Tomek

Spisałem grzechy na kartce, by niczego nie pominąć...

Historia, którą chcę się z wami podzielić jest tylko fragmentem mego życia. Życia, które było przepełnione złem, gdzie nie było miejsca dla wiary, dla Boga. Tak, przyznaje – to podłe, ale jak zauważyliście użyłem słowa: nie było.

Urodziłem się w Zakładzie Karnym. Moja mama nie przejawiała zainteresowania swoim synem, co tez było powodem, iż wychowywał mnie przez pewien czas mój Dziadek. Dziadek bardzo mnie kochał i troszczył się o mnie. Był wyjątkowym człowiekiem, ale nie wszyscy tak uważali i w dniu 24 grudnia, kiedy wszyscy przygotowywali się do wieczerzy wigilijnej, przyjechała po mnie milicja. Pewna pani twierdząc, że zabierają mnie do również dobrego domu, czyli Pogotowia Opiekuńczego... odebrała mnie Dziadkowi. To był straszny dzień, dzień, który zapoczątkował późniejsze wydarzenia w moim życiu. Tak, przebywałem w rożnych Domach Dziecka, skąd uciekałem, gdzie miały miejsca pierwsze drobne kradzieże. Gdy Dom Dziecka nie mógł poradzić sobie z moich wychowaniem, zdecydowano o umieszczeniu mnie w poprawczaku. Jednak i ta decyzja niczego nie zmieniła. Nadal uciekałem, kradłem, poniżyałem i biłem innych, a czym byłem starszy tym bardziej byłem bezwzględny. Po opuszczeniu poprawczaka z ogromnym bagażem przestępstw trafiłem do więzienia. Nowi ludzie, nowe znajomości, ale nie zawarłem tej najważniejszej... znajomości z Jezusem Chrystusem. Kolejne wyjścia na wolność powodowały, że brnąłem w to bagno. Sam nie wiem, który to raz siedzę za kratami. Łatwiej by mi było powiedzieć, kiedy nie siedziałem.

Obecny wyrok, który odsiaduje jest dość długi, bo piętnastoletni. Gdy tym razem zostałem skazany nie przypuszczałem nigdy, że coś tak wyjątkowego mnie spotka. Był to smutny dzień dla całego świata. Z ogromną uwagą śledziłem ciężka chorobę Ojca Świętego Jana Pawła II. W pewnym momencie spiker powiedział, że prawdopodobnie Ojciec Święty nie żyje. Łzy spływały mi po policzkach. Zdałem sobie sprawę, że Ojciec Święty jest mi bliski, że pokochałem tego wyjątkowego człowieka i zaczęło się dziać ze mną coś niezrozumiałego. To ciepło, które przeszywało moje serce i łzy, które temu towarzyszyły. Ja który byłem bez uczuć: płaczę i czuję. Nie zapomnę słów, które wtedy wypowiedziałem: „Przepraszam Ciebie Jezu Chryste, i Ciebie Ojcze Święty”. Prosiłem Jezusa Chrystusa, żeby przytulił do swego serca Ojca Świętego. Złożyłem również przysięgę Jezusowi, że nigdy Go nie zawiodę i oddaję Mu się bez reszty. Tyle myśli i uczuć pojawiło się we mnie. Dobro i miłość, którą mógłbym każdego obdarzyć. By jednak wszystko się wypełniło, wewnątrz coś mi podpowiadało bym wyznał Bogu swoje grzechy. Nie ukrywam, to było trudne, ale przeczytałem książeczkę pt.: „Przeciwko Tobie zgrzeszyłem”. Spisałem grzechy na kartce, by niczego nie pominąć. Spowiedź trwała długo... Były łzy, a potem radość i taka lekkość w sercu. Jezus Chrystus zamieszkał we mnie. W dniu śmierci Ojca Świętego Jana Pawła II Bóg wyznaczył Mu ostatnie zadanie, aby otworzyć mi drzwi do Nowego Życia, życia w Jezusie Chrystusie.

Jeszcze wiele przede mną pracy. Dziś modlę się i proszę: „Nie pozwól mi Jezu upaść”. Każdego dnia poznaje i odkrywam Boże Miłosierdzie przez Pismo Święte, modlitwę, różaniec. Pomagają mi w tym wspaniali ludzie duchowni i świeccy oraz moi duchowi rodzice z Bractwa Więziennego. Ta, oni są moimi Aniołami, którzy prowadzą moją edukację i są tacy jacy powinni być rodzice. Kochani, ja nigdy nie miałem rodziców, a Ci okazali mi tyle serca, i pomimo, że jestem w wiezieniu jestem szczęśliwy... Bóg Ojciec czekał, czekał na mój powrót i wierzył, wierzył we mnie...

Niedawno nawiązałem kontakt z osobą, która była najbliżej Ojca Świętego, Kardynałem Stanisławem Dziwiszem. Ksiądz Kardynał przysłał mi książkę „Świadectwo”, a oto fragment listu: „On wcale nas nie zostawił – pisze Ksiądz Kardynał - Czujemy Jego obecność. Doznajemy licznych Łask przez Jego wstawiennictwo”... Czego ja doświadczyłem osobiście...

Tomek

 

        Benedetta

Od tamtego momentu nie mam już żadnych wątpliwości: Bóg istnieje

Mam trzydzieści lat i jeszcze do ubiegłego roku byłam ateistką. Nie chciałam mieć nic wspólnego z Bogiem, który dopuścił, że w wieku jedenastu lat zostałam sierotą, najpierw pozwolił, aby umarł mój ojciec na raka, a potem moja babcia... Ignorowałam Boga, Kościół no i Papieża. Chociaż może mógł wydawać się jednym z nas, ja widziałam w nim starego uparciucha, który wierzył w coś co zupełnie nie istnieje.

Potem docierały do mnie wiadomości, że Papież odchodzi z tego świata... Nie wiem dlaczego, ale zaczęłam śledzić wszystkie wiadomości i programy w telewizji... Widziałam Plac Świętego Piotra pełen twarzy, łez. Ludzie modlili się na kolanach, młodzież śpiewała, skandowała Jego imię. Czuło się atmosferę adoracji, zwycięstwa miłości na śmiercią i właśnie w tym momencie zaczęłam zastanawiać się, czy nie stoję czasami po złej stronie...

A kiedy wiadomość o śmierci Papieża obiegła świat powtarzałam w duchu tylko jedno zadania: „Nie, nie to nie może być prawdą, Boże mój, nie!” Mając nadzieję, że zdarzy się cud, oczekiwałam na Jego postać patrząc w papieskie okno... Chciałam powiedzieć mu, że do tej pory byłam ślepa... Kiedy potwierdzono wiadomość o śmierci Jana Pawła II nie potrafiłam już się opanować... Wybuchłam płaczem... Jeszcze dziś nie potrafię wytłumaczyć co się ze mną stało... Odczuwałam taki straszny ból, co dla mnie samej było czymś nie wyjaśnionym. Od tamtego momentu nie mam już żadnych wątpliwości: Bóg istnieje. I to właśnie Jemu Karolowi udało się mnie o tym przekonać... Właśnie wtedy kiedy nie potrafił mówić... Ile razy ignorowałam Jego nauki... Na koniec ten „stary uparciuch” zaprowadził mnie do Boga... Podczas jego pogrzebu oddałam Mu się pod opiekę, aby pomógł mi stawać się dobrą chrześcijanką... Mam nadzieję, że Papież szybko zostanie świętym, świętym wszystkich, nawet tych, którzy podobnie jak ja odkryli zbyt późno kim On jest naprawdę i ile miłości nam dał...

Benedetta, 18 maggio 2006, Włochy

 

        Isabella i Lorenzo

Powtórne urodziny

Pracuję jako nauczycielka w liceum. Uczestniczyłam w zebraniu grona pedagogicznego, kiedy zadzwoniła do mnie mama z wiadomością, że mój synek, z którym poszła na basen, płacze narzekając na ból oka. Natychmiast spotkaliśmy się na pogotowiu i diagnoza była zaskakująca: uraz neurologiczny, wewnętrzny wylew. Szpital przylegający do pogotowia nie był wyposażony w dział neurologiczny, lekarze oczekiwali konsultacji z głównego szpitala w Mediolanie. Kazano nam opuścić pokój dziecka. Byliśmy zdesperowani. Poczucie bezradności względem osoby, którą kochasz jest czym strasznym. Chciałbyś oddać za nią życie, a tak naprawdę nic nie możesz zrobić... Po dwóch godzinach otrzymaliśmy zgodę z Mediolanu na przewóz syna do szpitala specjalistycznego. Nie pozwolono mi zabrać się wraz z nim helikopterem, wsiedliśmy więc w samochód. Nie zapomnę nigdy tej podroży. Pędziliśmy 170 km na godzinę, wbijając raz po raz wzrok w niebo, szukając helikoptera z naszym synem. Kiedy dotarliśmy do szpitala, operacja Giacomo już trwała. Siedząc w poczekalni, nie wiem dlaczego, przed oczami wyobraziłam sobie pierwszą stronę specjalnego wydania „L’osservatore Romano”, oprawioną i powieszoną w naszym pokoju, stronę z wiadomością o śmierci Jana Pawla II, z napisem „Nie lękajcie się” i właśnie to zdanie towarzyszyło mi podczas długich godzin oczekiwania na zakończenie operacji... Dzień później dziwnym zbiegiem okoliczności otrzymaliśmy od przyjaciół sms o treści: „Dziś są urodziny Jana Pawla II, oddajcie swojego synka w Jego opiekę”... O godzinie 6stej rano nareszcie chirurdzy wyszli z sali operacyjnej. Zabieg udał się. Wylew mógł uszkodzić naszemu synkowi ośrodek mowy, pamięci i ruchów. Teraz tylko czas mógł pokazać efekt operacji. Przez sześć dni Giacomo pozostawał w śpiączce farmakologicznej, rozbudzał się powoli. Długo nic nie mówił, ale rozpoznawał nasze twarze. Szpital, poczekalnia, jego pokój, stały się naszym domem. To były ciężkie dni, nie wiem skąd brałam siły, z dnia na dzień stałam się podporą dla innych, pocieszając i dodając nadziei całej mojej rodzinie. Któregoś dnia nareszcie mogłam przytulić swojego synka, mimo kabli aparatury medycznej, do której był podłączony. Poczułam dokładnie to samo gdy tuliłam go po raz pierwszy tuż po jego urodzeniu. Szczęściarz z niego, teraz będzie obchodził swoje urodziny dwa razy w roku: 12 grudnia i 18 maja... Cztery miesiące rekonwalescencji dłużyły się niemiłosiernie, ale „nie lękaliśmy się”! Giacomo był uparty, miał biedaczek całe nogi w siniakach, bo ćwiczył chodzenie i stanie bez kul i za każdym razem upadał... Dzisiaj już biega i mówi wystarczająco wyraźnie i najważniejsze, że wszystko rozumie, za kilka tygodni pójdzie do szkoły. Lekarze twierdzą, że tylko 300 na 1000 osób wychodzi z takiego kryzysu. Przyjechaliśmy więc do Rzymu, do Jana Pawla II, by mu podziękować i obiecać, że każdego roku „drugie urodziny” naszego synka obchodzić będziemy zawsze tu w Rzymie!

Isabella i Lorenzo

Włochy

 

        Laura

Wyścig latawców

W niedzielne popołudnie wybraliśmy się da parku. Na błękitnym niebie „zataczały kręgi” latawce, jeden przy drugim, kolorowe. Niektóre po kilku minutach lotu spadały na ziemie z ciężarem, jakby bez życia. Patrząc na nie zastanawiałam się, że być może ktoś kto je wykonał, nie zachował zasad konstrukcji równowagi i dlatego nie chcą łatać. Być może jednak latawce są zrobione prawidłowo, ale ktoś błędnie trzyma je za sznurek i nieumiejętnie nimi kieruje pełen obaw i strachu, że lada chwila spadną...

Niedaleko mnie stającej pewien tatuś dodawał odwagi małej córeczce, która usiłowała doprowadzić do nieba swoją latawcową konstrukcję, ilekroć wydawało się, że latawiec dotknie chmury, po kilku zawirowaniach i tak spadał na zielony dywan trawy.

Pozostałe latawce wzbijały się dumnie w górę, w stronę słońca, dotykając się wzajemnie, plącząc się sznurkami. Czasem któryś uwikłał się w drzewa porwany bezwładnie przez wiatr. Wśród tych o klasycznej formie były dwa przedstawiające orły, przypominały naprawdę prawdziwe ptaki, odważnie łatając pomiędzy drzewami. W pewnym momencie latawiec córeczki wziął w swoje ręce tatuś i w momencie kolorowy trapez wzbił się w samo niebo. „On jest mój, on jest mój” - krzyczała dumnie dziewczynka. Zrozumiałam, że jej latawiec nie ma żadnego defektu, jego kierunek i ruchy zależą od tego kto nim kieruje. Pierwsze kroki są zawsze trudne, metodą prób i błędów nabiera się doświadczenia.

Podobnie jest w naszym życiu: wiele razy wmawiamy sobie, że nie jesteśmy zdolni wzbić się w niebo, skrzywdzeni przez życie, nie obdarowani talentami, tłumaczymy, że to co trzymamy w rękach jest wadliwe, nic nam się nie udaje i nawet jeśli spalimy wszystkie nasze siły, nie będzie oczekiwanego efektu. Brakuje nam wiary w dobry wiatr, w to że sznurek, który prowadzi nas jest wystarczający, aby dotknąć wysokości bez strachu i obawy przed niebezpieczeństwami jakimi są drzewa i sznurki innych latawców.

Jan Paweł II musiał sprzymierzać się z cierpieniem, ale nigdy nie przestawał wzbijać się wysoko, swoim duchem, wykorzystując jak najlepiej powiew Ducha Świętego. Naprawdę jego latawiec latał wysoko pokazując nam drogę po niebieskich przestworzach, łącząc nas wszystkich cieniutkim sznurkiem. Kiedy Jego sznurek się przerwał dotarł już do słońca, czując jego gorąc. To jego oddanie się Bogu to przykład siły przezwyciężającej wszystko.

Wyścigi latawców są niezwykłe gdyż zmuszają nas do patrzenia w górę, odrywając nas od rzeczy ziemskich. Przyglądając się konstrukcji latawca zauważymy jego centrum, dwa pale połączone z sobą w formie krzyża, przymocowane taśmą i pokryte kolorowym papierem, do nich przymocowany jest sznur. Krzyż jest symbolem naszego życia, sznurek to czas, który upływa. Wydawać by się mogło, że ogranicza nas, ale to nie prawda. Jest on wystarczająco długi, by pozwolić nam wzbić nasze serce ku niebu.

Pięknie by było, gdyby nasze niebo pokryte było kolorowymi latawcami, którymi jesteśmy my. Nasze sznurki nie plątałyby się, pragnienie wspólnego dotarcia do nieba, aby spróbować słońca, była by tak wielka, że nieba starczyło by dla wszystkich...

Księże Postulatorze, praca Księdza jest bardzo dla nas cenna, emocja jest duża, kiedy pomyśle, że Ksiądz dzień po dniu może wczytywać się w pisma i tajniki życia Jana Pawła II. Życzę, aby Ksiądz wykorzystał maksymalnie sznurek swojego latawca, by wzbić się w niebo, gdzie mieszka Bóg. Liczę na Księdza modlitwy i błogosławieństwo, w samym środku nieba pełnego kolorowych latawców...

Laura

 

        Paolo

Wyproś u Boga łaskę...

Minął kolejny rok od czasu kiedy opuściłeś ten świat. Mam 21 lat, byłeś więc dla mnie pierwszym Papieżem. Pamiętam moment, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem Twojego Następcę, ze zdziwienie patrzyłem na tę białą sutannę szamocącą się pomiędzy małymi i rozważnymi krokami, ale szybkimi i zdecydowanymi...Ciebie od lat widziałem chwiejącego się, niepewnego potem niepełnosprawnego.

Lubię myśleć, że mieszkasz w raju, że wróciły Ci siły z dawnych lat, bo odwaga to nie opuściła Cię nigdy, towarzyszyła Ci podczas Twojego męczeństwa, potem podczas agonii.

Stoję pokorny i mały, zupełnie mały przy Twoim grobie. Tłum, który mnie otacza przypomina mi ten, który zebrał się nad Jordanem, by słuchać nauczania Jana Chrzciciela, otrzymać chrzest i...rozgrzeszenie. Widzę rzesze, które wsłuchiwały się w słowa Nauczyciela i prosiły go o łaski, na które czekały ich serca...

Dzięki Bogu jestem zdrowy, mam cudowną rodzinę, nie mam większych problemów, ale musze Cię o coś prosić... Jestem studentem II-giego roku Medycyny i Chirurgii. Do tej pory rezultaty mojej nauki były dobre. Proszę Cię jednak o pomoc: wyproś u Boga łaskę, bym stawał się dobrym lekarzem: pokornym, hojnym, dedykującym się chorym, dobrze przygotowanym naukowo i z wartościami chrześcijańskimi, który w każdym chorym zobaczy Chrystusa Ukrzyżowanego. Proszę, abym został dobrym lekarzem, a jeśli Bóg zechce, abym został także księdzem, świętym tak jak Ty...

Obejmuję Cię z przyjaźnią.

Paolo

 

            Francesca

Mój tato powrócił do domu…

Drogi Janie Pawle II!

Chciałabym podziękować Ci za Twoją żywą obecność wśród młodzieży, urodzonej podczas Twojego Pontyfikatu. Dziękuję Ci za odwagę, z jaką potwierdzałeś obecność Chrystusa przed całym światem i proszę Cię, abyś pomógł mi w uzyskaniu chociaż jednej setnej wiary jaką miałeś Ty. Jedną setną wiary, pokory, siły, nadziei, miłości, odwagi...

Nie mogłam przybyć na Twój pogrzeb, ale Bóg dał mi tę ąaskę, że dzisiaj mogę przybyć na Twój grób. Przyjechałam do Rzymu wraz z przyjaciółmi, za których będę wdzięczna Bogu aż do śmierci... W szczególności dziękuję Maryi za to, że odzyskałam tatusia! Modliłam się o to do Czarnej Madonny z Częstochowy i ona sprawiła cud. W Wielkanoc 2007, po dwóch latach separacji z moją mamą, mój tato powrócił do domu.

Proszę uproś Maryję, aby pomagała nam w byciu dobrą rodziną. Ja również w przyszłość pragnę założyć swoją własną. Wstaw się za mną u Matki Bożej, abym poczęła kiedyś dzieci wraz z kochającym mnie mężem, mimo to, że stwierdzono u mnie raka szyjki macicy.

Francesca

 

            Krystyna Włodarczyk

...by być bliżej Niego

Przedszkole w Iwoniczu-Zdroju istnieje od ponad 50 lat. Uczęszcza do niego 60 dzieci. Rada Rodziców, nauczyciele i dzieci postanowili wybrać na patrona tejże placówki papieża Jana Pawła II. Uroczystości odbyły się 18 maja w rocznicę 85 urodzin patrona.

Jan Paweł II w trosce o dobro moralne przyszłego pokolenia jest gwarantem najwyższych wartości w oparciu, o które można dziś budować program wychowawczy. Poprzez ten akt, środowisko iwonickie chce na co dzień obcować z Ojcem Świętym i Jego nauczaniem, co pomoże dzieciom stawać się coraz doskonalszymi i umocni je w modlitwie i wierze. Rozwaga, życzliwość, miłość i spokój to cechy, które Ojciec Święty niósł w swoim przesłaniu. Nieustannie obejmował sercem i modlitwą najmłodsze pokolenie, mówił do wychowawców: „Wychowanie dziecka dokonuje się przez przykład miłości, która niesie pokój i potrafi pokonywać trudności, a zarazem przez liczne pouczenia, jakich można im codziennie udzielać. Proszę was wychowawcy, którzy jesteście powołani, aby wpajać młodemu pokoleniu autentyczne wartości życia. Uczcie dzieci i młodzież tolerancji, zrozumienia i szacunku dla każdego człowieka”. Codzienna praca z dziećmi może być tylko wzbogacana o ponadczasowe wartości przekazane przez Ojca Świętego. Iwonickie Przedszkole chce być wierne Jego słowom. Przedszkolne środowisko z miłości do Niego, pragnie poprzez nadanie Jego imienia Gminnemu Przedszkolu w Iwoniczu Zdroju, być bliżej Jego osoby.

W instytucji otwarto Izbę Pamięci Patrona, w której zgromadzono wiele cennych eksponatów związanych z Osobą Ojca Świętego. Pamiątkowy medal z pielgrzymki Ojca Świętego na Kubę, różaniec papieski i szyszkę z Ogrodów Watykańskich. Do ekspozycji zostały wypożyczone pamiątki: papieska piuska, ornat, kielich, papieskie różańce i medale. Zbiory są wciąż uzupełniane i wzbogacane; dwa portrety autorstwa włoskich artystów (na jednym jest autentyczny podpis Jana Pawła II, potwierdzony pieczęcią watykańską-obraz przekazał osobisty sekretarz Ojca Świętego ks. Mieczysław Mokrzycki), talerzyk z zastawy papieskiej, książeczki z nabożeństw z udziałem Jana Pawła II i Jego następcy Benedykta XVI, różańce, medale, znaczki oraz piuska abp. Stanisława Dziwisza. Dzieci poprzez bezpośredni kontakt z papieskimi pamiątkami poznają naukę głoszoną przez Jana Pawła II oraz najważniejsze wydarzenia z Jego pontyfikatu, co ma ogromny wpływ na kształtowanie ich osobowości i będzie procentować w przyszłości. Są one głęboko przekonane o wielkiej miłości do nich Ojca Świętego i wierzą, że ich Wielki Patron patrzy na nich z Domu Ojca i modli się za nich tak jak i dzieci modlą się w Jego intencji w przedszkolu i w domach rodzinnych.

Wśród gości, którzy odwiedzili przedszkole i Izbę Pamięci, byli m. in: abp Edward Nowak, były Sekretarz Kongregacji do Spraw Kanonizacyjnych, ks. Lech Piechota, pracownik sekretariatu Stanu Stolicy Apostolskiej, abp Józef Michalik Metropolita Przemyski przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski, prof. Gabriel Turowski, długoletni przyjaciel Karola Wojtyły. Przedszkole zostało wpisane do ogólnopolskiej Rodziny Szkół im. Jana Pawła II.

„Chciałbym bardzo, aby nawet na chwilę, nie zgasła radość na twarzach dzieci całego świata”- mówił Jan Paweł II, my też tego pragniemy...

Krystyna Włodarczyk, dyrektor przedszkola im. Jana Pawła II w Iwoniczu Zdroju

 

 

         Luigia

Może ktoś to przeczyta...

Jestem mamą Alberta i Giuseppe i żoną Giovanniego. Jestem bardzo związana z Janem Pawłem II może dlatego, że jest to jedyny Papież, którego spotkałam na dodatek, będąc jeszcze narzeczoną. Pewnego dnia rozmawiałam o Janie Pawle II z moim kolegą pielęgniarzem, to on dał mi Wasz adres mówiąc: „Zobaczysz, kiedyś do nich napiszesz”... Wahając się wzięłam zapisaną karteczkę, którą przez cały czas nosiłam w notesie. Dzisiaj zdecydowałam się zajrzeć do karteczki i nie będąc pewna czy ten list do Was naprawdę trafi, zdecydowałam się go wysłać...

Na każdego z nas niespodziewanie spadają problemy: zmiana pracy, trudności z aklimatyzowaniem się, dylematy rodzinne, małżeńskie, wtedy każdy musi rzucić się w wir życia, z odwagą... Mogę Wam sama o tym zaświadczyć; coś o tym wiem. Jednak w pędzie życia nie możemy być uzależnieni jedynie od naszych problemów, gubiąc się w ich labiryntach, niby uliczkach bez wyjścia... Nasze życie nie może być nieruchomym wykresem EKG; taki bowiem jednostajny wykres będzie miała nasza dusza kiedy stanie się nieczuła i obojętna na cnoty. Może właśnie tego najbardziej brak w dzisiejszych czasach. Nasza epoka zdaje się być epoką kryzysów wartości i braku nadziei na przyszłość, która już nie objawia się jako czas błogosławiony przez Boga, ale widzimy ją w czarnych kolorach...

Zdecydowałam się dać sobie jeszcze jedną szansę, zapisałam się jako wolontariusza do Czerwonego Krzyża. Nie jest to dla mnie czymś łatwym, niosąc na swoich barkach obowiązki rodzinne, a także opiekę nad moimi rodzicami (jedno z nich jest bez nogi, drugie na wózku inwalidzkim). Uczęszczam na kurs, niedługo czekają mnie egzaminy, w których dopomoże mi Bóg, wierze w to. Myślę, że każda nasza podroż jest dzieckiem naszego ostatniego powrotu i znakiem nieustającego wzrastania i dla mnie to właśnie znaczy „żyć”, a nie „przeżyć”...

I powtarzając za Janem Pawłem II: „nie lękajcie się” twierdzę, że Łaska Boża czuwa nad nami, nie zostawia nas samym sobie, ale trzyma nas swoją zbawczą ręką. Tę rękę wyciąga do nas także Jan Paweł II na zdjęciu, które mam właśnie przed sobą ...

Dziękuję Was, że wysłuchaliście moich myśli, módlcie się za moją rodzinę.

Z miłością,

Luigia

 

            Krzysztof Bramorski

Dom Nadziei

Mówiąc dziś o dziełach miłosierdzia inspirowanych osobą i nauczaniem Sługi Bożego Jana Pawła II nie sposób pominąć wrocławskiego Domu Nadziei im. Jana Pawła II, służącego od trzech lat dzieciom chorym na nowotwory i oczekującym na transplantację szpiku kostnego.

Dom Nadziei związany jest z wrocławską Kliniką Transplantacji, Onkologii i Hematologii Dziecięcej oraz wspomagającą ją Fundacją. Od początku dzieło pomocy chorym dzieciom cieszy się szczególną sympatią księdza kardynała Henryka Gulbinowicza, a także obecnego Metropolity Wrocławskiego, księdza arcybiskupa Mariana Gołębiewskiego.

W 2002 roku Fundacja przejęła od miasta Wrocławia położony obok Kliniki dawny Dom Profesorów Akademii Medycznej, zwany wcześniej „Willą Alzheimera”. Dom został już w dużej części wyremontowany, tak że 24. września 2005 nastąpiło uroczyste poświecenie budynku i nadanie mu imienia „Dom Nadziei im. Jana Pawła II”. W holu została wmurowana tablica z nazwą oraz własnoręcznie przez Ojca Świętego Jana Pawła II podpisanym błogosławieństwem apostolskim dla lekarzy i pacjentów. Z tej okazji mogłem przekazać ofiarowany przez ks. kard. Stanisława Dziwisza portret Patrona, który zawisł obok tablicy. W Domu Nadziei funkcjonują już jedyne na Śląsku wyjazdowe hospicjum dla dzieci oraz trzy specjalistyczne poradnie lekarskie. Kolejnym etapem będzie uruchomienie hotelu dla matek dzieci poddawanych operacjom transplantacji szpiku kostnego.

Dlaczego dzieło Domu poświęcono Janowi Pawłowi II?

Szczególnym rysem wrocławskiej Kliniki jest związek chorych dzieci z osobą Sługi Bożego Jana Pawła II, datujący się od ok. 2003 roku. W tym okresie dzieci, pod opieką księdza kapelana Wojciecha Zięby, rozpoczęły regularne modlitwy w intencji Ojca Świętego, który był im – chorym – szczególnie bliski. W lutym 2004 roku grupa dzieci pielgrzymowała do Rzymu, gdzie miała możliwość uczestniczenia w liturgii Środy Popielcowej w Bazylice Św. Piotra. Dzieci zostały wówczas przez Jana Pawła II pobłogosławione. Niestety, nie było wówczas możliwe osobiste spotkanie z Papieżem. Widząc, jak wielkie było pragnienie dzieci osobistego spotkania z Janem Pawłem II, postanowiłem w tym pomóc. Udało się. Dzięki życzliwości ówczesnego ks. abp Dziwisz, który cierpliwie znosił moje kilkukrotne wizyty, prośby i faxy, oraz wsparciu zaprzyjaźnionych sponsorów, kilka miesięcy później miało miejsce szczególne spotkanie: 30 listopada 2004 roku grupa dzieci, które mimo choroby mogły pod opieka lekarzy przybyć do Rzymu, została przyjęta przez Ojca Świętego na prywatnej audiencji. Było to wielkie przeżycie, które pozwoliło Ojcu Świętemu doświadczyć przywiązania towarzyszących Mu modlitwą chorych dzieci, je zaś umocniło w walce z cierpieniem. Mimo słabości Ojca Świętego każde z dzieci mogło w kilku słowach powiedzieć Mu o najważniejszych sprawach, przekazać własnoręcznie przygotowany upominek. Był też czas na wzruszający śpiew dla Papieża. Ks. abp Dziwisz przez cały czas nie pozwolił nikomu opuścić papieskiej biblioteki, tak że na koniec wszyscy jeszcze raz zgromadzili się wokół Ojca Świętego, otrzymując błogosławieństwo.

Muszę wspomnieć o jednej szczególnej uczestniczce spotkania z Ojcem Świętym. Dzieciom towarzyszyła m.in. pani dr Ewa Bohdanowicz, mimo swoich ponad osiemdziesięciu lat nadal aktywnie pracująca w Klinice. Pani dr Bohdanowicz jest… szkolną koleżanką Karola Wojtyły! Spotkanie z nią było dla Papieża dodatkową radością.

Dzieci bardzo mocno przeżyły odejście Jana Pawła II, lecz w zaskakujący sposób przeniosły swoją modlitwę na osobę Jego następcy. W każdą sobotę, podczas odprawianej w Klinice Mszy Świętej, modlą się także w intencjach papieża Benedykta XVI. Mają ogromną nadzieję, że będą mogły spotkać się z Papieżem i bezpośrednio okazać Mu swoje przywiązanie, jednak jak dotąd audiencja dla nich nie była możliwa. Niedługo jednak te dzieci, które ze względu na stan zdrowia będą mogły podjąć ten trud, przyjadą do grobu Sługi Bożego Ojca Świętego Jana Pawła II.

Krzysztof Bramorski (Wrocław)

 

         L.

Mam tylko Ciebie

Mam na imię L. Prosiłam Cię pomoc dla mnie i moich dzieci. Mam tyle problemów, przechodzę trudny czas mojego życia. Tak naprawdę to cierpię przez całe życie, nigdy nie zaznałam szczęścia, moje życie to jedna wielka pomyłka... Proszę Cię o wybaczenie... W momencie złości potargałam Twoje zdjęcie, straciłam wiarę w Boga. Jestem prostytutką, jednak wierze, że jest jakiś Bóg, który mi przebaczy...

Drogi Ojcze dużo zła zaznałam w życiu. Nie wiele znam szczerych ludzi, większość mnie wykorzystuje. Jest jedna osoba, która jest mi dłużna pieniędzy, gdybym mi one zostały zwrócone, nie musiałabym stać na ulicy...

Nie potrafię modlić się, próbuję rozmawiać z Bogiem, dlaczego On mi nie pomoże? Ciebie Ojcze, który jesteś tak dobry, Ciebie, którego chcą zrobić świętym, pomóż mi i moim dzieciom. Ty, który potrafisz czytać w moim sercu, zobaczysz w nim opuszczoną kobietę, nigdy nie kochaną, także przez własną matkę... Ty, który mnie teraz widzisz, przymknij oko na zachowanie moich dzieci, które często żartują ze mnie. Pomóż im w codziennej wędrówce, w wzrastaniu, bądź przy nich blisko, bądź blisko i mnie... Nie opuszczaj mnie, często mówię do Ciebie. Prosiłam Cię, abyś dal mi mężczyznę u mojego boku, który by mnie pokochał. Ojcze, ja nie chodzę do Kościoła, nie potrafię się modlić, ale nigdy nie zrobiłam nic złego, poświęcam się tylko dla moich dzieci. Wierz mi, że nie jest przyjemnie być prostytutką. Ojciec moich dzieci jest chory, ale niczego nie proszę dla niego, nie mogę mu wybaczyć piekła, które z nim przeszłam... Proszę Cię Ojcze bądź przy mnie blisko. Nie mam nikogo tylko Ciebie Drogi Ojcze. Spraw, aby wróciła mi wiara, nie przestanę rozmawiać z Tobą. Kocham Cię.

L.

 

         Marcin

Mam wiele Jego obrazów w moim sercu

Jestem alumnem Wyższego Seminarium Duchownego. Ksiądz pewnie dostaje „maile” od osób godniejszych niż ja, z wewnętrznej potrzeby chciał również do skarbnicy świadectw o świętości Sługi Bożego Jana Pawła II, dodać swoje... małe...

Urodziłem się w 1986. Wyrastałem więc w świadomości że papieżem jest Polak. Było to dla mnie coś normalnego tak samo jak oglądanie, jako dziecko Anioła Pańskiego w niedziele, który oglądali moi rodzice. Pamiętam też relacje telewizyjne z pielgrzymek papieża do Polski i Ziemi Świętej, to było narodowe święte, gdy Papież przyjeżdżał do Polski. Na  każdą pielgrzymkę papieża do Polski pomagałem mamie stroić okna mieszkania jak na Boże Ciało.

Analizując w szkole wiersz Słowackiego o papieżu Słowianinie docierało do mnie to proroctwo pisane przeszło 200 lat temu,  W miarę dorastania świadomość ta stawała się coraz większa. Nigdy nie byłem na żadnym spotkaniu Czcigodnym Janem Pawłem II, gdy byłem na nieszporach w Gliwicach w 1999 roku, okazało się, że Ojciec Święty jest chory i nie przyjedzie. Jedynie mój tata przez lata pracujący na emigracji miał możliwość uściśnięcia dłoni Ojca Świętego na audiencji w bibliotece papieskiej w 1987 roku, gdzie otrzymał od papieża różaniec, od tej pory cała rodzina przeżywa zawsze żywo opowiadania taty o ciepłym i ojcowskim spojrzeniu Jana Pawła II.

Dopiero od śmierci Papieża zacząłem wgłębiać się w naukową spuściznę: encykliki, adhortacje, a także homilie jakie Sługa Boży głosił do Polaków, kleryków ale także bliskiej mojemu sercu oazy, w której wyrosło moje powołanie. Patrząc na moje powołanie do kapłaństwa, wielką inspiracją stały się dla mnie książki „Dar i Tajemnica” oraz „Wstańcie chodźmy” opisujące drogę powołanie Jana Pawła II. Dzięki tym lekturom zrozumiałem , że tak jak papież moja droga do powołania to wędrówka z Jezusem, bliskim mojemu sercu, że Doga z Jezusem jest zgodą na działanie Woli Bożej w moim życiu.

Bardzo poruszały mnie Jego poezje, szczególnie Tryptyk Rzymski, który rozważałem patrząc na fotografie Kaplicy Sykstyńskiej, umieszczone w książkach. Podobnie jak młodego „Lolka” interesuje mnie postać Świętego Brata Alberta Chmielowskiego - świętego dobrego jak chleb, o którym w „Bracie naszego Boga” pisał dojrzały Karol Wojtyła.

Gdy w zeszłym roku razem z współbraćmi nawiedziliśmy Sanktuarium „ECCE HOMO” w Krakowie miałem świadomość, że w tym miejscu Karol Wojtyła wymadlał swoją więź z Bogiem. Gdy przyjeżdżam do Krakowa zawsze zastanawiam się co musiał przeżywać, w jakich sytuacjach się znajdował Karol Wojtyła jako kleryk, ksiądz, kardynał, a potem papież, jest tam przecież tyle miejsc którego Jan Paweł II odwiedzał i z którymi przez lata był związany.

Jest wiele obrazów Jana Pawła II jakie mam w sercu.

Eucharystia sprawowana przez Papieża na Jasnej Górze pamiętam z relacji telewizyjnych pielgrzymek. Ten głos Ojca Świętego, który powoli mówił do setek tysięcy pielgrzymów wpatrzonych w niego, ani słońce ani deszcz nie odstraszał by być przy Ojcu Świętym. Pamiętam też śpiew papieża na Mszy nawet gdy zmagał się z cierpieniem tak bardzo dbał o to by Eucharystia była piękna, prowadząca do samego Chrystusa, którego jako kapłan trzymał w rękach przy przeistoczeniu.

Obraz zgarbionego staruszka stojącego z laską przy Ścianie Płaczu w 2000 roku. Niezwykłe papież, który stoi w miejscu Świętym dla Żydów, papież który nie boi się pojednania, który mówi o grzechach Kościoła i jako pierwszy wyciąga rękę w geście pokoju.

Obraz „Świętego Górala” kiedy w złotym ornacie przy Słońcu Jan Paweł II odprawiał w 1997 Mszę Świętą w Zakopanem. No i słynne spotkanie na Wadowickim rynku. „Ojcze Święty musimy już zacząć ceremonie koronacji obrazu”... „Dajcie jeszcze chwilkę czasu na wspomnienia”....

Jan Paweł II to dla mnie świadek radosnej więzi z Jezusem, ale także krzyża niesionego z Jezusem. Gdy papież odchodził od nas zdałem sobie sprawę, że jest to lekcja życia. Bo człowiekiem nie jest się tylko gdy przychodzi nam radować się, ale także gdy przychodzi nam umierać. Dzięki za to Janie Pawle II !!!

Marcin

 

         Michał i mama Michała

Wstawił się za mną u Boga

Zachorowałem ósmego kwietnia po pogrzebie Ojca Świętego. Lekarze nie dawali mi żadnych szans na wyzdrowienie, tak naprawdę nie wiedzieli co mi jest. Mnie cały czas unosiło do góry. Czułem się jakbym był na rurze gazowej nad ziemią. Wydawało mi się, że jestem w niebie. W tym czasie byliśmy u mojego wujka na wsi. Po powrocie do domu czułem się bardzo źle, wymiotowałem. Wieczorem już nie wiedziałem gdzie jestem i co się ze mną dzieje. W nocy zacząłem śpiewać i mówić od rzeczy. Miałem wysoką gorączkę. Podejrzewano u mnie epilepsje, co jednak w dalszej diagnostyce nie potwierdziło się. Wydawało mi się, że jestem w Rzymie, do tego stopnia że przewidziałem wybór kardynała Ratzingera na papieża. Choroba trwała przez 5 tygodni. Z czasem odzyskiwałem przytomność. Podczas chwilowego odzyskania przytomności usłyszałem rozmowę lekarza z rodzicami. Tak się zdenerwowałem, że chwyciłem stojak do kroplówki i rzuciłem nim o ścianę. Następnego dnia zażądałem wypisanie mnie ze szpitala. Po tygodniu wróciłem do domu. Lekarz ze szpitala chciał mnie zamknąć do domu opieki, bo myślał że ja już nie wyzdrowieje. Ale trafiłem na mądrego lekarza z Akademii Medycznej w Gdańsku, który postawił właściwą diagnozę. Ale jestem pewien, że najbardziej w moim powrocie do zdrowa pomogła mi modlitwa moich przyjaciół pod starogardzkim pomnikiem Ojca Świętego. To co opisałem jest świadectwem świętości Jana Pawła II. Bez Jego wstawiennictwa u Boga nie wróciłbym do zdrowia, bo z lekarskiego punktu widzenia nie było to możliwe.

Michał

...

Michał siedzi na wózku od urodzenia. W tym roku kończy 27 lat. Życie jego jest bardzo trudne, bo nie znalazł tego jedynego talentu, który stałby się pasja jego życia i wypełnieniem czasu.

Mówi o sobie, że jest uwięziony na wózku. Jego życie to takie kłębowisko rożnych niemocy. To rodzi w nim niepokój, złość i wiele cierpienia. Charakter ma impulsywny, gwałtowny, rwie się do działania, do pracy. A niewiele może – właściwie to nic nie może. Interesuje go sport, wydarzenia w Polsce, świecie. Uwielbia dyskusje – dużo mówi. Potrzebuje wokół siebie ludzi. Ma wielu prawdziwych przyjaciół.

Dotykając głębiej Michała – ma bardzo wrażliwe, czułe i kochające serce. Jest w nim pragnienie czystości wewnętrznej i miejsce na prawdziwe spotkanie z Bogiem. Są to chwile, momenty spędzone na modlitwie. Trudniej z konsekwentna stała wiara. Zjawia się Zły tworzy chaos, zabiera pokój, a serce napełnia gniewem.

Tak istnieje w moim dziecku i piękno i miłość i zło. Mnie uczy cierpliwej miłości i ogromnej pokory. Jest mój syn perłą, która świeci swoim blaskiem...

Panie Boże, tylko w Tobie jest moc, żeby to wszystko przemienić, dotknąć i uzdrowić.

Jezu ufam Tobie – niech będzie Twoja wola.

mama Michała

 

     Narzeczeni z Werony

Modlitwa narzeczonych

O Panie, dziękujemy Ci za miłość, która dojrzewa miedzy nami. Pozwól nam odkrywać dzień po dniu piękność bycia razem, w świadomości, że uczucie to otrzymaliśmy od Ciebie za darmo, że jest ono małą iskierką, która oderwała się od Ciebie - Gorącej Miłości, która nigdy nie zgaśnie. Obdarz nas siłą, abyśmy nie upadli w codzienności, a raczej zachwycali się i radowali z faktu, że u naszego boku jest druga osoba.

W małżeńskiej przysiędze czytamy zdanie: „na dobre i na złe”, obdarz nas pogodnością ducha, aby sprostać problemom, które staną przed nami, abyśmy w tym trudnych chwilach potrafili zrozumieć, że jesteśmy tylko zaczynem do Wielkiej Miłości.

Dopomóż byśmy nie żyli w sztucznej szczęśliwości. Któregoś dnia obdarz darami: radością i odpowiedzialnością bycia rodzicami, abyśmy kreując rodzinę stworzyli mała wspólnotę chrześcijańska.

Drogi Janie Pawle II swój Pontyfikat rozpocząłeś słowami: „Nie bójcie się”, zdanie to jest dla nas niezwykłym zaproszeniem do życia we dwoje.

Przypominaj nam je, aby stało się naszym małżeńskim mottem.

Nazywaliśmy Ciebie zawsze “naszym ojcem”, prowadź nas spoglądając z okna niebieskiego i trzymaj w swoich ramionach, przytulając mocno.

Potrzebujemy Ciebie!

Narzeczeni z Werony

 

            Maria Luigia, Włochy

Wierze, że i ja pójdę do Domu Ojca

Wszyscy pamiętamy – historyczne już zdanie, wypowiedziane przez wówczas kardynała Ratzingera: „Możemy być pewni, że nasz ukochany Papież stoi teraz w oknie Domu Ojca, patrzy na nas i nam błogosławi”. Jest to prawda, o której przekonałam się osobiście...

Moja rodzina od zawsze była katolicką, prócz mojego brata Dina, który „nie chciał” uwierzyć w Boga... Urodził się jako dziecko niepełnosprawne, podczas porodu lekarz używając kleszczy porodowych sprowokował paraliż noworodka. Mój brat musiał być poddany trzem operacjom, mimo tego chodził kulejąc. Dziękowaliśmy, że nie jeździ na wózku, ale on nie mógł tego zrozumieć, czuł się „innym” i tak przez 40 lat żył obrażony na Boga. Wiele razy całą złość wyrzucał w kierunku nieba. Jednak w tej swojej „niewierze” miał serce otwarte dla wszystkich, zwłaszcza dla tych, którzy byli w potrzebie.

25 kwietnia 2005 roku Dino trafił do szpitala, miał zawał. Lekarze zapowiedzieli początek końca, nie rokowali powrotu do zdrowia, bo stan był ciężki.

Nagle mój brat zwrócił się do mnie z życzeniem, że chciałby mieć pogrzeb wraz z Mszą Świętą, odprawioną tu w szpitalnej kaplicy, bez rozgłosu, bardzo prywatnie. „Chcesz mieć Msze pogrzebową, a nie wierzysz w Boga” – odpowiedziałam zdziwiona, do tej chwili brat mój odmawiał nawet corocznych odwiedziny duszpasterskich. Rozmowę pociągnęłam dalej, że jeśli chce mieć Msze to najpierw musi się wyspowiadać... Na spowiedź mój brat zgodził się natychmiastowo. Już kilka minut później o jej udzielenie poprosiliśmy szpitalnego kapelana.

Dino przywitał się z nim grzecznie, zmówiliśmy razem modlitwę, kapelan przystąpił do obrzędu sakramentu chorych. I to w tym momencie mój brat zwrócił się do kapłana: „Ojcze, ksiądz wie, od kiedy ja wierze, od dnia śmierci Jana Pawla II, widziałem jak On znosi swoje cierpienie aż do końca, uwierzyłem, że i ja pójdę do Domu Ojca”.

Kiedy wypowiadał te słowa, jego oczy błyszczały radośnie. Śmierć Papieża dotknęła nawet skamieniałe serce mojego brata i rozkruszyła je. Te wszystkie lata przeżył jako grzesznik, byłam „porażona” słowami Dina, dziękowałam Bogu za tę wielką łaskę. Dobry Bóg po raz kolejny darował się człowiekowi...

Po 10 dniach mój brat zmarł, miał 55 lat, odszedł w łasce uświęcającej. Jan Paweł II - Wielki Człowiek, przekazał nam swoją wielką wiarę i swoją chorobą, którą znosił z taką godnością dał przykład wszystkim chorym...

Maria Luigia Włochy