyjnym następuje kombinacja racjonalnej oceny i dobrowolnego wyboru dotyczącego przyszłej działalności. Osoba odpowiedzialna przy wyborze tego, a nie innego działania kieruje się odpowiednimi argumentami. W przypadku pojawienia się jakichkolwiek wątpliwości konieczne jest rozważenie planowanego działania, korzystając ze wskazówek płynących z zewnątrz, bądź rad jakiejś mądrej osoby lub prawa moralnego. Stosując otrzymane sugestie, nasze chęci akceptują konieczne wskazówki. Ostatecznie z podjęciem działania nie wiąże się jedynie realne wykonanie podjętej decyzji, lecz również weryfikacja rozumu, która zapewnia właściwe i dobre jego wykonanie.

Niektóre osoby napotykają na trudności w pierwszej fazie opisanego procesu, gdyż konieczne jest wskazanie im tego, co należy zrobić, ponieważ one same nie maja własnych aspiracji do podjęcia działania. Innych cechują wielkie idee, lecz nikła zdolność decyzyjna. Nie potrafią dotrzeć do zrealizowania swoich zamierzeń, rozważając swoje plany bez realnego końca. Są też osoby, którym podejmowanie decyzji przychodzi dość łatwo, problemy pojawiają się u nich jednak z realizacją ustalonych celów. W sytuacji pojawienia się jakiegoś problemu należy jasno go przedstawić, by móc go odpowiedniego skorygować. Ponadto byłoby wskazane zadanie sobie pytania czy przy podejmowaniu określonego działania możliwa jest współpraca z Bogiem. Przechodzimy od intencji, do decyzji a następnie działania zapominając o naszym kochającym Ojcu, który mógłby nas wspomóc Swoją Łaską. Umiejętność działania w sposób jasny, spójny i odpowiedzialny nazywana jest roztropnością.

o. Wojciech Giertych OP, Teolog Domu Papieskiego

 

W obliczu lęku dzisiejszego świata

Współczesne pokolenie ludzi nurtuje również lęk. Tego lęku doznają ludzie w sposób nieproporcjonalny. Chyba najgłębiej odczuwają go ci, którzy najpełniej są świadomi całej sytuacji człowieka - a którzy równocześnie pogodzili się ze śmiercią Boga w ludzkim świecie.

Ten lęk nie leży na powierzchni życia ludzkiego. Na powierzchni bywa kompensowany przy pomocy wielu środków nowożytnej cywilizacji i techniki, które pozwalają człowiekowi uwalniać się od swojej głębi. Pozwalają mu żyć w wymiarze „homo economicus”, „homo technicus”, „homo politicus”, do pewnego stopnia również w wymiarze „homo ludens”.

Równocześnie bowiem trwa i narasta z dostatecznym uzasadnieniem przeświadczenie o postępie - o przyspieszonym postępie człowieka w sferze jego panowania nad światem widzialnym, nad przyrodą. Nigdy dotąd nie był człowiek w swoim wymiarze planetarnym tak świadom wszystkich sił, które może w świecie wykorzystać i oddać na swoją służbę - i nigdy jeszcze w takim stopniu nimi się nie posługiwał. Od tej strony, w tym wymiarze, przeświadczenie o postępie ludzkości jest w pełni uzasadnione.

W krajach i środowiskach najwyższego postępu technicznego i największego dobrobytu materialnego - w parze z tym przeświadczeniem idzie postawa, którą słusznie przywykło się nazywać „konsumpcyjną”. Postawa ta świadczy jednak o tym, że przeświadczenie o postępie człowieka jest tylko częściowo uzasadnione. Co więcej - świadczy o tym, że ten kierunek postępu może zabijać w człowieku to, co jest najgłębiej i najistotniej ludzkie. Gdybyśmy tu teraz sprowadzili matkę Teresę z Kalkuty - jedną z tych niewiast, które nie lękają się zstępować za Chrystusem do wszystkich wymiarów człowieczeństwa, do wszystkich sytuacji człowieka w świecie współczesnym - powiedziałaby nam, że na ulicach Kalkuty i innych miast świata ludzie umierają z głodu...

Postawa konsumpcyjna nie uwzględnia całej prawdy o człowieku - ani prawdy historycznej, ani społecznej, ani tej wewnętrznej i metafizycznej. Raczej jest ucieczką od niej. Nie uwzględnia też całej prawdy, o człowieku. Człowiek jest stworzony do szczęścia. Tak! Ale szczęście człowieka bynajmniej nie utożsamia się z użyciem! Człowiek nastawiony „konsumpcyjnie” gubi w tymże użyciu pełny wymiar swego człowieczeństwa, gubi poczucie głębszego sensu życia. Taki więc kierunek postępu zabija w człowieku to, co najgłębiej i najistotniej ludzkie. („drzwi były zamknięte z obawy...” Umarł na krzyżu Syn Boży.

Czy ten lęk, który nurtuje współczesnych ludzi, nie jest także w swoim najgłębszym korzeniu zrodzony ze „śmierci Boga”?

Nie z tej krzyżowej, która stała się początkiem Zmartwychwstania i źródłem uwielbienia Syna Bożego, a zarazem podstawą ludzkiej nadziei i znakiem zbawienia - nie z tej!

Ale z tej, którą człowiek zadaje Bogu w sobie, zwłaszcza na przestrzeni ostatnich etapów swej historii, w swoim myśleniu, w swoim sumieniu, w swoim działaniu. To jest jakby wspólny mianownik wielu poczynań ludzkiej myśli i woli. Człowiek odbiera Bogu siebie i świat. Nazywa to „wyzwoleniem się od alienacji religijnej”. Człowiek odbiera Bogu siebie i świat w tym mniemaniu, że tylko w taki sposób może wejść w pełne ich posiadanie, może stać się panem świata oraz swej własnej istoty. Człowiek więc „zabija Boga w sobie i w drugich”. Służą temu całe systemy filozoficzne, programy społeczne, ekonomiczne i polityczne, żyjemy w epoce gigantycznego postępu materialnego i nieznanej przedtem negacji Boga. Taki jest obraz naszej cywilizacji. Dlaczego człowiek się lęka? Może właśnie dlatego, że w wyniku tej swojej negacji zostaje ostatecznie sam: metafizycznie sam... wewnętrznie sam.

A może? ... może właśnie dlatego, że człowiek, który zabija Boga, nie znajdzie także ostatecznego hamulca, aby nie zabijać człowieka. Ten ostateczny hamulec jest w Bogu. I ostateczna racja tego, ażeby człowiek żył, ażeby szanować życie i ochraniać życie człowieka - jest w Bogu. I ostateczna podstawa wartości i godności człowieka, i sensu jego życia jest ta, że jest on obrazem i podobieństwem Boga! (...)

Właśnie te czasy, w których żyjemy - czasy, w których otwarła się perspektywa „śmierci człowieka” zrodzona ze „śmierci Boga” w ludzkim myśleniu, w ludzkim sumieniu, w ludzkim działaniu - właśnie te czasy domagają się szczególnie prawdy o Zmartwychwstaniu Ukrzyżowanego. Domagają się też świadectwa zmartwychwstania tak wymownego jak nigdy.

Jan Paweł II, Turyn, 13 IV 1980

 

        Sprawiedliwość

Wola człowieka w jej najczystszej naturze ukierunkowana jest na dobro. Można więc stwierdzić, że nie trzeba jej kształtować, aby móc ją praktykować, tak jak należy kształcić rozum, który potrzebuje wychowania, aby przylgnąć do prawdy. Kiedy dzięki cnotom umiarkowania i siły emocje ustępują, wolna od tego rodzaju przeszkód wola pragnie dobra. Niemniej jednak tego rodzaju interpretacja nie jest do końca poprawna: faktycznie bowiem wola też wymaga kształtowania, aby mogła wyjść poza siebie, ku dobru drugiego człowieka. Wola zatem potrzebuje miłości, aby ustanowić przyjacielską relację z Bogiem i z tymi osobami, które są przyjaciółmi Boga oraz potrzebuje cnoty sprawiedliwości, aby do tego przywyknąć: równie fundamentalną kwestią jest, aby wola potrafiła szanować prawa innych ludzi.

Od najwcześniejszych lat uczymy się, czym jest sprawiedliwość, rodzice bowiem przekazują swoim dzieciom, jak postępować sprawiedliwie i jak myśleć o prawach i potrzebach drugiego człowieka. Z tego względu sprawiedliwość zakorzeniona jest w człowieku w takim stopniu, iż można poruszyć ogromne tłumy w imię sprawiedliwości społecznej. Natomiast w coraz mniejszym stopniu ludzie gotowi są wspólnie walczyć o społeczny umiar i czystość. W przypadku innych cnót moralnych człowiek sam odnajduje środek kontrolujący emocje. Natomiast w przypadku sprawiedliwości środek jest natury obiektywnej, podyktowany przez samą rzeczywistość. Podam przykład: jeśli pragnę sprawować kontrolę nad własnym wyżywieniem, to ja decyduję, kiedy powinienem jeść i czy porcja nie jest zbyt duża bądź zbyt mała. Ale gdybym miał spłacić dług, nie mogę sam postanowić, ile mam wpłacić, gdyż zgodnie z zasadami sprawiedliwości muszę zwrócić to, co się należy. Właściwy środek leży poza moim zasięgiem, muszę zatem dostosować się, aby móc sprawiedliwie postępować w relacjach z innymi.

Sprawiedliwość dzieli się tradycyjnie na trzy części. Sprawiedliwość ogólna czy też prawna dotyczy porządku społecznego. Wspólnota ludzka zorganizowana w społeczeństwo czy w państwo jest czymś naturalnym a nie wynikiem grzechu pierworodnego, dominacji ludzi, przemocy czy nawet społecznych umów. Ludzie, podobnie jak mrówki i pszczoły, które rządzą się określonym porządkiem, ze swej natury potrzebują organizacji według porządku społecznego, który cechuje pewna nierówność i zróżnicowanie. Na przestrzeni dziejów formy organizacji polis uległy zmianie, ale struktury społeczne zawsze były koniecznie a zatem podtrzymywane przez samo społeczeństwo. Sprawiedliwość ogólna czy społeczna zwraca się w stronę społeczeństwa i jego naturalnych wymogów. Pielęgnowana przez wolę jednostek od wewnątrz podtrzymuje działalność owych struktur i broni także przed nadużyciem, aby owe struktury respektowały zasadę niesienia pomocy i nie przypisywały sobie przesadnej, niejako zbawczej roli.

Sprawiedliwość szczególna dzieli się na dwa specyficzne rodzaje: sprawiedliwość dystrybucyjną i sprawiedliwość komutatywną. Pierwsza gwarantuje równość w dystrybucji dóbr i obowiązków. Druga zajmuje się regulacją relacji zachodzących między jednostkami, czy osobami moralnymi, relacji mogących posiadać charakter handlowy bądź też dotyczyć konieczności wypłaty odszkodowania z powodu poniesionej szkody. W przypadku sprawiedliwości dystrybucyjnej równość jest natury geometrycznej, gdyż bierze pod uwagę niezbędne proporcje. Sprawiedliwość komutatywna z kolei posiada naturę arytmetyczną: przykładowo, kiedy dany towar zostaje nabyty, sprawiedliwość komuatywna wymaga, aby uiszczono zapłatę za jego cenę. W dystrybucji obowiązków - jak to ma się w przypadku podatków czy służby wojskowej – albo dóbr – jak finansowanie muzeów, szpitali i szkół – sposoby wprowadzania jej w życie muszą mieć na uwadze specyficzną sytuację korzystającego z owej dystrybucji. Nie jest jednak łatwo tak rozważyć szczegóły, aby prawa jednostki i jej ludzka godność były respektowane, zwłaszcza jeśli ma się do czynienia ze złożonymi relacjami społecznymi. Sprawiedliwość wymaga nie tylko poszanowania dla prawa, przejrzystości, respektowania ustanowionych procedur i zachowania konsensusu, ale również poszanowania dla ludzkiej natury, niezmiennego fundamentu ludzkości oraz wynikających z niej relacji społecznych, również w społeczności, która podlega nieustannym zmianom. Rzecz jasna zwyczajne wyliczenie “praw” nie wystarczy, by osiągnąć dobrą formę życia społecznego, niezbędne jest pielęgnowanie przez jednostki cnót, w tym także cnoty sprawiedliwości, dzięki czemu kreatywne i sprawiedliwe relacje nawiązywane przez te osoby wpłyną zarówno na życie prywatne, publiczne, zawodowe, gospodarcze i polityczne.

o. Wojciech Giertych OP, Teolog Domu Papieskiego

 

NIE MA POKOJU BEZ SPRAWIEDLIWOŚCI

Prawdziwy pokój jest w rzeczywistości «dziełem sprawiedliwości» (Iz 32, 17). Jak stwierdził Sobór Watykański II, pokój jest «owocem porządku nadanego społeczeństwu ludzkiemu przez Boskiego jego założyciela, nad którego urzeczywistnieniem pracować mają ludzie pragnący coraz to doskonalszej sprawiedliwości» (Gaudium et spes, 78). Od przeszło piętnastu wieków w Kościele katolickim rozbrzmiewa nauka Augustyna z Hippony, który przypomina nam, że pokój, do którego trzeba dążyć z udziałem wszystkich, polega na tranquillitas ordinis, na spokojnym ładzie (por. De civitate Dei 19, 13).

Prawdziwy pokój jest zatem owocem sprawiedliwości, cnoty moralnej i gwarancji prawnej, która czuwa nad pełnym poszanowaniem praw oraz obowiązków i równym rozdziałem dobrodziejstw i ciężarów. Skoro jednak sprawiedliwość ludzka jest zawsze słaba i niedoskonała, zdana na egoizm i ograniczenia zarówno osób jak i całych grup, należy ją praktykować w duchu przebaczenia i w pewnym sensie uzupełniać przebaczeniem, które goi rany i odnawia zakłócone relacje pomiędzy ludźmi. Jest to tak samo ważne w przypadku napięć istniejących między pojedynczymi osobami, jak i w konfliktach o bardziej ogólnym zasięgu, również międzynarodowym. Przebaczenie w żadnej mierze nie przeciwstawia się sprawiedliwości, gdyż nie polega na zaniechaniu słusznych żądań, by naruszony porządek został naprawiony. Przebaczenie dąży raczej do pełnej sprawiedliwości prowadzącej do spokojnego ładu, która nie tyle jest nietrwałym i czasowym zaprzestaniem działań wojennych, ile gruntownym uzdrowieniem krwawiących ran duszy. Dla takiego uzdrowienia sprawiedliwość i przebaczenie są równie istotne. W Orędziu tym pragnę rozpatrzyć te właśnie dwa wymiary pokoju. W obliczu poważnych problemów wciąż jeszcze nękających świat, wśród których niepośledniej wagi jest nasilenie nowej przemocy wprowadzone przez zorganizowany terroryzm, tegoroczny Światowy Dzień Pokoju daje całej ludzkości, a w szczególny sposób przywódcom państw, okazję do zastanowienia nad wymaganiami sprawiedliwości i nad wezwaniem do przebaczenia. [...] Co jednak, w konkrecie, oznacza przebaczenie? I dlaczego wybaczać? [...] Przebaczenie gości w sercu każdego człowieka, dopiero później staje się faktem społecznym. Tylko wtedy, gdy zaistnieje etyka i kultura przebaczenia, można mieć nadzieję na «politykę przebaczenia», wyrażającą się w zachowaniach społecznych i działaniu instytucji związanych z prawem, w których także sprawiedliwość nabierze bardziej ludzkiego oblicza.

W rzeczywistości przebaczenie jest przede wszystkim decyzją osobistą, wyborem serca, które sprzeciwia się spontanicznemu instynktowi, by za zło odpłacać złem. Największą zachętą do takiego wyboru jest miłość Boga, który nas przygarnia mimo naszego grzechu. Decyzja taka bierze przykład z najwyższego wzoru Chrystusa, który modlił się na krzyżu: «Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią» (Łk 23, 34). [...]

Nie ma pokoju bez sprawiedliwości, nie ma sprawiedliwości bez przebaczenia — to właśnie pragnę ogłosić w tym Orędziu wierzącym i niewierzącym, ludziom dobrej woli, którym leży na sercu dobro ludzkiej rodziny i jej przyszłość.

Nie ma pokoju bez sprawiedliwości, nie ma sprawiedliwości bez przebaczenia — to pragnę przypomnieć tym, którzy są odpowiedzialni za losy ludzkich wspólnot, aby w trudnych i poważnych decyzjach kierowało nimi zawsze światło prawdziwego dobra człowieka, w perspektywie dobra wspólnego.

Nie ma pokoju bez sprawiedliwości, nie ma sprawiedliwości bez przebaczenia — nie przestanę powtarzać tego upomnienia wszystkim, którzy z tego czy innego powodu żywią w sobie nienawiść, pragnienie zemsty, żądzę zniszczenia.

Jan Paweł II, Orędzie na Światowy Dzień Pokoju, 1 styczne 2002 r.

 

        Umiarkowanie

Wewnątrz natury działają dwa podstawowe i wrodzone instynkty: przetrwania i prokreacji. Nie tylko istoty ludzkie, ale także zwierzęta i rośliny pobudzane są wewnętrznie do obrony swego bytu i przekazywania życia następnym pokoleniom. Życie jest dobre, a natura dąży do kontynuacji i przekazywania siebie. Drzewa nie muszą się uczyć, jak rodzić swoje owoce, a zwierzęta – jak łączyć się w pary i troszczyć o potomstwo: kieruje nimi potężna i zawsze obecna naturalna siła.

Osoba ludzka podlega działaniu tych samych instynktów, ale w człowieku cielesny i duchowy wymiar muszą współdziałać, aby osiągnąć pełnię człowieczeństwa. Wrodzone instynkty ukierunkowane na spożywanie pokarmów i współżycie seksualne, oraz pragnienie przyjemności smaku i dotyku dają o wiele więcej niż czystą przyjemność, kiedy połączone są z duchowym poszukiwaniem prawdziwego dobra, nie tylko nas samych, ale i innych. Smak i dotyk dostarczają jedynie przyjemności zmysłów, a przyjemność sama w sobie, pozbawiona orientacji duchowej i swego prawdziwego znaczenia, w swym hedonistycznym egoizmie pozostawia tylko uczucie zadowolenia i duchowej pustki. Osoba ludzka ukierunkowana jest na szczęście, a same przyjemności nie są w stanie go dać. Autentyczne szczęście rodzi się z życia zwróconego ku prawdziwemu dobru, postrzeganemu i realizowanemu przez rozum i wolę, w łączności z dynamiką ciała. Zadaniem cnoty umiarkowania jest czuwanie nad zrównoważonym – i nie będącym jedynie współistnieniem – współdziałaniem pragnienia przyjemności smaku i dotyku z przylgnięciem do prawdziwego dobra, które dokonuje się za pośrednictwem władz duchowych.

Potrzeby biologiczne i pragnienie dóbr szczególnych wymagają uporządkowania ze względu na wyższe cele. Nieład rodzi się, gdy żar jest nadmierny, gdy skierowany jest na niewłaściwy przedmiot, lub – jak to czasami ma miejsce – gdy jest on niewystarczający. Cnota sytuuje się pośrodku. Podporządkowanie zmysłowych pragnień perspektywom duchowym nie pozbawia przyjemności ekstatycznej jakości. Satysfakcja jest większa i głębsza, gdy nie eliminuje się człowieczeństwa. Hedonizm sprowadza osobę ludzką do poziomu zwierzęcości. Dziewiętnastowieczna literatura romantyczna opisuje ludzkie namiętności, ale zawsze w powiązaniu z wartościami moralnymi, takimi, jak odpowiedzialna miłość, patriotyzm i służba. Dzisiejsze reklamy proponują natomiast nagie doświadczenie namiętności, oddzielone od wszelkich fundamentalnych wartości. Staje się to przyczyną zubożenia psychiki człowieka. Wzajemny szacunek małżonków dla małżeńskiej czystości (kiedy odwołują się do naturalnych metod planowania rodziny) podnosi jakość ich miłości. Odpowiedzialność uszlachetnia miłość. Spożywanie we właściwy sposób (zamiast tzw. „szybkiej żywności” – fast food – raczej „wolna żywność”) – bez łakomstwa i nieumiarkowania w jedzeniu i piciu – jest znakiem człowieczeństwa. Zdolność rozkoszowania się muzyką klasyczną daje satysfakcję o niebo wyższą, niż katowanie sobie uszu potężnym, pozbawionym harmonii hałasem. Jednak nie tylko uczucia przyjemności potrzebują dobrego zarządzania. Także uczucie smutku wymaga odpowiedzialnego ukierunkowania. Szkodliwe uzależnienie i alkoholizm nie są zazwyczaj wynikiem nadmiernego dążenia do przyjemności, lecz niezdolności do pokierowania smutkiem – nierzadko autentycznym i uzasadnionym.

Tradycyjnie uważa się, że cnota umiarkowania zawiera dwa podstawowe elementy: poczucie wstydu i poczucie godności, które odrzuca wszystko, co nieprzyzwoite i brudne. Wstyd, który prowadzi do skromności w sposobie ubierania się i zachowania rodzi się z szacunku dla ludzkiej godności i sfery seksualności, domagającej się tego, by ją chronić. Sprzymierzeńcami cnoty umiarkowania są cnota skromności i pokory, cnota wyrozumiałości, kontrolująca słuszny gniew, i cnota zwana tradycyjnie cnotą studiowania, porządkująca nadmierną ciekawość. Wszystkie te cnoty cechuje pewne ograniczenie, typowe dla cnoty głównej umiarkowania. Wzrastanie w cnocie, nawet jeżeli jest możliwe w ograniczony sposób przy czysto ludzkim wysiłku, urzeczywistnia się przede wszystkim na poziomie nadprzyrodzonym, kiedy człowiek z wiarą i miłością zwraca się do Boga, stawiając małe kroki samokontroli i pokładając całą ufność w mocy Bożej łaski.

o. Wojciech Giertych OP, Teolog Domu Papieskiego

 

Cnoty wpisane są w nasze życie

„ Zawsze, gdy mówimy o cnotach – nie tylko o głównych (czyli kardynalnych), ale o wszystkich, o jakiejkolwiek, musimy mieć przed oczyma realnego, konkretnego człowieka. Cnota nie jest czymś abstrakcyjnym, oderwanym od życia. Jest ona wręcz przeciwnie, bardzo głęboko „wpisana w życie – z tego życie wyrasta i jemu nadaje kształt. Cnota stanowi o tym, jak człowiek żyje i jak działa, jak postępuje.”

„[...] wszystkie te przymioty (raczej: postawy) człowieka o których stanowią poszczególne cnoty kardynalne, są wzajemnie ze sobą powiązane. Nie można więc być człowiekiem prawdziwie roztropnym, ani rzetelnie sprawiedliwym, ani naprawdę mężnym – jeśli brakuje cnoty umiarkowania.”

„W każdym z nas bowiem jest jakby wyższe i niższe „ja|”. O tym niższym „ja” stanowi poniekąd nasze ciało i to, co jest z nim związane, jego potrzeby, ale także jego pożądania, namiętności o charakterze nade wszystko zmysłowym. Otóż cnota umiarkowania zapewnia w każdym człowieku panowanie „wyższego ja” nad „niższym”. Czy oznacza to poniżenie naszego ciała? Jakieś jego upośledzenie? Wręcz przeciwnie, oznacza to jego dowartościowanie. Cnota umiarkowania przyczynia się do tego, że ciało i zmysły zyskują właściwe dla siebie pozycje w całym naszym człowieczeństwie.”

„Cnota ta nazywa się także „wstrzemięźliwością”. Bardzo słusznie. Abyśmy bowiem mogli panować nad naszymi namiętnościami, nad pożądliwością ciała, nad wybuchami zmysłowości [...] – musimy niejako zachować dystans wobec siebie samych, a przede wszystkim wobec naszego niższego „ja” [...] Czy to znaczy, że człowiek cnotliwy, umiarkowany, nie może być spontaniczny, nie może cieszyć się, nie może płakać, nie może dawać zewnętrznego wyrazu swoich uczuć, że musi uczuciowo zobojętnieć, oziębnąć, niejako skamienieć? Żadną miarą! Wystarczy spojrzeć na Pana Jezusa, aby się o tym przekonać. Etyka chrześcijańska nie utożsamiała się nigdy ze stoicką. Natomiast – przyjmując całe bogactwo uczuć i wzruszeń, jakim jest obdarzony każdy człowiek, każdy zresztą inaczej [...] trzeba również zgodzić się na to, iż ten człowiek nie może inaczej osiągnąć dojrzałej spontaniczności, jak tylko przez pracę nad sobą i przez swoiste czuwanie w całym swoim postępowaniu. Jest to właśnie wyraz cnoty „umiarkowania”, cnoty „wstrzemięźliwości”.

Jan Paweł II, Audiencja ogólna, 22.XI. 1978 r.

 

        Wiara

Teologiczna cnota wiary to dar od Boga. Jako owoc łaski przystosowuje nasz rozum do przyjęcia tajemnic objawionych przez Boga. Treść naszej wiary została przekazana przez Kościół poprzez Pismo Święte i żywą Tradycję, ale zdolność zaakceptowania tej tajemnicy otrzymujemy bezpośrednio od Boga w chwili chrztu świętego, a nawet wcześniej, w chwili nawrócenia, które prowadzi do chrztu.

Dlaczego Bóg ofiarował nam tę cnotę? Najprostszą odpowiedzią jest ta, że wiara czyni nas zdolnymi spotkać Boga. Ale dlaczego Bóg woli spotkanie poprzez wiarę, zamiast objawić się za pośrednictwem zwyczajnych środków kognitywnych? Zresztą, wiara zakłada pokorę rozumu, skłonność poprzez którą sam rozum stworzony przez Boga wraz z zapisanym w nim bodźcem ku prawdzie powstrzymuje się od zastosowania niezależnie całego potencjału tego przewodnictwa, abyśmy mogli dotrzeć do prawdy i pod wpływem woli przyjęli ją jako dar. Czyżby było to wyraźne poniżenie rozumu? Może on przecież dostąpić prawdy posługując się własnymi metodami poznawczymi, doświadczalnymi czy filozoficznymi. Skoro rozum może poznać prawdę, dlaczego musi poddać się wierze, godząc na stanowisko ucznia nauczanego przez Mistrza, który pozostaje ukryty w mgłach tajemnicy?

Odpowiedź na to pytanie można odnaleźć w zwykłym ludzkim doświadczeniu. My w naszych relacjach nie postępujemy opierając się jedynie na naukowym poznaniu. Ufamy. Gdzie jest zaufanie, jest też otwarcie na drugiego człowieka, jest miejsce dla miłości. Poznanie naukowe nie wytwarza miłości. A zaufanie tak. Bóg więc, skrywając się w tajemnicy może zostać objawiony jedynie poprzez wiarę, zdradza ludzkie oblicze. Kiedy my zbliżamy się do Boga poprzez wiarę, uczymy się, jak Mu zaufać i jak go kochać. Odkrywamy, że Bóg nie jest tylko odpowiedzią na pytania o ludzkie czy kosmiczne istnienie. Bóg jest ojcem, który czeka na nasze zaufanie i naszą miłość. Pokora rozumu w wierze nie powinna być zatem rozumiana w znaczeniu negatywnym. To projekcja rozumu ku życiodajnemu spotkaniu z Bogiem, który pozostawia nietkniętymi nasze umysłowe zdolności. Wiara nie oślepia rozumu, pozwala zwyczajnie dojrzeć więcej, aby połączyć poznanie uzyskane dzięki filozofii z poznaniem poprzez objawienie, w celu osiągnięciu tych prawd, których rozum, jako cel sam w sobie, nie śmie osiągnąć.

Precyzja języka łacińskiego pozwala rozróżnić trzy płaszczyzny wiary. W pierwszym rzędzie mamy wiarę, że Bóg istnieje – credo Deum esse. Wiara ta nie przekłada się jeszcze na osobistą relację z Bogiem. Wiele osób akceptuje istnienie Boga, a nie przeżywa Jego obecności w swoim codziennym życiu. Potem mamy akceptację zasady, że Bóg jest prawdą: ludzie wierzą bądź ufają Słowu Bożemu – credo Deo. Jest to postawa, która godzi się z faktem, że Bóg przemówił, że Jego słowo niesie w sobie istotne prawdy. Ta wiara może pozostać tylko na płaszczyźnie zwykłej deklaracji. I wreszcie jest wiara w Boga – credo in Deu, podkreślając owo w, które wyraża ruch. Wierzyć w Boga to zebrać wszystkie energie duszy i skierować je ku Bogu. Tę najwyższą formę wiary stanowi miłość braterska, caritas. Wiara na tym poziomie nie przyjmuje tylko istnienia Boga i Jego prawdziwości, ale reorganizuje życie w taki sposób, że Bóg staje się jego najważniejszym elementem. TO wszystko, co zostało usłyszane, powiedziane czy uczynione, stało się w koncentracji na Bogu, w zawierzeniu w Jego obecność, w Jego opiekę i miłość. To jest wiara, której Bóg oczekuje od nas, ponieważ właśnie taka wiara prowadzi do spotkania Ojca Przedwiecznego z Jego ufnymi dziećmi. Bóg nie potrzebuje naszej pracy, ale oczekuje z cierpliwością, aż nasze serca zaufają Jego łasce, przyjmą Jego miłość w codziennych czynnościach i zaakceptują tajemnicę Jego obecności w naszym życiu.

Trzeba jednak pamiętać, że nie wystarczy zadeklarować własną wiarę. Musimy ją wyznać, kiedy nasza wiara wzrasta. Ona zaś wzrasta w chwili, gdy pozwalany nieuchwytnej tajemnicy Boskiej przeniknąć nasze życia, nasze myśli, uczucia i decyzje. Wzrost wiary nie jest w żaden sposób ograniczony, ponieważ nie ma granicy dla wewnętrznej skłonności ku Bogu, która jest tajemnicą i nią pozostanie – tak jak tajemnicą jest zaufanie Piotra podczas gdy Jezus kroczył po wodach.

O. Wojciech Giertych OP, Teolog Domu Papieskiego

 

Życie oparte na wierze

Człowiek nie jest stworzony, by żyć samotnie. Rodzi się i dorasta w rodzinie, aby później włączyć się swoją pracą w życie społeczne. Od dnia narodzin jest zatem włączony w różne tradycje, przejmując od nich nie tylko język i formację kulturową, ale także liczne prawdy, w które wierzy niejako instynktownie. W okresie wzrastania i dojrzewania osobowości te prawdy mogą zostać podważone i poddane krytycznej ocenie, która jest szczególną formą aktywności myślowej. Gdy jednak dokona się ten proces, zdarza się, że człowiek ponownie przyjmuje te same prawdy, opierając się na własnym doświadczeniu albo na rozumowaniu, które przeprowadził. Mimo to w życiu człowieka nadal o wiele więcej jest prawd, w które po prostu wierzy, niż tych, które przyjął po osobistej weryfikacji. Któż bowiem byłby w stanie poddać krytycznej ocenie niezliczone wyniki badań naukowych, na których opiera się współczesne życie? Któż mógłby na własną rękę kontrolować strumień informacji, które dzień po dniu nadchodzą z wszystkich części świata i które zasadniczo są przyjmowane jako prawdziwe? Któż wreszcie mógłby ponownie przemierzyć drogi doświadczeń i przemyśleń, na których ludzkość zgromadziła skarby mądrości i religijności? Człowiek, istota szukająca prawdy, jest więc także tym, którego życie opiera się na wierze.

Wierząc, człowiek zawierza wiedzy zdobytej przez innych. Można w nim dostrzec znamienne napięcie: z jednej strony wydaje się, że wiedza oparta na wierze jest niedoskonałą formą wiedzy, którą należy stopniowo udoskonalać, zdobywając osobiście dowody na jej potwierdzenie; z drugiej zaś wiara w porównaniu ze zwykłym poznaniem opartym na oczywistych dowodach jawi się często jako rzeczywistość bogatsza o pewien ludzki wymiar, wiąże się bowiem z relacją międzyosobową i angażuje nie tylko osobiste zdolności poznawcze, ale także głębiej zakorzenioną zdolność zawierzenia innym ludziom, nawiązania z nimi trwalszej i ściślejszej relacji.

Warto podkreślić, że w takiej relacji międzyosobowej głównym przedmiotem poszukiwania nie są prawdy dotyczące faktów ani prawdy filozoficzne. Szuka się tu raczej prawdy o samej osobie: tego, kim jest i co ujawnia z własnego wnętrza. Człowiek udoskonala się bowiem nie tylko przez zdobywanie abstrakcyjnej wiedzy o prawdzie, ale także przez żywą relację z drugim człowiekiem, która wyraża się przez dar z siebie i przez wierność. W tej wierności, która uzdalnia do złożenia siebie w darze, człowiek znajduje pełnię pewności i bezpieczeństwa. Zarazem jednak poznanie oparte na wierze, którego podstawą jest zaufanie między osobami, nie jest pozbawione odniesienia do prawdy: wierząc, człowiek zawierza prawdzie, którą ukazuje mu druga osoba.

Ileż przykładów można by przytoczyć, aby to zobrazować! Od razu jednak przychodzi mi tu na myśl świadectwo męczenników. Męczennik bowiem jest najbardziej autentycznym świadkiem prawdy o życiu. Wie, że dzięki spotkaniu z Jezusem Chrystusem znalazł prawdę o własnym życiu, i tej pewności nikt ani nic nie zdoła mu odebrać. Ani cierpienie, ani śmierć zadana przemocą nie skłonią go do odstąpienia od prawdy, którą odkrył spotykając Chrystusa. Oto dlaczego po dziś dzień świadectwo męczenników nie przestaje fascynować, znajduje uznanie, przyciąga uwagę i pobudza do naśladowania. Powód, dla którego ufamy ich słowu, jest zaś taki, że dostrzegamy w nich oczywiste świadectwo miłości, która nie potrzebuje długich wywodów, aby nas przekonać, gdyż mówi do każdego człowieka o tym, co on w głębi serca już uznaje za prawdę i czego od dawna poszukuje. Męczennik budzi w nas głębokie zaufanie, ponieważ mówi to, co my już przeczuwamy, i wypowiada otwarcie to, co my również chcielibyśmy umieć wyrazić.

Jan Paweł II, Fides et ratio, 1989