UZDROWIENIA FIZYCZNE I DUCHOWE

 

Białaczka ustąpiła

W 2002 roku miał miejsce inny niewytłumaczalny medycznie przypadek uzdrowienia. Tym razem dotyczył 16 - letniej Włoszki Angeli Baroni, chorej na wyjątkowo złośliwą odmianę białaczki. Dziewczyna przeszła przeszczep szpiku, który jednak nie przyniósł spodziewanej poprawy. Jej rodzice, którym lekarze nie dawali już nadziei na wyleczenie czy choćby oddalenie widma śmierci ich ślicznej córki, widzieli ratunek jedynie w specjalnym błogosławieństwie Ojca Świętego. Na audiencji dziewczynkę przywieziono na wózku przed oblicze Papieża. Była tak słaba, że nie mogła już poruszać się o własnych siłach. Papież jak zwykle w takich przypadkach z wielką troską pochylił się nad wyniszczonym chorobą dzieckiem, powiedział jej do ucha, że Pan Jezus bardzo ją kocha i chce, żeby była zdrowa, pomodlił się, położył jej ręce na głowie i uczynił nad nią znak krzyża. Z piersi wzruszonej Angeli wyrwał się szloch. Po powrocie do domu dziewczynka nagle poczuła, że ma siłę wstać z wózka, chociaż już od roku nie była w stanie samodzielnie się przemieszczać. Choroba całkowicie się cofnęła, a jej lekarz, który wypowiedział się na ten temat publicznie, zaznaczył, że w przypadku jego pacjentki wydarzyło się coś, czego on jako przedstawiciel nauki nie potrafi wytłumaczyć.

W: Jan Paweł II, nasz święty, Wyd. Murator S.A., Warszawa 2011.

 

Byłam przekonana o cudownej interwencji Jana Pawła II

Pragnę powiadomić o fakcie, który uważam za szczęśliwą łaskę otrzymaną dzięki interwencji Ojca Świętego Jana Pawła II. Otóż 20 listopada 2005 r. telewizja, radio i gazety we Francji zawiadomiły publicznie, że pewien mężczyzna porwał siłą do swego samochodu i uprowadził 6-letnią dziewczynkę Aurelię, która jeździła na wrotkach po ulicy.

Bardzo się tym faktem przejęłam i modliłam się za tę dziewczynkę. Śledziłam też pilnie wiadomości w telewizji. Do poniedziałku wieczór (21-go listopada) komunikaty były dramatyczne.

Kiedy, podczas dziennika wieczornego, w poniedziałek 21 listopada, dowiedziałam się, że dziewczynki nie odnaleziono - a było to parę minut po godzinie 20 - zwróciłam się z gorącą prośbą do Ojca Świętego Jana Pawła II o wstawiennictwo u Boga w sprawie Aurelii. Modlitwa moja była szczera i ufna. Miałam jakby przeczucie, że ta prośba będzie wysłuchana.

Tego samego dnia, w poniedziałek 21 listopada przed godziną 21 dziewczynka została uwolniona.

Kiedy dowiedziałam się o tym, byłam przekonana o cudownej interwencji Jana Pawła II i dotychczas tak myślę. Tylko Ojcu o tym piszę, prosząc o przekazanie tej wiadomości odpowiedniej komisji, jeżeli uważa to za stosowne.

W naszym kościele parafialnym jest wystawiony w bocznej kaplicy duży portret papieża Jana Pawła II, a ludzie się modlą i palą świeczki.

 

Bóg udzielił jej łaski za pośrednictwem Jana Pawła II

Po wykryciu torbieli u córki postanowiłam modlić się gorąco o jej zdrowie. Postanowiłam też, że jeśli Dobry Bóg udzieli jej łaski za pośrednictwem Jana Pawła II, to wyślę te informację do Watykanu.

Codziennie odmawiałam cały różaniec, a przed każdą kolejną dziesiątką prosiłam. „Panie Boże, Panie Jezu, Święta Mario, Święty Janie Pawle II proszę o uzdrowienie mojej córki Eweliny". Bez żadnych leków i operacji torbiel zniknęła. „Dzięki Ci Boże". Proszę o beatyfikację Ojca Świętego Jana Pawła II i błogosławieństwo dla całej rodziny.

2.03.2006 r. (Henryka)

 

Będąc w niebie, wie, jak bardzo mi pomógł

Jestem studentką czwartego roku Akademii Ekonomicznej w Krakowie. W czerwcu 2004 r. przeprowadzone badania węzłów chłonnych wykazały ziarnicę złośliwą. Moi rodzice napisali list do Ojca Świętego Jana Pawła II z prośba o modlitwę w mojej intencji. Już we wrześniu otrzymaliśmy odpowiedź od księdza arcybiskupa Dziwisza, że Ojciec Święty modli się za mnie, odprawi Mszę Świętą, poleca mnie opiece Matce Najświętszej Uzdrowienia Chorych. Ksiądz arcybiskup do listu dołączył różaniec. W październiku rozpoczęłam cykl chemioterapii, zakończony w lutym br. Natomiast od marca do kwietnia poddałam się napromieniowaniu w centrum onkologii. Duchowe wsparcie Ojca Świętego w czasie mojej choroby napełniało mnie głęboką ufnością w miłosierdzie Pana Jezusa. Ta głęboka ufność pozwoliła mi przetrwać ciężkie chwile w wytrwałości i nadziei. To właśnie dzięki modlitwie Ojca Świętego tak dobrze zniosłam leczenie. Ostateczny pozytywny wynik badania napełnił mnie i moją rodzinę radością, któej nie jestem w stanie opisać... Żałuję, że nie zdążyłam podziękować Ojcu Świętemu zaraz po zakończeniu całego leczenia. Głęboko wierzę jednak, że On będąc teraz w Niebie, wie, jak bardzo mi pomógł i razem ze mną cieszy się moim szczęściem.

Magdalena, Kraków

 

Chłopiec przebudził się po 9 dniach

W niewielkim Zbarzewie - dekanat święciechowski - oddalnym od Leszna 15 km, Maria i ADam po trzynastu latach małżeństwa otrzymali syna. W podzięce Bogu nadali mu imię Karol, na cześć Ojca Świętego Jana Pawła II, i polecili syna opiece Papieża.

Karol nie wyróżnia się niczym na tle innych chłopców. Poza ostatnim leczeniem w 2005 roku raz tylko przebywa w szpitalu, gdy ma 6 lat. Jest dzieckiem bezproblemowym, statecznym, spokojnym, ułożonym, myślącym ponad swój wiek, umie się wypowiadać. Taką opinią cieszy się u nauczycieli, psychologów, rodziców. W domu i na terenie posesji lubi naprawiać i majsterkować. Nie stroni od kolegów. Lekarze ostatnio dołączyli kolejny przymiot - rozumie i cierpliwie przyjmuje cierpienia. Choroba chłopca uaktywniła się wiosną ubiegłego roku. Rozpoznano anemię i żółtaczkę. Chłopiec słabł, tracił przytomność. Założono mu maskę tlenową, utrzymywała się gorączka. Po tygodniu umierającego Karola przewieziono do Poznania. Kolejna seria badań.Tymczasem płuca zalewały się krwią, prawdopodobnie pękło małe naczynie włosowate.

Po następnych szesnastu dniach Karol otrzymuje sakramenty z rąk kapelana szpitalnego, zostaje duchowo przygotowany na ... przejście. Rodzice zostają poinformowani, że z powodu coraz mniej wyczuwalnego tętna i coraz wolniejszej poracy serca trzeba chłopca intugować. Nie wiadomo, czy się obudzi. "Wszystko w rękach najwyżzego Boga" - stwierdzają lekarze. "Niech w parafii się modlą, myśmy z naszej strony zrobili wszystko" - dodaje pani ordynator.

Wraz z parafianami kierowałem ku Bogu nieustający szturm modlitw, każdy na swój możliwy sposób starał się łączyć z cierpiącym Karolem i jego rodzicami. Cała parafia zna Karola. Odrpawiono wiele mszy świętych, odmawiano również modlitwę o cud powrotu do życia przez wstawiennictwo sługi Bożego Jana Pawła II.

I stał się cud...

Chłopiec przebudził się po 9 dniach, a pierwszym słowem, jakie wypowiedział, było "mama", bo cały czas była ona przy nim. Pani ordynator prosiła, by mówić do chłopca w dzień i w nocy. Choć aparatura zastępuje procesy życiowe i chłopiec śpi, to jednak słyszy głos bliskich osób. Kolejne badania wykazały wadę serca. Przeprowadzno operację. Chłopcu zalecono dietę bezglutenową i bezmleczną. Jak mówi pani ordynator, to choroba rzadko spotykana; w jej dwudziestoletniej pracy był do dopiero piąty przypadek.

Przybyłem do szpitala i ujrzałem Karola walczącego z chorobą. Na znak, że mnie rozpoznaje, słyszy i rozumie, lekko ścisnął mi palec ręki. Zacząłem: "Wrócisz, wrócisz do domu i do rodziców i będziesz jeszcze ministrantem, będziesz służył Chrystusowi i mi pomagał.... Odprawimy msze dziękczynne i napiszemy rozdział do książki o cudach zdziałanych przez Boga za wstawiennictwem sługi Bożego Jana Pawła II".

W imieniu rodziców Karola i swoim własnym pragnę podziękować służbie zdrowia, szczególnie pani ordynator w Poznaniu, za pełną oddania służbę ratowania młodego życia. Parafianom za otwarte serca i oddaną kres, zamówione msze święte, obecność w kościele, modlitwę. Bóg zapłać.

 

Ksiądz proboszcz i rodzice

Codziennie dziękuję Bogu i Ojcu Świętemu

Chciałabym i ja przedstawić informację przemawiającą na korzyść opinii świętości Ojca Świętego Jana Pawła II. Chorowałam na kręgosłup od bardzo dawna, może nawet około dobre 20 lat. Pracowałam ciężko na gospodarstwie rolnym. Ostatnio nie pomagały mi żadne lekarstwa. Dla mnie Ojciec Święty Jana Pawła II – Karol Wojtyła jest i był od początku swego pontyfikatu kimś największym i najmądrzejszym. Od śmierci Papieża codziennie za niego się modlę i płaczę, a mam za co; bo zostałam uzdrowiona na kręgosłup 16.04.2005 r. – wcale mnie już nie boli.

Mam 55 lat. 15.04.2005 r. była zamówiona w kościele Msza św. za rodziców teściowej. Szłam do kościoła w wielkich boleściach kręgosłupa. W kościele prosiłam Ojca Świętego Jana Pawła II o ratunek, o zdrowie. Idąc z kościoła, też mnie bolało, ale rano to jest 16.04.05 r. jakby ręką odjał i do tej pory codziennie dziękuję Bogu i Ojcu Świętemu za uzdrowienie. Ciągle czytam wszystko co pisze się o Ojcu Świętym Jana Pawle II i bardzo chciałabym, żeby był jak najszybciej beatyfikowany.

Boże w Trójcy Przenajświętszej, dziękuję Ci za to, że dałeś nam papieża Jana Pawła II – Wielkiego Człowieka.

30.08.2005 r. (Janina)

 

Cud beatyfikacyjny

Siostra Marie Simon Pierre ze zgromadzenia Małych Sióstr Macierzyństwa Katolickiego cierpiała na chorobę parkinsona, którą zdiagnozowano w czerwcu 2001 roku. Choroba dotknęła jej lewą stronę ciała, powodując poważne utrudnienia, zwłaszcza, że jest leworęczna. Po trzech latach jej objawy pogłębiły się, wzmagając drżenie, sztywnienie, ból i bezsenność. Od 2 kwietnia 2005 roku z tygodnia na tydzień choroba stawała się coraz poważniejsza, a stan Siostry pogarszał się coraz bardziej.

Byłam chora i nagle wyzdrowiałam. To wiem. Sądzę, że słowa nie wystarczają, aby wyrazić, czego doświadczyłam. Jest to oczywiście ogromna łaska. Odczułam wewnętrzny pokój, coś wstrząsnęło całym moim ciałem, rodzaj lekkości – czułam się tak bardzo lekka, inna, całkowicie odmieniona. Natychmiast po tym, odczułam pragnienie adoracji Najświętszego Sakramentu: jako zakonnica byłam przyzwyczajona do codziennej adoracji Eucharystii, ale tym razem przeżyłam ją nadzwyczajnie. Było to bardzo silne. Właściwie w środku nocy odczułam tę potrzebę, aby pójść i pomodlić się przed Najświętszym Sakramentem.

-    mówi siostra Marie-Simon Pierre.

 

Cuda za życia

Alternatywą dla przypadku siostry zakonnej, wybranego do dowiedzenia cudu, było niewytłumaczalne ustąpienie zespołu Downa zdiagnozowanego u dziecka w okresie prenatalnym. Po modlitwie do Jana Pawła II dziecko, ku ogromnemu zaskoczeniu lekarzy, urodziło się całkowicie zdrowe. Innym branym pod uwagę przypadkiem był poważny tętaniak serca. On również zniknął w niewytłumaczalny sposób po modlitwie do Papieża.

Cuda, które, jak wierzą wierni Kościoła katolickiego, działy się i dzieją nadal za sprawą wstawiennictwa Papieża Jana Pawła II, dotyczą nie tylko uzdrowień. Także poczęć w małżeństwach, które zgodnie z diagnozą lekarską nie mogły mieć dzieci, a także nawróceń. O niezwykłych przypadkach ocaleń chorych za sprawą kontaktu lub wstawiennictwa Jana Pawła II mówiło się juz za Jego życia. Wielu ludzi, wierząc w cuda dziejące się za pośrednictwem Papieża Polaka, przekazywało mu listowne prośby o wstawiennictwo do Boga. Krążyły pogłoski, że sam kontakt wzrokowy albo fizyczny z Papieżem lub nawet Jego szatą może spowodować uzdrowienie. Wiele przypadków uzdrowień dokonało się podczas pielgrzymek Ojca Świętego do Ameryki Łacińskiej. Kontakt z Papieżem albo Jego bliska obecnośc sprawiały, według wielu świadectw, że nagle ustąpowała ciężka choroba.

Głośny był przypadek chorego na białaczkę pięciolatka Herona Badillo z Meksyku, uzdrowieonego za sprawą wstawiennictwa Papieża w 1990 roku. Zbolała matka chłopca, widzac, że leczenie syna nie daje żadnych rezultatów, zabrała go do Zacatecas, w którym właśnie gościł Jan Paweł II. Ojciec Święty nagle zmienił kierunek przemieszczania się pośród tłumnie zgromadzonych wiernych i podszedł do małego Herona. Chłopiec trzymał w rękach białego gołębia, którego miał wypuścić na część Papieża. Papież ucałował wychodzone, wyczerpane chemioterapią dziecko w bezwłosą główkę i szepnął mu do ucha kilka słów. Według relacji matki, uzdrowienie dokonało się natychmiast. Heron od razu poczuł się lepiej. Stopniowo odzyskał siły, a po kilku miesiącach lekarze orzekli, że po białaczce nie ma śladu. Ksiądz Humberto Salinas, rzecznik diecezji Zacatecas, nie miał wątpliwości co do dokonania się cudu.

W: Jan Paweł II, nasz święty, Murator S.A., Warszawa 2011.

 

Dziękujemy Bogu Ojcu za Wielkiego Papieża

Jesteśmy zwykłą katolicką rodziną, jest nas pięcioro żona Lucyna, ja Mirosław i trójka kochanych dzieci: najstarsi Patryk i Dawid - bliźniaki, 15 lat i rok młodsza Kasia (...).

Pisząc to świadectwo, jestem z Dawidem w Warszawie na oddziale onkologii w Centrum Zdrowia Dziecka, jest niedziela 12 marca 2006 roku. Jutro wracamy do domu po długiej i ciężkiej chorobie Dawida, ale wrócę do początku.

Był rok 2002, 19 marca św. Józefa, przypadek sprawił, że pojechałem po żonę do pracy, wracając zabraliśmy dzieci ze szkoły i wracaliśmy do domu. Niestety po drodze mieliśmy wypadek samochodowy (zderzenie czołowe nie z mojej winy). Widok zmasakrowanego samochodu, nie wskazywał, że możemy z niego wyjść cało, ale my oprócz żony, która była bardziej poturbowana wyszliśmy z niego prawie bez szwanku. Niedługo po owym zdarzeniu Dawid kilka razy zagorączkował i pojawił się u niego krwiomocz.

Udaliśmy się do lekarza 28 kwietnia 2002 roku. Pierwsza diagnoza: powiększona śledziona, więc chyba następstwo wypadku!? Niestety po dokładnych badaniach wieczorem tego samego dnia wyrok, guz nerki tzw. Guz Wilmsa, rozmiarów tak dużych, że nieoperacyjny.

6 maja 2002 r. trafiliśmy do Górnośląskiego Centrum Zdrowia Matki i Dziecka w Katowicach Ligocie na oddział onkologiczny. Zaczęło się leczenie chemioterapią, które pozwoliło doprowadzić do jak się później okazało pierwszej operacji, podczas której usunięto guza razem z nerką. Następnie dalsza chemioterapia, potem radioterapia i znów chemioterapia, gdyż badania histopatologiczne wykazały guza złośliwego IV stopnia. Leczenie trwało do maja 2003 roku. Później jeździliśmy na comiesięczne kontrole, wszystko wydawało się być w porządku, a nasze życie powoli wracało do normy.

21 kwietnia 2004 roku pojechaliśmy na kolejną kontrolę i niestety zdjęcie RTG ujawnia przerzut do płuc, więc kolejna chemioterapia zakończona powikłaniami i trafiamy do Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie. Tu również chemioterapia, operacja płuc niestety nieudana, więc skierowano nas do Rabki na kolejną operację płuc. Operował jeden z największych autorytetów pulmonologii dr N.N. Badanie wycinka znów brzmi guz złośliwy IV stopnia. Powrót do Warszawy i znów chemioterapia. Nerka Dawida osłabiona leczeniem coraz gorzej pracuje, wyniki prześwietleń na szczęście są zadawalające i lekarze odstępują od zaplanowanych wcześniej dwóch ostatnich cykli chemioterapii, jest luty 2005 r.

Znów jest dobrze, planujemy wakacje i jeździmy na comiesięczne kontrole. Lipiec 2005 r. kolejna kontrola w Centrum Zdrowia Dziecka i pojawia się kolejny przerzut tym razem do śródpiersia i sytuacja staje się coraz trudniejsza. Kolejne badania wykazują, że guz rozpanoszył się na dobre i zaczyna gwałtownie rosnąć. Plany wakacyjne i normalne życie przestają istnieć.

Na 8 sierpnia zaplanowano biopsję ze śródpiersia, która ma pomóc w zaplanowaniu dalszego leczenia. Zabieg ma się odbyć około południa, niestety guz rośnie w takim tempie, że noc poprzedzająca zabieg staje się krytyczna.

Dawid ma kłopoty z oddychaniem i zabieg ze wskazań życiowych odbywa się zaraz rano i przekształca się w trwającą cztery godziny operację, podczas której rozlaną grasicę, która wg. opisu operacji przypomina szary szlam. Po zabiegu wdaje się gorączka, lekarze usuwają Dawidowi zbiera się płyn w opłucnej, Dawid dostaje cztery antybiotyki na raz. Jest pewna poprawa, ale guz rośnie, jego wymiary są zatrważające.

Dawid przestaje jeść, chodzić, a nawet siedzenie jest dla niego za trudne. Karmiony jest tylko workiem żywieniowym z kroplówki, a guz osiąga wymiary 10/14 centymetrów. Nadzieją stawało się sprowadzenie dla niego nowoczesnej chemii ze Stanów Zjednoczonych.

Stało się jednak inaczej, podczas jej podawania organizm Dawida zareagował silnym wstrząsem i natychmiast przerwano jej podawanie, by następnego dnia podać zwykłą, którą Dawid już wcześniej dostawał.

Cały czas opisuję tylko sprawy medyczne, nie wspomniałem nic o wierze i modlitwie. Jaka ona była? Być może za słaba, bez przekonania, albo za mało ufna. Modliliśmy się w wielu miejscach i wiem, że wiele ludzi modliło się za Dawida i za nas. Nie sposób wszystkich wymienić, ale chciałbym wspomnieć Księdza Dziekana Stanisława N. z Parafii Przemienienia Pańskiego w Buczkowicach, do której kiedyś należeliśmy i Księdza Proboszcza N. N. z Rektoratu Św. Antoniego w Kalnej, do którego należymy teraz.

Być może siła tej modlitwy i moje częste sny o naszym ukochanym Ojcu Świętym Janie Pawle II pozwalają nam z wielką wiarą podjąć decyzję o pielgrzymce do grobu naszego Papieża. Papież śnił mi się naprawdę często, ale tylko za życia, po śmierci tylko raz. Nie rozumiem tego, nic to w moim życiu nie zmie¬niło, a może miało zmieniać. Nie wiem. Nie rozumiem.

Dawid dalej leży, nie ma siły zrobić nawet kilku kroków wokół łóżka. Przedstawiliśmy mu z żoną propozycję wyjazdu do Rzymu do grobu naszego Papieża. Pomimo tego, że Dawid jakby pogodził się ze swoim losem, bo sam powiedział „dajcie mi spokojnie umrzeć" i że chce uścisnąć dłoń dziadziusia mojego ojca Władysława (28.11.1998 r.).

Na tę wiadomość odpowiedział tak: „ale ja nie mam tyle wiary". Przekonaliśmy go, żeby właśnie po nią tam pojechał. Następne trzy dni zaowocowały pierwszymi naprawdę strasznie trudnymi krokami, a lekarze stwierdzili, że jeżeli Dawid stanie na nogi, to wypiszą go ze szpitala, bo w domu będzie mu teraz najlepiej, nie wiedząc o naszych planach, a następną chemioterapię zaplanowano na l września, choć sam nie wiem, czy w to wierzyli.

Udało się nam w końcu wyjść ze szpitala i rozpoczęliśmy gorączkowe przygotowania do wyjazdu. Ksiądz Kazimierz pomógł nam zarezerwować noclegi w Domu Polskim w Rzymie na 23 września, ale stan Dawida nie pozwalał na wyjazd (niskie płytki krwi i możliwość krwotoku).

Nasza wiara w wyjazd i możliwość pielgrzymki była jednak niezłomna. Kilka dni później wyniki się poprawiły i w nocy z soboty na niedzielę 27 na 28 sierpnia całą rodziną wyruszyliśmy na pielgrzymkę naszego życia. Dawid jechał na leżąco, gdyż siedzenie było dla niego za trudne. W niedzielę zatrzymaliśmy się w Padwie u św. Antoniego patrona naszej Parafii i po krótkim odpoczynku ruszyliśmy dalej, by w Domu Polskim być dokładnie na Anioł Pański w poniedziałek 2 sierpnia. Zostaliśmy bardzo życzliwie przyjęci, siostry wytłumaczyły nam, jak dojechać do Watykanu i że do grobu wpuszczają tylko do 18, a do Watykanu najlepiej jechać kolejką, bo nie znamy Rzymu, ale jak to zrobić, Dawid jest taki słaby, przecież nie je już tyle dni. Trochę odpoczęliśmy i ruszyliśmy. Udało się i przy grobie naszego Papieża byliśmy o 17.40 tuż przed zamknięciem. Było już pustawo i mieliśmy możliwość uklęknąć i dłużej się pomodlić. Oboje z żoną stwierdziliśmy później, że była to modlitwa inna niż jakakolwiek do tej pory. Prosiliśmy naszego Ojca Świętego Jana Pawia II o wstawiennictwo u Boga, o cud uzdrowienia dla naszego Dawida, ale pierwszy raz w życiu potrafiliśmy z wiarą i ufnością powiedzieć Bogu Ojcu bądź wola Twoja, wiedząc, że Jego zamysły są wielkie, a nasz rozum za mały, by próbować je zrozumieć. Poczuliśmy się jakoś dziwnie, nie potrafię tego opisać. To co się w nas stało, było takie wielkie, przeniknęła nas jakaś dziwna siła ciepłą ufności i niespotykanego spokoju i co najważniejsze pozostała do dziś. W naszym domu pojawiła się codzienna modlitwa, a w naszych rękach często różaniec.

Wracaliśmy do Domu Polskiego jacyś inni, promienieliśmy szczęściem i dziękowaliśmy Bogu za to, że mogliśmy się tam modlić. Czuliśmy, że dzieje się coś dziwnego, ale jeszcze to do nas nie całkiem docierało. Po drodze ze stacji, Dawid zaczął podbiegać, trzymając spodnie w rękach, bo mimo, że miał ubrane najmniejsze, to i tak mu spadało, taki był wtedy wychudzony. Po przybyciu na miejsce usłyszeliśmy od Dawida „przygotujcie kolację, chce mi się jeść". Spojrzeliśmy na siebie i nie mogliśmy uwierzyć w to, co słyszymy. Dawid zjadł, ale to nie koniec, około 22 przyszedł i poprosił, by mu coś przygotować, bo znów jest głodny.

Następnego dnia rano, po śniadaniu, pojechaliśmy jeszcze raz do bazyliki Św. Piotra i oczywiście na grób naszego Ojca Świętego. Nie wiedzieliśmy, jak się modlić, więc i prosiliśmy i dziękowaliśmy za to, co się stało, a potem całą piątką poszliśmy zwiedzać Rzym. Chodziliśmy razem z poznaną w Domu Polskim rodziną N.N. z Warszawy i przewodniczką, którą siostry prosiły, by nas oprowadziła. Dawid cały czas chodził równo z nami, choć dziesięć dni wcześniej, nie był w stanie zrobić kilku kroków wokół szpitalnego łóżka. W środę pojechaliśmy na plac Świętego Piotra, na audiencję Ojca Świętego Benedykta XVI, a ponieważ nie udało nam się w tym dniu dostać do grobu Jana Pawła II, przyrzekliśmy sobie, że trzeci raz nawiedzimy Go za rok w kolejnej pielgrzymce, jak Bóg da, pielgrzymce dziękczynienia.

Wróciliśmy szczęśliwi do domu, a 5 września stawiliśmy się w Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie na zaplanowaną chemioterapię. Jakżesz wszyscy byli zdziwieni, gdy Dawid zameldował się na oddziale uśmiechnięty, opalony i chodzący.

5 września wykonano prześwietlenie i tu stała się rzecz nieprawdopodobna. Wynik brzmiał: Guz prawie w całości wchłonięty. Zostały tylko powiększone węzły chłonne, na które jak zwykle zadziałano chemią i radioterapią.

Obecnie skończyliśmy chemioterapię, wyniki brzmią czysto. Jutro wracamy do domu, a od dłuższego czasu planujemy wyjazd do Rzymu, na grób Umiłowanego Ojca Świętego Jana Pawła II, by wyrazić naszą niewypowiedzianą wdzięczność, za uratowanie życia naszemu Dawidowi, a nam za dar nawrócenia do większej wiary.

Nie nam oceniać czy to cud, chociaż w naszych sercach nie ma innej definicji tego, co się wydarzyło. Dziękujemy Bogu Ojcu, za to, że dał nam takiego Wielkiego Papieża, który niesie nasze prośby przed Jego tron, a Jemu Samemu, za to, że raczy ich wysłuchiwać.

18.03.2006 r. (rodzice Ewa i Mirosław)

 

Dziękuję Ci za „ostatnią audiencję”

Wiele razy już doświadczyłam dobrodziejstw Bożych poprzez twoje życia i przykład, Ojcze Święty. Każdy twój głos dodawał mi odwagi i budował. Dziękuję! Szczególnie dziękuję za wszystkie słowa zachęty skierowane do osób konsekrowanych. Twoje nauka wpłynęła i na moje powołanie. Dziękuję Ci za „ostatnią audiencję”, na którą mnie zaprosiłeś po Twoim odejściu do Pana. Nigdy nie miałam możliwości być tak blisko Ciebie. Mogłam w radości uwielbiać Boga i ze wzruszeniem w ufnej modlitwie polecać Ci drogie mi sprawy.

8.04.2005 r. (karmelitanka)

 

Dziękuję i proszę o zdrowie

Kochany Ojcze Święty! Spotkałam Cię oko w oko w czerwcu 2004 roku. Wraz z móją mamą i osobami, które organizowały tę pielgrzymkę. Chodziłam wówczas do VI klasy. Ale moja wiara tak naprawdę wzrosła w czasie, gdy przyjęłam do mojego serca Ciało naszego Pana Jezusa Chrystusa. Wtedy to moje życie zaczęło nabierać sensu. Na pierwszym miejscu zawsze stawiam sobie Boga, który poniżył się i stał się jednym z nas. Z każdym problemem czy radością kieruję się w Jego stronę. Moja wiara często miała swoje wzloty i upadki. Ustabilizował się po czasie, kiedy uklękłam przy Twoim tronie. Byłeś jednym z nas, przeżyłeś śmierć rodziców i rodzeństwa, a nawet przyjaciół, którzy byli Ci tak bliscy, jak i moi przyjaciele są dla mnie. Miałeś wiele problemów, tak jak ja, ale cierpiałeś dwa razy więcej niż ja. A mnie to twoje cierpienie, a przy tym radość z życia wszystko zmieniły. Nie wiem, nie mam na to pytanie odpowiedzi. Ale moje życie toczy się dalej. 8 dni przed Komunią Świętą, na moich rękach, łokciach i kolanach zaczęły się pojawiać białe plamy. Lekarze stwierdzili u mnie bielactwo. Jest to jak na dzisiejsze czasy choroba tylko w 50% wyleczalna. Nawet jeśli plamy znikną, to przy słońcu wszystko może powrócić. Stosuje bardzo drogą maść, a nie chce narażać moich rodziców na taki koszt. Jeśli jest wola Pana, proszę, uproś u Niego łaskę, o którą proszę: o wyleczenie mnie z bielactwa. W czasach Twojego Pontyfikatu wiele się nauczyłam. Słowo, które wypowiedziałeś: „Nie lękajcie się", zaczęły tak naprawdę być ważne w moim życiu dopiero po Twojej śmierci, sama zaczęłam pisać wiersze, pokochałam literaturę, występuję w teatrze.

Za rok mam bierzmowanie, moje imię, jakie przyjmuje na czas dorosłego życia, to Faustyna. Od kiedy pamiętam, jestem z Nią związana. Dziękuję Ci, Ojcze, że poprzez Twoje życie na ziemi i słuchanie Twych słów mogę teraz wiele zrozumieć. Z całego serca dziękuje i proszę o zdrowie.

(Gabriela)

 

Dziękuję za cud uzdrowienia Julci

Kochany Ojcze Święty. Minęło dziesięć miesięcy jak opiekujesz się nami spod Bożego tronu i wstawiasz się za nami. Proszę Cię o nieustanną opiekę nad moją najukochańszą żoną: już wiem, że dzięki Twojemu poparciu dochodzi do zdrowia. Ufam, że dalej będziesz nas wspierał. Opiekuj się moimi dziewczynkami. Dziękuję Ci za cud uzdrowienia Julci! Nie choruje już tak długo, ale przede wszystkim ma zdrowe uszy, bo tak zwyczajnie zaufała Twojemu orędownictwu. Pomagaj mojej siostrze i jej rodzinie, żeby mieli dobre życie.

Proszę, wstaw się u najwyższego za moją mamą, żeby odnalazła cel w życiu i zaczęła żyć z planem, a nie z dnia na dzień. Po ludzku tęsknimy za Tobą i wspominamy każdą chwilę, gdy byłeś z nami.

(N.N.)

 

Gdyby nie Jan Paweł II, ona by umarła

Przeczytałam w prasie, aby informować o nadzwyczajnych łaskach Jana Pawła II. Doznałam wielkiej łaski od Niego – wysłuchał moich modlitw i uratował życie mojej kuzynce. Kuzynka miała uszkodzone jelito, leżała w szpitalu z otwartym ropiejącym brzuchem. Po dwóch operacjach nie było żadnej poprawy i lekarze nie dawali żadnych szans na wyzdrowienie, tym bardziej, że po drugiej operacji dostała udaru mózgu. Przez kilka dni leżała nieprzytomna. Cały czas modliłam się do Jana Pawła II. Prosiłam o jej zdrowie i życie, ponieważ kazano przygotować się na najgorsze. Zostałam wysłuchana, kuzynka wyszła z nieprzytomności i po trzeciej operacji wraca do zdrowia. Trwało to ponad 4 miesiące, ale jest już teraz lepiej. Jest to prawdziwy cud, ponieważś kuzynka ma blisko 80 lat. Jestem przekonana, że gdyby nie Jan Paweł II, ona by umarła.

26.10.2005 r. (Maria)

 

Gorące podziękowanie za łaskę

W początkach listopada 2005 r. u mojej matki Anny N. nagle gwałtownie wystąpił nawrót choroby nowotworowej po 6 latach od operacji raka piersi. 8.11.2005 r. zdałam sobie sprawę, że sytuacja jest beznadziejna. Jestem lekarzem pediatrą. Od tygodnia cały czas modliłam się do Jana Pawła II o dobrą śmierć dla Anny. Mama moja odeszła 25.11.2005 r. po krótkiej chorobie. Cierpiała bo straciła głos, ale niebyło silnych bólów nowotworowych. Nie było potrzeby morfiny. Mama odeszła pogodzona, uśmiechnięta. Moja siostra, która była przy samej śmierci mamy mówiła, że cały czas przypominało się jej odchodzenie Jana Pawła II. Siostra nie wiedziała, że ja cały czas modlę się do Niego - wiedziała tylko moja córka. Janie Pawle II - bardzo serdecznie dziękuję i ufam.

21.05.2006 r. (N.N.)

 

"Idź do kościóła i módl się"

Mam na imię Metody, jestem Bułgarem, mieszkam w Sofii. W marcu 2002 r. nagle zachorowałem na raka tarczycy. Badania wykazały, że rak zaatakował także tchawicę; dlatego kliniki odmawiały przeprowadzenia operacji. Profesor Cernozemski zgodził się zająć moim przypadkiem, ale powiedział: "Nie wszystko jest w moich rękach, idź do kościoła, zapal świecę i módl się!". Operacji poddałem się na początku maja. Niestety, zabieg się nie udał, lekarze nie dotarli do raka. Od lat mam swoją firmę cateringową, współpracuję z ambasadą przy Stolicy Apostolskiej w Sofii.

Kiedy w maju 2002 r. Ojciec Święty przyjachał do Bułgarii, właśnie moja firma przygotowała poczęstunek. Byłem przekonany, że jeśli dotknę Papieża, moja druga operacja się uda. Byłem bardzo szczęśliwy. Jego błogosławieństwo dodało mi nowej energii i wzmocniło moją wiarę. Podczas choroby byłem wspierany przez modlitwę sióstr pracujących przy ambasadzie. 19 czerwca poddałem się drugiej operacji, która trwała 6 godzin. Od trzech lat cieszę się dobrym zdrowiem, jestem ogromnie wdzięczny Bogu za błogosławieństwo Ojca Świętego.

Metody, Sofia

W: Wielka Księga Cudów Jana Pawła II, Kraków 2010.

 

Ja modliłam się tu, a moja siostra tam, w Afryce

Siostra obwieściła mi wiadomość, że mama wstała, a kiedy zaczęła chodzić powiedziała: "Jestem uzdrowiona".

Dziękujuę Janowi Pawłowi II za łaskę, której udzielił mojej mamie i wujkowi. Lekarze byli już bezsilni. Wujek był operowany, a mama już nie przyjmowała pokarmów. Zostały z niej skóra i kości, nie potrafiła siedzieć, mówić. Moja siostra była tam przy nich, w Eritrea, a ja tu, w Rzymie. Poszłam na grób Papieża i tam rozpłakałam się. Ja modliłam się tu, a moja siostra tam, w Afryce. Jakiś czas później zadzwoniłam do nich. Siostra obwieściła mi wiadomość, że mama wstała, a kiedy zaczęła chodzić powiedziała: "Jestem uzdrowiona".

Dzisiaj moja mama opiekuje się swoimi wnukami, a wujek pracuje w polu. Pojechałam ich odwiedzić i zawiozłam im zdjęcia Jana Pawła II. Mama wraz z grupą modlitewną prowadzi różaniec w małej kapliczce z trzciny, którą przygotował ojciec.

Barentu, Afryka

W: Wielka Księga Cudów Jana Pawła II, Kraków 2010.

 

Jan Paweł II nie powiedział ostatniego słowa

Cierpiałam na chorobę parkinsona, którą zdiagnozowano w czerwcu 2001 roku. Choroba dotknęła całą lewą stronę ciała, powodując poważne utrudnienia, jako że jestem osobą leworęczną. Początkowo choroba rozwijała się w sposób łagodny, ale po trzech latach jej objawy pogłębiły się, wzmagając drżenie, sztywnienie, ból, bezsenność... Od 2 kwietnia 2005 roku z tygodnia na tydzień stawała się coraz poważniejsza, mój stan pogarszał się z dnia, na dzień, nie mogłam już pisać (powtórzę: jestem leworęczna), a kiedy próbowałam, to, co napisałam, było prawie nieczytelne. Samochód mogłam prowadzić tylko na krótkich odcinkach, gdyż moja lewa noga często „blokowała się" i taka sztywność bynajmniej nie ułatwiała jazdy. Potrzebowałam coraz więcej czasu na wykonywanie mojej pracy, a ponieważ pracuję w środowisku szpitalnym, powodowało to wiele trudności. Byłam zmęczona, wycieńczona.

Po ogłoszeniu diagnozy trudno mi było patrzeć na Jana Pawła II w telewizji. Mimo tego byłam przy nim bardzo blisko w modlitwie i wiedziałam, że on mógł zrozumieć to, co przeżywałam. Podziwiałam jego siłę i odwagę, która mobilizowała mnie do niepoddawania się i do pokochania tego cierpienia, gdyż bez miłości byłoby ono pozbawione sensu. Mogę stwierdzić, że była to codzienna walka, ale moim jedynym pragnieniem było móc przeżywać ją w wierze i z miłością przyjąć wolę Ojca.

W Wielkanoc 2005 roku zapragnęłam oglądać naszego Ojca Świętego Jana Pawła II w telewizji, gdyż czułam w duchu, że będę mogła to uczynić po raz ostatni. Cały ranek przygotowywałam się do tego spotkania, wiedząc, iż będzie ono dla mnie bardzo trudne (ukazać mi miało bowiem to, jaka będę za kilka lat). Nie było mi łatwo, gdyż jestem względnie młoda. Jednak nieprzewidziane zakłócenia w przekazie telewizyjnym uniemożliwiły mi oglądanie programu.

Wieczorem 2 kwietnia 2005 roku cała nasza wspólnota zgromadziła się, aby dzięki połączeniu na żywo z Rzymem przez francuską telewizję diecezji paryskiej (KTO) trwać na czuwaniu modlitewnym na placu Świętego Piotra. Wraz z siostrami z bezpośredniej relacji dowiedziałyśmy się o śmierci Jana Pawła II. Nagle zawalił mi się cały świat, straciłam przyjaciela, który mnie rozumiał i dawał mi siły, by iść naprzód. W kolejnych dniach czułam wielką pustkę, ale jednocześnie miałam pewność, że On był nieustannie obecny.

13 maja w święto Matki Bożej Fatimskiej Papież Benedykt XVI otworzył proces beatyfikacyjny Jana Pawła II. Począwszy od 14 maja, moje siostry ze wszystkich wspólnot we Francji i w Afryce modliły się o wstawiennictwo Jana Pawła II, prosząc o moje uzdrowienie. Modlitwy trwały bez przerwy aż do chwili, kiedy stwierdzono, że jestem zdrowa.

Byłam wówczas na wakacjach. Kiedy czas odpoczynku się skończył, 26 maja wróciłam całkowicie wycieńczona chorobą. Od 14 maja towarzyszył mi ciągle pewien werset z Ewangelii według świętego Jana: Jeśli uwierzysz, ujrzysz chwałę Bożą".

Jest l czerwca, nie daję już rady, walczę, aby nie poddać się i utrzymać na nogach. 2 czerwca po południu idę do przełożonej, aby prosić ją o zwolnienie mnie z obowiązków wynikających z pracy. Ona nalega, abym wytrzymała do czasu, kiedy wrócę z Lourdes w sierpniu, i dodaje: „Jan Paweł II jeszcze nie powiedział ostatniego słowa". Jan Paweł II był obecny przy naszej rozmowie, która odbyła się w atmosferze pokoju i pogody ducha. Przełożona podaje mi w pewnej chwili pióro i prosi o napisanie: „Jan Paweł II": jest godzina 17.00. Z wielką trudnością piszę: „Jan Paweł II". Patrząc na nieczytelne pismo, przez długą chwilę pozostajemy w ciszy. Dzień toczy się dalej normalnie.

Po modlitwie wieczornej o godzinie 21.00 weszłam do mojego biura, by następnie udać się do pokoju. Było to między 21.30 a 21.45. Wówczas odczułam pragnienie, by wziąć pióro i pisać. Jak gdyby ktoś mówił mi: „Weź pióro i pisz". Ku memu wielkiemu zdziwieniu pismo było czytelne. Nie pojęłam dobrze, co się dzieje, położyłam się na łóżku. Było to dokładnie dwa miesiące po tym, jak Jan Paweł II opuścił nas i udał się do domu Ojca. O 4.30 obudziłam się zdziwiona, że mogłam spać. Od razu wstałam z łóżka, moje ciało już nie bolało, nie czułam żadnego zesztywnienia, a wewnętrznie nie byłam już ta sama. Potem jakieś wewnętrzne wezwanie, jakaś siła skłoniła mnie, bym poszła modlić się przed Najświętszym Sakramentem. Zeszłam do oratorium. Modliłam się przed Najświętszym Sakramentem. Ogarnął mnie wielki pokój i błogość. Coś ogromnego, jakaś tajemnica, którą trudno opisać. Następnie, ciągle przed Najświętszym Sakramentem, rozważałam nad ta¬jemnicami światła Jana Pawia II. A o godzinie 6.00 wyszłam, by razem z siostrami modlić się w kaplicy i uczestniczyć w Eucharystii. Musiałam przebyć około 50 metrów i wówczas zdałam sobie sprawę, że podczas gdy szłam, moja lewa ręka ruszała się, choć zazwyczaj pozostawała nieruchomo wzdłuż ciała. Dostrzegłam również pewną lekkość w całym ciele, zwinność, której nie doświadczałam od dawna. Podczas Eucharystii ogarnęły mnie wielka radość i pokój. Było to 3 czerwca, uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa. Po wyjściu ze Mszy ś w. byłam przekonana, iż zostałam uzdrowiona... drżenie w ręce całkowicie ustąpiło. Znowu zabrałam się za pisanie, a w południe nagle całkowicie odstawiłam wszystkie leki.

7 czerwca poszłam na okresową wizytę do neurologa, który od 4 lat mnie leczył. Ze zdziwieniem stwierdził całkowity zanik wszystkich objawów, chociaż od 5 dni nie kontynuowałam kuracji. Następnego dnia przełożona generalna zaleciła wszystkim wspólnotom odprawianie dziękczynienia. Całe zgromadzenie rozpoczęło wówczas nowennę dziękczynną do Jana Pawła II.

Minęło już 10 miesięcy od czasu, kiedy przerwałam kurację. Powróciłam do normalnej pracy bez żadnej trudności, znowu prowadzę samochód, nawet na długich odległościach. Czuję się tak, jak gdybym narodziła się po raz drugi, jak bym rozpoczęła nowe życie, gdyż nic nie jest tak, jak przedtem.

Dzisiaj mogę stwierdzić, że przyjaciel odszedł z naszej ziemi, ale mimo tego jest bardzo bliski memu sercu. On sprawił, iż wzrosło we mnie pragnienie adoracji Najświętszego Sakramentu oraz miłość do Eucharystii, która zajmuje najważniejsze miejsce w moim codziennym życiu. To, co Pan dał mi przeżyć dzięki wstawiennictwu Jana Pawła II, jest wielką tajemnicą, trudną do wyjaśnienia w słowach, gdyż tak, jak jest wielką, tak jest silną... ale dla Boga nie ma nic niemożliwego. Tak, jeśli uwierzysz, ujrzysz chwałę Bożą".

(francuska zakonnica N.N.)

 

Jan Paweł II z pewnością czuwa nad aktorami

Nasz 36-letnia córka przez 15 lat była aktorką. Powołanie do tego zawodu wykazywała już od dzieciństwa, ale zamiast powoli dojrzewać do swoich decyzji, zaczeła odczuwać strach przed wszystkim. Odsunęła się kompletnie od przyjaciół, w domu zaczęły się awantury i kłótnie, jednym słowem - piekło. Ten stan psychiczny był tak nie do zniesienia, że postanowiliśmy się zwrócić do psychoanalityka. Po roku nic się nie zmieniło, nasza córka była nadal agresywna, nie podpisywała żadnych kontraktów.

Po śmierci Jana Pawła II mój mąż powiedział: "Teraz, kiedy Papież jest wśród świętych, możemy prosić go o pomoc". Z dnia na dzień nasza córka zmieniała sie... Zostawiła teatr, zajęłą się edytorstwem, zapisała się do klubu sportowego, znalazła przyjaciół, odzyskała wiarę w swoje siły, pogodziła się z rodziną. Ta transformacja jest niewytłumaczalnym cudem. Dlaczego przyznać ją zasłudze Jana Pawła II? Bo również On chciał zostać aktorem i z pewnością czuwa nad aktorami, którzy mimo brutalnego świata spektaklu pozostali czystymi i szczerymi ludźmi. Jestem przekonana, że Jego ojcowskie spojrzenie towarzyszy im, rozumie ich i czuwa, by nasza córka, kroczyła uczciwą drogą, a świat teatru był pełen wartości chrześcijańskich.

 A.M. Francja

W: Wielka Księga Cudów Jana Pawła II, Kraków 2010.

 

 

Już mu przebaczyłam

Jestem pewna, Panie Boże, żeś By czekał na moje wybaczenie. Nie pozwoliłeś zamknąć oczu Papieżowi, dopóki ja nie wybczę Remkowi. Już moje serce jest wolne. Już mu przebaczyłam. Nigdy już nie będę wracać do tego, co było. Wybaczyłam i życzę mu Twojej Miłości. Wierzę, że tak będzie. Twoja miłośc jest ogromna. By go kochasz i sprawiasz, że on odzyska miłość i wróci do Ciebie. Boże – miej go w swojej opiece. Dziękuję Ci, Ojcze Święty, za Twoją męczeńską śmierć – ostatnia godzina Twojego życia zmieniła moje serce. Dziękuję.

02.04.2005 (niewiasta N.N.)

 

Kardynał odzyskał głos

Innym razem odnotowano przypadek nagłego, niewytłumaczalnego ustąpienia ziarnicy złośliwej, choroby nowotworowej układu chłonnego, na który zapadła kobieta mieszkająca w Anglii. Angielska gospodyni domowa przyjechała do Rzymu szukać duchowego wsparcia w chorobie. Po spotkaniu z Papieżem jej schorzenie całkowicie ustąpiło.

O cudach i łaskach, do których doszło za sprawą wstawiennictwa Jana Pawła II, opowiadały także osoby z bliskiego otoczenia Papieża. Wkrótce po pogrzebie Jana Pawła II włoski kardynał Francesco Marchisano wygłosił w Bazylice św. Piotra homilię, która właściwie była relacją z cudownego uzdrowienia. Kardynał mówił o wypadkach, jakie miały miejsce przed śmiercią Ojca Świętego. Wskutek błędu lekarskiego, który zdarzył się podczas operacji tętnicy szyjnej doskojnika, jego prawa strona głosowa została sparaliżowana. "Mówiłem w sposób prawie niesłyszalny" - tłumaczy kardynał i rozpromienia się na wspomnienie cudownych wypadków. Jan Paweł II podczas rozmowy dotknął jego szyi, pogładził ranę pooperacyjną i powiedział: "Proszę się nie bać, głos powróci. Pomodlę się za to". Według świadectwa kardynała skutki fatalnego zabiegu cofnęły się, czego dowodem jest silny głos, jakim się posługuje.

W: Jan Paweł II, nasz święty, Wydawnictwo Murator S.A., Warszawa 2011.

 

Kibice wiązali wspólnie szaliki

Oglądalam każdy program telewizyjny o Ojcu Świętym i doszła do wniosku, że jeśli ludzie stali się lepsi chociaż na jakiś czas, to już bardzo wiele.

Nie była nigdy w Watynie, nie widziałam Ojca Świętego na żywo, jednak patrząc na Jego oblicze na zdjęciach czy w telewizji, postrzegałam inaczej świat, dusza moja była leczona. Życzliwość i ciepło, jakie emanowały od Ojca Świętego, były gwarancją dobroci, wręcz balsamicznego ukojenia. Człowiek nie może żyć w stresie; człowiek musi mieć nauczyciela, przewodnika, patrona, lekarza w jednej osobie... Wtedy żyje lepiej, jest napełniony energią, jest potrzebny innym.

Oglądałam każdy program telewizyjny o Ojcu Świętym i doszła do wniosku, że jeśli ludzie stali się lepsi chociaż na jakiś czas, to już bardzo wiele. Dzisiajszy świat, brnąc do przodu, zapomina o sprawach duchowych. Kibice wiżali wspólnie szaliki. Ludzie stali w blasku świec, patrząc na siebie z miłością, wsłuchujac się w każde słowo o Ojcu Świętym. Ludzi zjednoczył Ojciec Święty.

 Krystyna, Zielona Góra

 

Lekarze zdumieni powtarzali, że to cud

Paweł, lat 31, 16 marca 2005 r. przebywając w Londynie, doznał wypadku. Jego stan był beznadziejny. Wezwano żonę, która zostawiła w Polsce troje małych dzieci i pojechała za pożyczone pieniądze, aby być w Londynie przy umierającym mężu. Lekarze oznajmili, że życie Pawła wisi na włosku, że chory nie nadaje się do transportu. Twierdzili, że jeśli przeżyje, nigdy nie będzie chodził. Paweł się załamał...

Wiedzac, że Jan Paweł II jest bardzo chory, prosiliśmy Boga, by cierpienie Świętego nie poszło na marne, by uratowało Pawła. Prosiłam wszystkich ludzi napotkanych przed Mszą Świętą w kościele oraz wspólnoty modlitewne, by prosiły Jana Pawła II o życie dla Pawła. Modliłam się także z moimi dziećmi z przedszkola, gdzie pracuję. Chodzilismy pod krzyż papieski do kościoła i błagaliśmy głośno Jana Pawła II, by pomógł Pawłowi. W jednej sekundzie przemieniło się wszystko. Paweł - podobnie jak Jan Paweł II - powiedzieł do Maryi: "Jestem Twój i zrób ze mną, co zechcesz". Od następnego dnia zaczął powracać do życia. Lekarze zdumieni powtarzeli, że to cud.

Pawła przetransportowano do Polski. Jest w domu i, co najważniejsze, chodzi nawet po schodach. Moje dzieci z przedszkola pytają o Pawła, wiedzą i wierzą, że nasz kochany Ojciec Święty wysłuchał ich gorącej i szczerej modlitwy. Dziś z wielką radością patrzę na Pawła, który wstaje z łóżka, siada w fotelu, idzie do kuchni, by zrobić dzieciom coś do jedzenia.

 Bogdana, Elbląg

 

Matka Boska i Jej Syn wysłuchali próśb Jana Pawła II

Moja synowa Eugenia leżała w szpitalu po ciężkiej operacji nerek. Była w tak beznadziejnym stanie, że nie poznawała już nawet swoich najbliższych. Prosiłam więc w modlitwie naszego Papieża o Jego wstawiennictwo, by dobry Bóg i Matka Najświętsza uleczyli ją, ugasili gorączkę.

Kiedy Eugenia się obudziła, na jej łóżku był położony obrazek z nazwiskiem księdza, który udzielił jej sakramentu chorych. Stan mojej synowej poprawił się, wstała... Niewytłumaczalne jednak wydaje mi się to, że przecież nikt nie wzywał tego kapłana.

Syn mój nie należy do wierzących i sam był zdziwiony. Ja natomiast nie mam żadnych wątpliwości, że to Matka Boska i jej Syn wysłuchali próśb Jana Pawła II i zadbali o to, by leczyli nie tylko ciało Eugenii, ale także jej ducha.

W: Wielka Księga Cudów Jana Pawła II, Kraków 2010.

 

Modliłam się za Kubicę

Podczas transmisji telewizyjnej wyścigów Formuły 1, kiedy zobaczyłem przerażający wypadek Kubicy, widząc, że jest on Polakiem, jak i Jan Paweł II, całym sercem prosiłam Papieża o pomoc, spoglądając na Jego zdjęcie... W wiadomościach podano, że Kubica wyszedł cało z wypadku i że jest czcicielem Jana Pawła II. Nie wiedziałam tego, ale Ojciec Święty pewnie tak...

Wybaczcie mi, że pozwoliłam sobie szczerze opowiedzieć o moich emocjach, być może nie jest to żaden cud, ale kiedy otworzyłam moją pocztę internetową, nie potrafiłam się powstrzymać, by do Was nie napisać. Wkrótce znowu do Was napiszę, by opowiedzieć o wydarzniu świadczącym o wielkości "Ojca Karola", którego właśnie tak lubię nazywać, zwłaszcza, że i On, i mój rodzony ojciec odeszli z tego świata właściwie razem.

Tommasa, Włochy

 

Nie jestem chrześcijaninem, jestem żydem

Moje świadectwo, być może wyda się dziwne, nie jestem chrześcijaninem, jestem żydem.

Po śmierci Jana Pawła II wysłuchałem mnóstwo audycji radiowych o zmarłym Papieżu, oglądałem dziesiątki programów, któregoś razu przed telewizorem spędziłem sześć godzin non stop. Przeczytałem także mnóstwo artykułów i stworzyłem sobie Jego obraz.

Moja córka cierpi na chorobę genetyczną, jest przed nią wiele operacji. Pewnej mocy przyśnił mi się Jana Paweł II. Zapytałem go, czy moja córka wyzdrowieje. Papież skinął potwierdzająco głową. Obudziłem się zalany łzami. Jestem przekonany, że sen ten ma być dla mnie jakimś znakiem.

(CJB, USA)

 

Nie przestali się modlić i prosić Jana Pawła II

Moja córka wraz z mężem ogromnie pragnęli mieć dziecko. Długie leczenie nie przyniosło rezultatu. Po jakimś czasie zdecydowali się na adopcję. Wiemy doskonale, że takie sprawy bywają skomplikowane i potrzeba dużo czasu. Oni jednak nigdy nie przestali się modlić i prosić Jana Pawła II o pomoc. W sposób szczególny modlili się w noc śmierci Papieża, kiedy to ukazane zostało całemu światu głębokie Jego cierpienie.

Pięć dni później, 7 kwietnia 2005 roku moja córka otrzymała wiadomość o narodzeniu się dziecka, które jest przeznaczone do adopcji. Wierzymy, że jest to łaska od Boga za wstawiennictwem zmarłego papieża. Chłopczyk został ochrzczony imieniem Jan Paweł.

Godfrey - Monaco, Francja)

 

Nie zabieraj mi mamy

Po Twojej śmierci zaczęłam zastanawiać się nad moim życiem, zwłaszcza że wydarzyło się w nim wiele złych rzeczy… Mama nagle zachorowała, tata wyjechał za granicę, moje oceny są średnie, a do tego mam pewne wątpliwości co do mojego egzaminu. Mam trzech braci. Najstarszy jest leniwy i prawdopodobnie też obleje egzamin; nawet nie chodzi w niedzielę do kościoła. Moja mama bardzo się martwi – bierze leki na nerwy (na szczęście teraz zmniejszono jej dawkę). Boję się o nią, bez niej nasza rodzina rozpadnie się… Jest bardzo dobra kobietą, pracuje w hospicjum, gdzie pomagając innym, zaraziła się żółtaczką. Chciałabym, aby ta choroba przeszła na mnie.

Chciałabym, abyś przeczytał ten list i choć w minimalnym stopniu pomógł mi. Nie patrz na błędy, wiem, że byłeś polonistą. Postaram się więcej modlić. Wstaw się do Boga, aby mi nie zabierał mamy.

Ewelina

 

Obrazek Jana Pawła II był przy jego łóżeczku…

Kilka miesięcy temu poprosiłem o obrazek z „ex indumentis” Sługi Bożego Jana Pawła II i nie sądziłem, że będę świadkiem tak wielkiego cudu za przyczyną Jana Pawła II. W dniu 1 czerwca br.  Opolu urodził się nam syn Mikołaj Józef. Niedługo po porodzie stwierdzono ubytek w przegrodzie serca oraz brak ciągłości łuku aorty. Trudno wyrazić nasz lęk, ból i niepokój  o życie syna… Został przewieziony 4 czerwca do Śląskiego Centrum Chorób Serca. Jego stan był stabilny i ciężki. Nieustannie ufni w Bożą Opatrzność i Miłosierdzie prosiliśmy o dar uzdrowienia dla naszego pierworodnego syna. 11 czerwca operacja była niezmiernie trudna i dramatyczna, zamiast 4 godzin trwała 7. Stan syna był krytyczny i całą noc doktor walczył o jego życie, a nam pozostawała modlitwa.

Następnego dnia otrzymałem telefon, iż muszą reoperować Mikołaja by ratować mu życie, choć reoperacja wiązała się z ryzykiem śmierci. Po tym telefonie pojechałem przed planowaną reoperacją z relikwiami Jana Pawła II do Mikołaja i poprosiłem, by były przy jego łóżeczku. Nieustannie towarzyszyła nam ufna modlitwa z prośbą o wstawiennictwo Sługi Bożego Jana Pawła II do Miłosierdzia Bożego. I nastąpił cud – tętno, ciśnienie i inne funkcje życiowe zaczęły powracać do normy, odstąpiono od reoperacji. Profesor stwierdził, iż tego nie rozumie i nazwał to zdarzenie: „palcem Bożym”, natomiast ordynator oznajmił z radością, że powinienem dać świadectwo o cudownym wstawiennictwie kochanego Papieża.

Przepraszam, że tak chaotycznie i syntetycznie przedstawiam wydarzenia, jednak ze względu na fakt, iż minęło niewiele czasu od tamtych wydarzeń, nie potrafię inaczej opisać tego cudu. Korzystając z okazji proszę o modlitwę o uzdrowienie serduszka Mikołaja, gdyż podczas reanimacji częściowo została uszkodzona „łatka” w przegrodzie serca i nadal pozostaje szczątkowy ubytek, który może zarosnąć. Obrazek z „ex indumentis” Sługi Bożego Jana Pawła II podarowałem profesorowi, który operował mojego synka.

Arkadiusz

 

Od czasu przyłożenia relikwii Ojca Świętego

Pragnę donieść do Postulcji, że w naszej rodzinie w miesiącu czerwcu 2005 r. miało miejsce wydarzenie, które wszyscy zgodnie zawdzięczamy wstawiennictwu Sługi Bożego Ojca Świętego Jana Pawła II.

W dniu 2.06. br. mój brat rodzony N.N., karmelita bosy (brat zakonny) mieszkający od 14 lat w Rzymie w „Teresianum" utracił przytomność z powodu rozległego zawału serca, przechodzonego 2 dni - jak zgodnie stwierdzili trzej lekarze (w domu - lekarz z pogotowia ratunkowego, w szpitalu San Camillo i potem w szpitalu San Eugenio). W stanie nieprzytomności zawieziono brata N. do szpitala na oddział intensywnej terapii.

Tego samego dnia mnie powiadomiono telefonicznie, że stan jest bardzo ciężki, lekarze kazali powiadomić rodzinę, pacjent z tego nie wyjdzie, nawet nocy z 2/3 on nie przeżyje... Rozpoczął się wielki szturm do nieba. Ponieważ wiedziałam, że brat bardzo czcił Ojca Świętego Jana Pawła II, o czym mówił mi podczas uroczystości Jego pogrzebu, że już wtedy otrzymał za Jego przyczyną wiele łask, więc powiadomiłam rodzinę i zadecydowaliśmy, że modlimy się wszyscy za przyczyną Jana Pawia o cud dla brata N.! Im gorsze były wieści z Rzymu, tym goręcej błagaliśmy o pomoc Nieba! Do modlitwy włączali się dalsi członkowie rodziny, ale też Ojcowie i Bracia karmelici bosi w Polsce i w Rzymie, a także Siostry Karmelitanki w wielu wspólnotach oraz innych Zgromadzeniach, np. moja wspólnota Sióstr Karmelitanek Dzieciątka Jezus (i wiele innych, które jeśli potrzeba, mogę kiedyś uzupełnić).

Po trzech, czterech dobach stanu zdrowia „bez zmian", dano choremu obrazek i relikwie Ojca Świętego (kawałek materiału z pasa sutanny dały Siostry Karmelitanki Bose z Rzymu, z klasztoru św. Józefa, które prały czasem sutanny Ojcu Świętemu). W tym czasie odwiedził go mój brat N.N. z synem, z Polski. Współbracia zakonni z o. Rektorem „Teresianum" - N.N. na czele, codziennie brata N. odwiedzali i przekazywali nam nawet najmniejsze informacje na temat stanu jego zdrowia.

Wiele osób zawdzięczało bratu jakieś dobro i wszyscy znajomi również gorąco się modlili, zamawiali Msze św., także w rodzinnej parafii, w diecezji przemyskiej. A moja siostra (benedyktynka) przy pracy odmawiała bez przerwy na różańcu taką zmienioną Koronkę do Miłosierdzia Bożego: „Dla Jego bolesnej Męki miej Miłosierdzie dla Brata N. - za przyczyną Jana Pawła".

Od czasu przyłożenia Relikwii Ojca Świętego chory zaczął przychodzić do zdrowia. Lekarze byli bardzo zdziwieni... i że w ogóle z tego wyszedł. Potem miał robioną intubację (tracheotomię) - dla ratowania zagrożonych płuc. Dnia 13 czerwca br. już przeniesiono go z intensywnej terapii na salę ogólną i 15 czerwca brat N. osobiście zatelefonował do mnie ze szpitala w Rzymie do Polski, co było dla mnie i dla całej rodziny, i znajomych ogromną radością!... Obecnie brat jest już 24 w „Teresianum", odbywa rekonwalescencję i w lipcu wybiera się na urlop do Polski i jest przekonany, że uzdrowiło go wstawiennictwo Sługi Bożego Jana Pawła II.

Ufamy w dalsze wstawiennictwo Sługi Bożego Ojca Świętego Jana Pawła II i z wielką nadzieją i gorącą modlitwą czekamy na Jego rychłą beatyfikację.

14.07.2005 r. (siostra karmelitanka)

 

Ojciec Święty uratował mi życie

Jestem winna podziękowanie Ojcu Świętemu Janowi Pawłowi II za uratowanie mi życia i wiadomością tą chciałam podzielić się już dawno, ale miałam opory, że to może nie o to chodzi „badaczom cudu".

Otóż w dniu 2 czerwca tego roku, idąc do kościoła, zostałam uderzona w plecy przez rozpędzone auto. Doznałam licznych złamań, wstrząśnienia mózgu i nic nie pamiętam. Teraz, kiedy oglądam zdjęcia z wypadku - widzę, że człowiek, który mnie potrącił, miał za szybą (pożyczonego auta) zdjęcie Jana Pawła II.

W szpitalu przebywałam 27 dni, to tyle, ile trwał pontyfikat Ojca Świętego. Z 2 czerwca mam numer „Gazety Wyborczej", z której zbierałam kolejne wycinki z kroniki pontyfikatu Ojca Świętego Jana Pawła II i tam na pierwszej stronie jest zamieszczone Jego zdjęcie wraz ze słowami „Przebaczam bratu, który mnie zranił" - co jest dla mnie wskazówką w chwili, kiedy przychodzi pokusa o nie darowaniu winy kierowcy i skierowaniu sprawy do sądu, ja chcę by się to szybko skończyło, bo już Mu winę darowałam.

Po wyjściu ze szpitala otrzymałam obraz Ojca Św. wykonany z bursztynu, od wracającego z nad morza dziesięcioletniego kuzyna, który nie miał pojęcia o moim uwielbieniu dla Papieża. Jestem dyrektorem szkoły im. Jana Pawła II, które to imię nadano za mojej kadencji, a na placu przykościelnym, tuż obok szkoły, stoi pomnik Ojca Św. z wyciągniętymi rękami w stronę szkoły, i wstawia się za nami.

2 września nasz parafialny ksiądz Proboszcz dostał zawału, ale „wyszedł" z tego szczęśliwie, za modlitwą wstawienniczą do Ojca Św. Jana Pawia II, którego proszę o zdrowie Księdza. Modlę się za Mojego Orędownika u Boga - Ojca Świętego Jana Pawła II i dziękuję za cenne wskazówki, z których daje możliwość skorzystania. Proszę o wyświęcenie [tzn. beatyfikację] Papieża, który „wszystko postawił na Maryję i Jej zawierzył bez granic, u Niej szukając pomocy" - i tak też chcę czynić całe, darowane życie, wołając o pomoc i za którą dziękuję.

Tym listem chciałam przybliżyć szereg zdarzeń, zbieżnych z datami i Pontyfikatem Ojca Św. Jana Pawia II, za który serdecznie dziękuję.

5.12.2005 (wdzięczna Alicja)

 

On stanął na mojej drodze

W dniu 19 maja 2005 roku w stanie beznadziejnym przebywałam w szpitalu na oddziale kardiologicznym intensywnej terapii. Na podstawie badań stwierdzono u mnie migotanie przedsionków z szybką częstotliwością migotania komórek serca zagrażającą w każdej chwili mojemu życiu.

Ratowanie mnie różnymi sposobami terapeutycznymi do 6. dnia nie przyniosły żadnych pozytywnych rezultatów. Lekarze kardiolodzy, w tym ordynator, nie widzieli dla mnie żadnego ratunku - szansy życia. Poinformowali mnie zgodnie z ich sumieniem, że dni moje są policzone...

Wypisano mnie w stanie bardzo ciężkim ze szpitala, prawie agonalnym. Kiedy z wielkim trudem schodziłam ze schodów szpitalnych przy pomocy nawet dobrze nie znanej mi osoby z rozpaczy i tak wielkim przygnębieniu, że życie moje zbliża, się ku końcowi - głośnym głosem, który dał mi Pan Bóg w danej chwili, zaczęłam wołać o pomoc, o ratunek do śp. Ojca Świętego Jana Pawła II. On stanął na mojej dalszej drodze życia. Moje wołanie nie było daremne, jak również moje nieustanne prośby. Zostałam wysłuchana za Jego przyczyną.

Moja wdzięczność wobec śp. Sługi Bożego Jana Pawła II jest nieustanna, że żyję przez modlitwy. Ogarniam Go pamięcią każdego dnia. Dla mnie osobiście to jest cud uzdrowienia. Jako dowód załączam zaświadczenie lekarskie z pobytu w szpitalu i poszpitalne.

23.06.2006 (N.N.)

 

Otrzymaliśmy z Krakowa obrazek Ojca Świętego Jana Pawła II

Z wielką radością ośmielam się donieść w niniejszym liście o uzdrowieniu mojego męża za pośrednictwem Ojca Św. Jana Pawła II. Choroba zaczęła się od niewinnie wyglądających, częstych przeziębień, infekcji górnych dróg oddechowych. Niekończące się przeziębienia trwały kilka lat, w czasie których mąż otrzymywał serie antybiotyków, które dawały krótkotrwały efekt, po czym rozpoczynała się następna choroba. Do tego wszystkiego pojawiło się nowe schorzenie, które rozpoczęło się nagłą zmianą głosu, utratą smaku i powonienia. Po wizycie u lekarza okazało się, że odpowiedzialne za to są zatoki nosowe. Rozpoczęły się następne serie antybiotyków. Niestety bez rezultatu. Schorzenie to rozwijało się, stając się po latach schorzeniem chronicznym. Częste wizyty u lekarza domowego oraz specjalisty, oraz, co z tym związane, różnego rodzaju leki nie przynosiły poprawy. Schorzenie to może było nie tyle niebezpieczne, co bardzo uciążliwe. Mąż miał bardzo częste ropne katary, ból głowy, nieprzespane noce, obniżenie temperatury ciała, nawet latem odczuwał często niczym nieuzasadniony chłód. Musiał bardzo uważać, żeby nic zimnego nie jeść albo nie pić, ponieważ momentalnie rozpoczynał się ostry katar itd. itd.

O pewnego czasu mąż zaczął kaszleć. Po wizycie u lekarza otrzymał znowu antybiotyki, niestety dały one krótkotrwały efekt. Kaszel nasilał się, lekarz domowy nie mógł dać już następnych antybiotyków, skierował męża do specjalisty. Pani doktor, specjalista od chorób płucnych, po obejrzeniu zdjęcia rentgena stwierdziła, że płuca męża są w złym stanie, wyglądają jak płuca intensywnego palacza tytoniu. Przy czym mój mąż w ogóle nie pali papierosów. Lekarka stwierdziła, że do pełnego obrazu choroby potrzebne jest ponowne zdjęcie rentgena po upływie około trzech miesięcy, natomiast wyklucza astmę bronchitis i podobne schorzenia.

U męża rozpoczyna się intensywny rozwój choroby, coraz silniejszy kaszel, który jeszcze narastał wraz ze zmianą temperatury, wilgotności otoczenia, chodzenia po schodach, nawet niewielki wysiłek powodował intensywny kaszel. Zmienił się oddech, mąż oddychał bardzo płytko, świszcząc przy tym głośno. Zrobił się bardzo blady, oczy podkrążone i wytrzeszczone, lekko otwarte usta, jakby ciągle miał brak tlenu. Było coraz gorzej z dnia na dzień. Bardzo mnie to zaniepokoiło.

Pewnej nocy ogarnął mnie prawdziwy strach, kiedy mąż dostał ataku duszności. Pierwszy raz coś takiego przeżyłam. Po kilku dniach nocny atak pojawił się znowu, ale z większą jeszcze siłą. Mąż miał otwarte usta, był bardo blady i miał wystraszone oczy. Nie wiedziałam co robić, chciałam dzwonić po pogotowie, ale po jakimś bardzo krótkim czasie z płytkim oddechem zaczai znowu łapać oddech.

Przed świętem Bożego Narodzenia 2005 r, otrzymaliśmy od Sióstr Karmelitanek Bosych z Krakowa obrazek Ojca Świętego Jana Pawła II trzymającego w rękach świętą Eucharystię, a w rogu obrazka był wklejony fragment sutanny Ojca Świętego. A więc po kolejnej nocy pełnej strachu wzięłam do ręki obrazek i położyłam go mężowi na piersiach, prosząc Ojca Świętego o wstawiennictwo i wsparcie nas w modlitwach o zdrowie dla męża. Równocześnie wzięliśmy z mężem każde swój różaniec i rozpoczęliśmy się modlić. Pierwszą czynnością rano był telefon do lekarza specjalisty o możliwe szybki termin wizyty, który otrzymaliśmy już po kilku dniach. W czasie wizyty u lekarza zrobiono mężowi prześwietlenie rentgena. Pani doktor stwierdziła, że wszystkie objawy choroby się cofnęły. Dodała, że w czasie pierwszej wizyty miała podejrzenie o nowotwór. Chciałam dodać, że to bardzo dobra specjalistka od chorób płuc z długim doświadczeniem zawodowym. W chwili obecnej mąż czuje się wspaniale, wszystko minęło, kaszel, ataki duszności, problemy z atakami, chroniczne przeziębienia. Mąż nie ma żadnych dolegliwości. Odzyskał po latach witalność i zdrowie. Za co dziękujemy Panu Naszemu Ojcu Świętemu, dziękujemy z mężem za wstawiennictwo za nami.

Niemcy 12.02.2006 (Christine i Eugen)

 

Otrzymałam łaskę za przyczyną Jana Pawła II

Pragnę powiadomić o otrzymanej łasce za wstawiennictwem Jana Pawła II. Mam prawie 70 lat i różne choroby. Ponadto musiałam być operowana na „kobiece sprawy”. Ryzyko istniało, bo wiek starszy i guz był duży. Modlilłam się do nieżyjącego Papieża Jana Pawła II, abym przeżyła tę operację, która odbyła się 19 XI br. Moja prośba została wysłuchana. Żyję i czuję się dobrze. Nie zaistniały żadne komplikacje. Wiem, że nie jest to cud, ale serca również nie mam zdrowego, więc niewątpliwie otrzymałam łaskę za przyczyną Jana Pawła II. Szczęść Boże.

15.11.2005 (Elżbieta)

 

Papież prosił Boga o moje uzdrowienie

W 1991 r. zachorowałem na nowotwór złośliwy, tzw. raka gardła. Przebywałem w instytucie onkologii i pobierałem maksymalną dawkę naświetlań kobaltem. W okresie mojego pobytu na onkologii w dniach 1-9 czerwca 1991 r. przypadała IV pielgrzymka Papieża Jana Pawła II do Polski. W jej pierwszej części odwiedził Radom – moje rodzinne miasto. Chociaż był to ostatni etap mojej kuracji na onkologii, lekarze orzekli, że nie mogę być wcześniej wypisany, gdyż końcowa terapia jest bardzo ważna. Nie mogąc spotkać się z Papieżem, pomyślałem, że za pośrednictwem biskupa radomskiego Edwarda Materskiego prześlę mu kartkę. Tak też zrobiłem. Oto jej treść:

„Szanowny Księże Biskupie, proszę uprzejmie o przekazanie tej kartki do rąk Papieża Jana Pawła II, gdyż aktualnie przebywam na oddziale onkologii i nie mogę uczestniczyć w uroczystościach wizyty w Radomiu. Leczę się tu na nowotwór złośliwy krtani”.

„Szanowny Ojcze Święty, pozdrawiam Cię z okazji wizyty w Radomiu, modlę się o Twoje zdrowie i szczęśliwy pobyt w Ojczyźnie. Życzę długich dni życia i jestem pełen uwielbienia dla Waszej Świętobliwości. Szczęść Boże”.

Wreszcie nastąpił mój wypis ze szpitala. Byłem bardzo osłabiony naświetleniami, miałem popalone gardło i skórę szyi. Cierpiałem na zanik smaku i brak śliny. Po tygodniu poczułem, że mój organizm raptownie się wzmacnia, czułem wewnętrzną wiarę, że uratuję się przed przerzutami. Poparzenia zagoiły się, powrócił smak. Byłem pewien, że Papież dostał moją kartkę i prosił Boga o moje uzdrowienie. Tak się naprawdę stało! Otrzymałem z Watykanu list i zdjęcie Jana Pawła II z Jego podpisem, które przechowuję jak relikwie… Mam 55 lat, żyję do dziś bez żadnych komplikacji po leczeniu.

Jacek, Radom

 

Papież, który czyni cuda

Cud to widomy znak od Boga, potwierdzający świętość. Ponad 70 procent Polaków jest zdania, że nasz Papież wyjednywał u Boga cuda za życia i wyjednuje je nadal, po śmierci. Czasem mówi się o "cudach Papieża", a nie o cudach za Jego wstawiennictwem. To błąd. Zgodnie z doktryna Kościoła, cudów dokonują nie święci, ale Bóg. Święci zaś, poprzez "świętych obcowanie", mają u Boga specjalne względy.

Kiedy ruszył proces beatyfikacyjny Jana Pawła II, świadectwa cudów zaczęły napływać z całego świata. Ludzie przysyłali opisy cudownych wydarzeń do biura postulatora i zostawiali je na grobie Ojca Świętego w Rzymie. Oszacowano, że liczba opisów łask doznanych za sprawą Sługi Bożego Jana Pawła II przekroczyła już 15 tysięcy (kwiecień 2011 r.).

 W: Jan Paweł II, nasz święty, Murator S.A., Warszawa 2011.

 

Papieżowi Janowi Pawłowi II już Świętemu dziękujemy

Mój wnuk Jakub N., lat 13 zachorował w środę po lekcjach w dniu 6 kwietnia 2005 roku - źle się czuł i w czwartek rano miał 37,5° temperatury i poszedł ze swoją mamą do lekarza. Lekarz rejonowy stwierdził infekcję wirusową, zapisał leki przeciwwirusowe i zalecił łóżko do poniedziałku. Wnuczek, aby nie zarazić siostry Martynki przyszedł leżeć do mnie czyli do babci ze strony ojca. Jeszcze w czwartek specjalnie dużo nie narzekał, raczej się tylko pokładał. W piątek rano 8 kwietnia 2005 r. był zaczerwieniony na twarzy i miał 38,2° temperatury, pomimo że dostawał lek APAP gorączka nie spadała dużo, a po 4 godzinach już było 39,2°. Zadzwoniłam do syna i synowej i zawiadomiłam o tej sytuacji. Pojechali z wnuczkiem o godz. 19.00 do lekarza rejonowego do domu, który stwierdził, że przy infekcji wirusowej taki stan może się utrzymywać 2-3 dni i leków nie zmienił, a dołożył jeszcze jeden, ale nie antybiotyk. Wszystko podawałam i siedziałam przy nim. W czasie pogrzebu Ojca Świętego Jana Pawła II leżał wnuk przodem do telewizora, oglądał pogrzeb. Opowiadałam mu o siostrze Faustynie, o Miłosierdziu Bożym, czytam wyjątki z książeczki „Miłosierdzie Boże nadzieją ludzkości", śpiewaliśmy po polsku Litanię do Wszystkich Świętych - łącząc się ze śpiewem włoskim. W momencie kiedy Włosi krzyczeli „Papież Święty, święty od zaraz", ja modliłam się: Święty Papieżu pomóż mojemu wnukowi i odmawiałam koronkę do Miłosierdzia Bożego oraz Litanię do Miłosierdzia Bożego. W nocy gorączka nie ustawała, co 4 godziny dostawał lek. Nad ranem zaczął wymiotować niewiele gęstą śluzowatą wydzieliną. Dałam mu zaraz lekko osoloną wodę, ale wypił tylko 3 łyżki i zasnął. Rano obudził się znów z wysoką gorączką, poszłam z nim do łazienki go obmyć, ale zaczął wymiotować bardzo gęstą śluzowatą wydzieliną, którą trzeba było rwać rękoma, bo sama nie mogła się wydobyć. Zauważyłam, że wnukowi zmienił się kolor skóry (i tu mnie coś natchnęło) i mówię do wnuka - proszę oddaj mocz i nie spłukuj, babcia zoba¬czy jak wygląda, był ciemnożółty. Dałam mu 3 szklanki lekkiej herbaty, zmusiłam do wypicia, żeby znów oddał mocz, który dziadek zaraz zaniósł do prywatnego laboratorium i poczekał na wynik. Laborantka dała wynik - aceton dodatni i poleciła skontaktować się z lekarzem. Sobota wolna, a lekarz rejonowy kazał

przywieźć do siebie wnuka dopiero o 19.00, a on był coraz gorszy. Zaczęliśmy dzwonić po lekarzach prywatnych, wszędzie cisza. Poszłam do sąsiadki, która podpowiedziała, żeby nie dzwonić, tylko jechać. Wspomnę jeszcze, że w piątek w dzień pogrzebu Papieża Jana Pawła II dziadek poszedł do katedry gnieźnieńskiej pomodlić się i zapalić świece, a rodzice Jakuba razem z jego siostrą Martynką też tam byli się modlić i zapalić świece. Syn z synową pojechali do prywatnego lekarza do domu, który przechodząc, zauważył wnuka w złym stanie, wziął go bez kolejki i dał skierowanie do Szpitala, stwierdzając zły stan zdrowia. Trafił wnuk Jakub do Szpitala, gdzie zaraz został objęty troskliwą opieką ze stwierdzeniem, że stan jest ciężki. Ja zaś w domu z mężem i małą wnuczką Martynką modliliśmy się za niego do Ojca Świętego zmarłego tak niedawno i szukaliśmy siły i pomocy. Wierzymy, że nam pomógł, dał siłę i pomoc i dziękujemy Mu za to jak i lekarzom. Papieżowi Janowi Pawłowi II już Świętemu dziękujemy za wstawiennictwo i nadal modlimy się i odmawiamy koronkę i Litanię do Bożego Miłosierdzia. A nasz Jakub ma się coraz lepiej, przychodzi do zdrowia, chociaż leczenie w Szpitalu będzie dłuższe, bo jest na tle alergicznym. Wiem jedno, że siła wyższa pokierowała mną tak, że zrobiliśmy to badanie, a dalej potoczyło się szybko. Ufna w Miłość papieża i Miłosierdzie Boże.

11.04.2005 r. (babcia Janina)

 

Podczas meczu…

25 stycznia 2005 r. mój wnuk Luka podczas gry lacrosse uległ wypadkowi. Neurochirurg zakomunikował nam, że Luka nie będzie mógł uprawiać żadnego sportu, każdy wysiłek fizyczny czy kontuzja może doprowadzić do paraliżu… Wiadomość ta była dla nas szokująca. Moja przyjaciółka Anne natychmiast zaczęła modlić się do Jana Pawła II, prosząc o Jego wstawiennictwo. Prosiliśmy, żeby Luka nie był sparaliżowany. Nie prosiliśmy o żaden zabieg, o żaden przeszczep, oddaliśmy dziecko po prostu w Jego ręce…

28 czerwca, dokładnie w dniu, w którym kiedy Watykan oficjalnie otworzył proces beatyfikacyjny Jana Pawła II, Luka miał wizytę specjalistyczną w dziecięcym szpitalu w Filadelfii. Wyniki badań wykazały, że Luka nie będzie sparaliżowany, a z biegiem czasu będzie mógł wrócić do normalnej aktywności fizycznej… Wierzymy i jesteśmy przekonani, że Luka został cudownie ocalony przez Jana Pawła II.

Deborah, Filadelfia, Pensylwania

 

Pojechaliśmy do Wadowic, do kościoła Ojca Świętego Jana Pawła II

W dniu pogrzebu Ojca Świętego Jana Pawła II mój syn Jacek zwrócił uwagę na lewą rękę, że nie może wyprostować palców, nie mógł również utrzymać sztućców przy jedzeniu. Ponieważ syn ciężko pracował (niedawno przyjął się do pracy) udaliśmy się do ortopedy. Lekarz ortopeda wysłał nas natychmiast do neurologa, który bardzo dokładnie zbadał syna i ogromnie zaniepokojony wysłał Jacka na badanie EEMG do kliniki w Katowicach na oddział neurologii.

Pojechaliśmy natychmiast na badanie EEMG (badanie przewodnictwa nerwów w kończynach górnych i dolnych). Wynik badania był bardzo zły. Postawiono rozpoznanie „neuropatia". Z tym rozpoznaniem Jacek został przyjęty na Oddział Neurologiczny w tejże Klinice.

Lekarz prowadzący poinformował, że teraz trzeba szukać przyczyny tej choroby i syn będzie poddany wielu badaniom. Syn został w szpitalu, a my całą rodziną modliliśmy się za Jacka w naszym domowym sanktuarium szensztackim. 13,06.2005 r. udaliśmy się na nabożeństwo fatimskie do naszego kościoła Najświętszego Serca Jezusowego. Ja bardzo gorąco modliłam się do Ojca Świętego Jana Pawła II, wpatrując się w Najświętszy Sakrament i prosiłam o cud uzdrowienia. Wtedy czułam tak, jak bym była w tym kościele sama ja i Przenajświętszy Sakrament, a przy nim nasz Ojciec Święty, dlatego zwróciłam się bezpośrednio do Niego o uzdrowienie Jacka. Po tygodniu, odwiedzając syna w szpitalu, pokazał mi rękę, która była coraz bardziej sprawna. A wyniki badań, które systematycznie przychodziły, były wszystkie dobre. Badanie EEMG, które było na początku takie fatalne, było prawidłowe.

Jacek został wypisany z Kliniki zdrowy! A lekarz prowadzący powiedział, że nie potrafią tego wytłumaczyć, gdyż jest to pierwszy przypadek, aby takie objawy same ustąpiły u pacjenta z takim rozpoznaniem. Wyniki wszystkie mamy w domu. Kiedy Jacek został wypisany pomyślałam nieśmiało, że nasze modlitwy zostały wysłuchane. Poszliśmy następnego 13.07.2005 r. podziękować za ten dar uzdrowienia.

Pojechaliśmy następnie do Wadowic, do kościoła Ojca Świętego Jana Pawła II, podziękować Jemu i Matce Bożej i Jezusowi w najświętszym Sakramencie.

Napisałam to świadectwo ponieważ jestem to winna Ojcu Świętemu i pragnęłabym przyczynić się do szybkiej Beatyfikacji Ojca Świętego Jana Pawła II.

25.10.2005 r. (mama Jacka)

 

Prosiłam w modlitwie naszego Papieża

Moja synowa Eugenia leżała w szpitalu po ciążkiej operacji nerek. Była w beznadziejnym stanie, że nie poznawała już nawet swoich najbliższych. Prosiłam więc w modlitwie naszego Papieża o Jego wstawiennictwo, by dobry Bóg i Matka Najświętsza uleczyli ją, ugasili gorączkę. Kiedy Eugenia się obudziła, na jej łóżku był położony obrazek z nazwiskiem księdza, który udzielił jej sakramentu chorych. Stan mojej synowej poprawił się, wsała. Niewytłumaczelne jednak wydaje mi się to, że przecież nikt nie wzywał tego kapłana. Syn mój nie należy do wierzących i sam był zdziwiony. Ja natomiast nie mam żadnych wątpliwości, że Matka Boska i jej Syn wysłuchali próśb Jana Pawła II i zadbali o to, by leczyli nie tylko ciało Eugenii, ale także jej ducha.

(teściowa N.N.)

 

Spotkanie z Papieżem odmieniło moje życie

Jestem studentem I roku teologii na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach, mam 22 lata, mieszkam w Łaziskach Górnych.

Od urodzenia mam sparaliżowane kończyny górne i dolne, poruszać się mogę jedynie za pomocą wózka inwalidzkiego. Kiedy miałem 6 lat, orzeczenie psychologa z poradni w Miłołowie skierowało mnie jedynie do szkoły życia. Moi rodzice zaczęli walczyć o możliwość mojej dalszej nauki, towarzysząc mi codziennie w drodze do szkoły, uczestnicząc w zajęciach.

Jako 12-latek w 1993 r. pojechałem na Pielgrzymkę Stowarzyszenia Osób Niepełnosprawnych "Białe Misie" do Rzymu. Rodziców nie było stać na taki wydatek, dlatego opiekę nade mną sprawowała p. dr Halina i wolontariusze Józefa z synem Jasiem. Musieli mnie przewijać, ubierać, myć, wnosić na rękach do autobusu lub popychać mój inwalidzki wózek. Moi rodzice wierzyli, że spotkanie z Papieżem, odmieni moje życie. Kiedy oczekiwaliśmy na Ojca Świętego w Bazylice św. Piotra, nagle zrobiło mi się słabo. Otrzymałem potrzebną pomoc i lekarstwa od pani doktor. Potem niewiele pamiętam, tylko przywiezione zdjęcia przypominają mi, że uścisnął mnie Ojciec Święty. Od tamtego czasu ukończyłem szkołę podstawową, zdałem maturę, zdobyłem Międzynarodowy Certyfikat Komputerowy i zapragnąłem pomagać takim ludziom jak ja.

Obecnie uczęszczam na Uniwersytet Śląski, gdzie znalazłem się w pierwszej szóstce studentów z dobrymi wynikami w nauce. W przyszłości pragne zostać katechetą dla niepełnosprawnych. To za sprawą Karola Wojtyły, który odmienił moje życie.

 Marcin, Łaziska Górne

 

Teraz modlę się, żeby Jan Paweł II został jak najszybciej świętym

Informuję, że otrzymałam łaskę uzdrowienia, modląc się przed obrazem Jana Pawła II. Na lewej części twarzy w okolicach skroni urósł mi duży guz, a na klatce piersiowej pojawiła się duża brodawka w kształcie sopla, która mi bardzo przeszkadzała. Przy ubieraniu oraz rozbieraniu bielizny zawsze zahaczyłam i leciała z niej krew.

Zaniepokojona tymi objawami udałam się do lekarza chirurga do przychodni w Zabrzu. Lekarz chirurg oświadczył, że nie może się podjąć zabiegu usunięcia guza, ponieważ to jest na twarzy i w czułym miejscu. Skierował mnie do chirurga plastycznego. 20.09.2005 r. udałam się do Specjalistycznej Przychodni Chirurgii Plastycznej. Lekarz chirurg orzekł, że musi być przeprowadzona operacja i wyznaczył termin na 13.02.2006 r. A brodawkę będzie wypalał laserem w późniejszym terminie. Zapytałam lekarza dlaczego tak długo muszę czekać na operację, odpowiedział że takie są długie terminy. Przed operacją miałam się zaszczepić przeciw żółtaczce 3 razy. Bardzo się tym wszystkim zmartwiłam.

W domu, siedząc na wersalce, na przeciwko na meblościance wisiał obraz Jana Pawła II. Patrząc na obraz, często się modliłam. Po dwóch tygodniach ku mojemu zaskoczeniu guz na twarzy oraz brodawka na klatce piersiowej całkowicie zniknęły. Dołączam oryginalne skierowanie na operację oraz na szczepienie, które nie jest mi potrzebne. Bardzo cieszę się, że modląc się przed obrazem Jana Pawła II, otrzymałam łaskę uzdrowienia. Teraz modlę się, żeby Jan Paweł II został jak najszybciej świętym.

1.02.2006 r. (Halina)

 

To cud nie do opisania

Doniesienie do Stolicy Apostolskiej o cudownej łasce przywrócenia życia za przyczyną Sługi Bożego Jana Pawła II. W naszej rodzinie kolejny cud łaski uzdrowienia za przyczyną Ojca Świętego, Sługi Bożego Jana Pawła II Grzegorzowi N., l. 63 bratu naszemu nie było dane już żyć po ciężkiej operacji głowy - tętniaka wielkiego mózgu. Operacja była bardzo skomplikowana - trwała od godzin przedpołudniowych do 15.30 (w połowie marca się odbyła). Lekarze nie chcieli rozmawiać z rodziną na temat tej operacji, gdyż nie mieli nadziei na życie. Ledwie zaczynał dawać oznaki życia późno w nocy tego samego dnia po operacji, nastąpiła przerwa w oddychaniu i nastąpiła śmierć kliniczna. Włączono respirator i po paru dniach rurkę tracheotomii. Bez żadnych oznak życia był 2,5 doby. Lecz po tygodniu zapalenie płuc stwierdzono i wystąpiła temperatura. Po dwóch tygodniach otworzył pierwszy raz oczy. Wówczas próbowano go karmić lekką potrawą, nie było odruchu połykania, ciągle wydobywała się ślina, stąd zadurzało brata dosłownie, a tu ani milimetra się poruszyć - zupełny bezwład - wówczas tracheotomia i nagła ulga w oddychaniu.

Na wyłącznym odżywianiu kroplówkami był 4 tygodnie, potem próbowano karmić, ale nie było mu dane żadnej możliwości połykania. Oczywiście pampersy i smutny stan przez 2 miesiące. Po 6 tygodniach usunięto rurkę z gardła i wcześniej nieco respirator, sporo się poprawiło wszystko.

Za przyczyną Wszechmogącego Ojca i Matki Najświętszej, bo przecież głowa brata Grzegorza pocięta była doszczętnie i czaszka po skomplikowanym miejscu rozległy był tętniak, kiedy wcześniej stracił przytomność, będąc w Krakowie, a po całej Polsce jeździł, bo miał pracę umysłową, będąc programistą komputerowym i stąd nadwyrężenie umysłu.

W tej chwili od tygodnia przebywa w szpitalu rehabilitacyjnym w Miluszowicach - 20 km. od Katowic, gdyż zamieszkuje w Katowicach.

Pozostała mu niedowładna cała lewa strona łącznie z twarzą, lecz już sam je, umie podnieść się z łóżka i stanąć na zdrowej nodze, dawno pozbył się pampersów. Taki to cud nie do opisania. Kiedy był w stanie agonii po operacji, od samego początku modlę się za Grzegorza modlitwą o Beatyfikację Ojca Świętego Jana Pawła II za przyczyną Jego wstawiennictwa u Najświętszej Maryi Panny i Pana Jezusa. Upewniona jestem, że za przyczyną Sługi Bożego Jana Pawła II łaska życia została dana Grzegorzowi. Codziennie od czasu operacji odmawiałam modlitwę o Beatyfikację Sługi Bożego Jana Pawła II.

26.06.2006 r. (N.N. rodzona siostra uzdrowionego z Gdyni, któremu Pan raczył przywrócić życie)

 

 

Uratowałeś życie

Dziękuję Panu Bogu za uratowanie życia i dar cudownego uzdrowienia mojego męża Mariusza. Rok temu uległ on wypadkowi samochodowemu, w wyniku którego doznał obrażeń wielu narządów (stłuczenia mózgu, złamania lewej kości łokciowej, zwichnięcia prawego nadgarstka). Był wentylowany mechanicznie i leżał nieprzytomny. W 15. dobie odłączono mu respirator, a w 26. usunięto rurkę tracheotomijną. Modliłam się o zdrowie męża z dziećmi, z całą rodziną, z sąsiadami i znajomymi przez wstawiennictwo Jana Pawła II.

I tak powoli mój mąż wracał do zdrowia. 16. sierpnia nastąpiło wybudzenie, 25 sierpnia pierwsze siedzenie, próba jedzenia i po kilku dniach nauka chodzenia. Tydzień później Mariusz wypowiedział pierwsze słowa. A w październiku wyszedł ze szpitala o własnych siłach. Dla nas jest to „cud” i wielka radość.

Bernadetta

 

Uratowałeś życie naszemu synowi

Wydawało się, że nasze życie powoli wróci do normy, ale w kwietniu 2004 roku zdjęcia RTG ujawniły przerzut do płuc.

Jesteśmy zwykłą katolicką rodziną, jest nas pięcioro: żona, ja i trójka kochanych dzieci: 15-letni bliźniacy i rok młodsza córka. Mieszkamy koło Bielsko-Białej i Żywca. Pisząc to świadectwo, jestem z jednym z moich synów D. w Warszawie na oddziale onkologii w Centrum Zdrowia Dziecka. Jutro wracamy do domu po jego długiej chorobie. Oto nasza historia...

28 kwietnia 2003 r. po dokładnych badaniach syna postawiono mu pierwszą diagnozę... tzw. guz nerki Wilmsa, dużych rozmiarów i nieoperacyjny. Zostaliśmy skierowani do Centrum Zdrowia Matki i Dziecka w Katowicach-Ligocie; zaczęło się leczenie chemioterapią, które pozwoliło doprowadzić do, jak się później okazało, pierwszej operacji, podczas której usunięto guza razem z nerką. Chemioterapia, potem radioterapia; badania histopatologiczne wykazały guza złośliwego IV stopnia. Leczenie trwało do maja 2003 roku.

Wydawało się, że nasze życie powoli wróci do normy, ale w kwietnia 2004 roku zjęcia RTG ujawniły przerzut do płuc. Kolejna chemioterapia, powikłania, operacja płuc - niestety nieudana... Kolejny szpital, kolejny oddział... Wynik badania wycinka wykazał znowu guza złośliwego. Nerka naszego synka, osłabiona leczeniem, coraz gorzej pracowała, wyniki prześwietleń na szczęście były zadowalające i lekarze odstąpili od zaplanowanych wcześniej dwóch ostatnich cykli chemioterapii. Był luty 2005 roku. Zapanowaliśmy wakacje, ale jeździliśmy na comiesięczne kontrole. W lipcu pojawiła się kolejny przerzut, tym razem do śródpiersia. Guz rozpanoszył się na dobre i zaczął gwałtownie rosnąć. Plany wakacyjne i normalne życie przestały istnieć. Na 8 sierpnia zaplanowano biopsję ze śródpiersia, która miała pomóc w zaplanowaniu dalszego leczenia. Zabieg miał się odbyć około południa, niestety guz rósł w takim tempie, że stan stał się krytyczny.Syn nasz miał kłopoty z oddychaniem, zabieg przekształcił się w operację trwającą cztery godziny... D. przestał jeść, chodzić. Karmiony był tylko workiem żywieniowym z kroplówki, a guz osiągnął wymiary 10/14 centymetrów. Na próbę nowoczesnej chemii ze StanówZjednoczonych organizm D. zareagował silnym wstrząsem...

Cały czas opisuję tylko sprawy medyczne, nie wspomniałem nic o wierze i modlitwie. Jaka ona była? Być może za słaba, bez przekonania albo za mało ufna. Modliliśmy sie w wielu miejscach i wiem, że wielu ludzi modliło się za D. i za nas. Chciałbym wspomnieć ks. dziekana Stanisława z parafii w Buczkowicach i ks. prob. Kazimierza z rektoratu w Kalnej. Być może ta modlitwa i częste sny o ukochanym Ojcu Świętym Janie Pawle II pozwoliły nam z wielką wiarą podjąć decyzję o pielgrzymce do grobu naszego Papieża.

Pomimo że D. jakby pogodził się ze swoim losem, bo powtarzał, że chce spokojnie umrzeć i spotkać się ze zmarłym kilka lat temu dziadkiem, na naszą propozycję wyjazdu do Rzymu odpowiedział: "Ale ja nie mam tyle wiary". Przekonaliśmy go, że właśnie po nią musi tam pojechać.

Rozpoczęliśmy gorączkowe przygotowania do wyjazdu. D. jechał, leżąc, gdyż siedzenie było dla niego za trudne. Zatrzymaliśmy się w Padwie u Świętego Antoniego i ruszyliśmy dalej do Rzymu.

Przy grobie Papieża byliśmy o 17.40, tuż przed zamknięciem. Było pustawo i mieliśmy możliwość uklęknąć i dłużej się pomodlić. Oboje z żoną stwierdziliśmy później, że była to modlitwa inna niż do tej pory. Prosiliśmy naszego Ojca Świętego o wstawiennictwo u Boga, o cud uzdrowienia D., ale pierwszy raz w życiu potrafiliśmy z wiarą i ufnością powiedzieć Bogu Ojcu: "Bądź wola Twoja"... Poczuliśmy się jakoś dziwnie; nie potrafię tego opisać. Coś się w nas stało, przeniknęła nas jakas dziwna siła ciepła, ufności i niespotykanego spokoju i, co najważniejsze, pozostała ona do dziś. W naszym domu pojawiła się codzienna modlitwa, a w naszych rękach często różaniec.

Z bazyliki wracaliśmy jacyś inni, dziękowaliśmy Bogu za to, że mogliśmy się tak modlić. Następnego dnia rano, po śniadamiu pojechaliśmy jeszcze raz na grób naszego Ojca Świętego. Nie wiedzieliśmy, jak się modlić, więc i prosiliśmy, i dziękowaliśmy. Potem zwiedzaliśmy Rzym i nasz syn chodził razem z nami o własnych siłach!

5 września stawiliśmy się w Centrum Zdrowia na zaplanowaną chemioterapię. D. zameldował się w szpitalu uśmiechnięty, opalony i na własnych nogach. Wykonano prześwietlenie i tu stała się rzecz nieprawdopodobna. Wynik brzmiał:

Guz prawie w całości wchłonięty! Jutro wracamy do domu po skończonej chemioterapii i planujemy wrócić na grób Jana Pawła II, by wyrazić naszą niewypowiedzianą wdzięczność za uratowania życia naszemu synowi i za wiarę!

Lucyna i Mirosław

W: Świadectwa cudów Jana Pawła II, Warszawa 2011.

 

Uwolnił mnie z samotności

Wiem, że moje świadectwo to tylko kropla w oceanie, ale dla mnie jest ważne, aby przedstawić fakt, że Jan Paweł II uwolnił mnie z despracji, samotności i strachu i pomógł mi odpowiedzieć na głos Pana.

Nigdy nie spotkałem się z Janem Pawłe II, mimo to był zawsze obecny w moim życiu. Każde Jego słowo rozbrzmiewa w moim sercu, modlę się do Niego codziennie, aby mnie prowadził. Czuję Jego obecność; wiem, że czuwa nade mną, że żyje wśród nas. Kiedy byłem młodszy, popadłem w depresję.

Nie mylę Karola Wojtyły z Panem Bogiem! Dla nas, młodych, był przewodnikiem i ojcem. Obdarzył nas zaufaniem i za to Go kochamy. Kiedy inni narzekali na młodzież, On otaczał nas swoim optymizmem!

 Astrid, Francja

W: Wielka Księga Cudów Jana Pawła II, Kraków 2010.

 

Uzdrowienia z Polski

Pośród przypadków uzdrowień za wstawiennictwem Papieża są również liczne dotyczące mieszkańców Polski. Jednym z nich jest sprawa Wojtka Rudnickiego z Borowej w Małopolsce. Wojtek w wieku 10 lat zachorował na raka. Przez rok leżał w szpitalu, lekarze walczyli o jego życie. Chłopiec i jego rodzice wytrwale modlili się o zdrowie za wstawiennictwem Jana Pawła II. I stal się cud - chłopiec całkowicie wyzdrowiał.

Inny głośny cud wydarzył się w Częstochowie. Kobieta, oczekująca przyjścia na świat trzeciego dziecka, została poinformowana przez lekarzy, że mająca się urodzić dziewczynka cierpi na hipertrofię asymetryczną: nie ma nerek ani pęcherza i w związku z tym nie będzie mogłą żyć poza organizmem matki. Kobieta modliła się o życia dla córki i kładąc na brzuchu obrazek z Janem Pawłem II, prosiła Papieża o wstawiennictwo. Po porodzie okazało się, że malutka Gloria Maria, bo takie nadano jej imiona, wbrew temu, na co wskazywał obraz z USG, ma pęcherz i nerkę, dzięki czemu będzie mogła samodzielnie żyć. Mimo bardzo niskiej wagi urodzeniowej, dziecko przeżyło i rozwija się normalnie. Ten przypadek jako spełniający wszelkie wymogi konieczne dla dowiedzenia cudu została włączony do dokumentów beatyfikacyjnych.

W: Jan Paweł II, nasz święty, Warszawa 2011.

 

Uzdrowienie w Baku

Od lat pracuję na statku, który ma swój port macierzysty w Baku. Utrzymuję przyjacielskie relacje z wieloma Azerami. W wolnych chwilach rozmawiamy na różne tematy, niedawno dotknęliśmy tematu naszego Papieża Karola Wojtyły. Podjął go właśnie Azer, mój zastępca, starszy mechanik Ali Alekperov. Stwierdził, że nasz Papież uzdrowił jego ojca.

Miało to miejsce podczas wizyty Ojca Świętego trzy lata temu w Baku, kiedy spotkał się z chrześcijańskimi mieszkańcami w hali sportowej stadionu. Pan Ashum jest sędziwym człowiekiem i przeżył w ostatnich latach dwa wylewy, wywołujące okresowe paraliże. Poruszał się z dużym trudem o lasce i z pomocą opiekunów. W takim stanie przybył na owo spotkanie. Nasz Papież w tym czasie również poruszał się z widocznym trudem i w trakcie spotkania pozostawała właściwie cały czas w przygotowanym dla niego fotelu.

Po wygłoszeniu homilii wzrok Ojca Świętego padł właśnie na siedzącego skromnie z laską na krześle w pierwszym rzędzie Ashuma. Jan Paweł II zwrócił na niego uwagę i uczynił gest przyzywający go do siebie. W pierwszym momencie Ashum sądził, że chodzi o kogoś, kto stoi za nim. Rozglądnął się wokół, ale wszyscy wskazywali, że to on ma podejść do Papieża. Podszedł niepewnie i jako pierwszy przyjął z rąk Dostojnego Gościa Komunię Świętą. Przeżył to mocno. Od razu poczuł przypływ sił. Potem z przekonaniem stwierdził, że doznał uzdrowienia... Najlepszym tego potwierdzeniem jest fakt, że ten przygnębiony, niemający przedtem wielkiej nadziei na swą przyszłość, stary i chory człowiek nabrał chęci do życia.

Obecnie porusza się ze sprawnością, a laskę bierze ze sobą tylko za wszelki wypadek. Jest głęboko przekonany o tym, że Jan Paweł II przywrócił go do życia. Przekonani o tym są także jego rodzina i znajomi. Powyższą relację przekazał mi Ali Alekperov - obywatel Azerbejdżanu, starszy mechanik na statku "Gultekin Askerova" i po przetłumaczeniu list podpisał.

Marek Wiewiórkowski, Morze Kaspijskie

W: Wielka Księga Cudów Jana Pawła II, Kraków 2010.

 

Uzdrowienie zakonnicy

Wyselekcjonowano ponad 230 przypadków uzdrowień dobrze udokumentowanych, takich, które ewentualnie można by udowodnić. Spośród nich wybrano jeden, ponieważ jeden wystarczy. Do beatyfikacji Jana Pawła II posłużył niewytłumaczalny medycznie przypadek nagłego ustąpienia objawów choroby Parkinsona u francuskiej zakonnicy. Siostra Marie Simon Pierre ze Zgromadzenia Małych Sióstr Macierzyństwa Katolickiego miała tę samą chorobę, co zmarły Papież.

Kobieta bardzo cierpiała. Zmiany neurologiczne wywołane chorobą Parkinsona sprawiły, że niesprawna stała się lewa strona jej ciała. Drżenie, sztywnienie, ból i bezsenność stały się jej codziennością. Chorobę, która zresztą postępowała w przypadku siostry Marie Simon Pierre bardzo szybko, zdiagnozowano w czerwcu 2001 roku. Stan siostry znaczenie pogorszył się po śmierci Jana Pawła II, którą bardzo przeżyła. Modliła się o zdrowie za Jego wstawiennictwem dwa miesiące po Jego śmierci. W zanoszeniu do Boga próśb o zdrowie wspierały zakonnicę także inne siostry, członkinie jej zgromadzenia. Objawy choroby ustąpiły nagle i już nie powróciły. Siostra Marie Simon Pierre relacjonowała uzdrowienie słowami: "Poczułam się tak, jak gdybym narodziła się po raz drugi. NIc nie jest takie, jak przedtem. Odczułam wewnętrzny pokój, coś wstrząsnęło całym moim ciałem, czułam się tak bardzo lekka, inna, całkowicie odmieniona". Całkowite wyzdrowienie, niewytłumaczalne z punktu widzenia nauk medycznych, potwierdził specjalista neurolog leczacy zakonnicę i niezależni biegli. Dzisiaj kobieta jest zupełnie zdrowa. Zniknęły nie tylko objawy, ale i ich przyczyna.

W: Jan Paweł II, nasz święty, Murator S.A., Warszawa 2011.

 

W dniu śmierci Papieża bóle przybrały na sile

W marcu 2005 roku zachorowałam na zapalenie korzonków nerwowych kręgosłupa krzyżowo-lędźwiowych. Podobne dolegliwości występowały u mnie 14 lat temu i leczyłam się 2,5 miesiąca. Tym razem dolegliwości utrzymywały się już 2 tygodnie - było to w czasie choroby Jana Pawła II, więc starałam się swoje cierpienia ofiarować za Niego. W dniu śmierci Papieża bóle kręgosłupa i nogi przybrały na sile, nie mogłam spać ani chodzić. Gdy Jan Paweł II odszedł do Pana, ból był bardzo silny i nie ustępował. Ok. 23.30 pomyślałam, że wezwę karetkę pogotowia, to może podadzą mi zastrzyk przeciwbólowy, bo już nie mogłam sobie poradzić. Zaczęłam prosić Boga za przyczyną już zmarłego Jana Pawła II. Mówiłam dosłownie te słowa. Kochany Ojcze Święty, jesteś już u Pana, to wstaw się za mną bo tak cierpię, wcześniej ofiarowałam za Ciebie te cierpienia... Po paru minutach poczułam, że noga mi znieruchomiała, a następnie poczułam w niej ciepło. Krótko potem wszystko ustało. Poczułam się zdrowa, płakałam ze szczęścia, dziękowałam Bogu... Jestem lekarzem, więc mam świadomość swojej choroby, ale dolegliwości nie powróciły do tej pory.

(Krystyna)

 

Wiem, że nasz Ojciec Święty czuwa nad nami

Odpowiadając na apel, aby zgłaszać cuda za przyczyną naszego umiłowanego Ojca Świętego Jan Pawła II, pragnę opisać może cud, może wstawiennictwo naszego Orędownika w niebie. Otóż w dzień rocznicy komunii świętej mojej wnuczki, okazało się, że jej matka, a moja córka, rozchorowała się.

Najpierw rozbolały ją wszystkie kości i było jej bardzo zimno, a następnie wystąpiła bardzo wysoko temperatura około 40°C. Ubraliśmy dziecko na te uroczystość i wszyscy udali się do kościoła na Mszę św. Ja zostałam z chorą.

Nie wiedziałam, co robić, chciałam wezwać pogotowie, ale córka nie chciała Wtedy przyszedł mi na myśl pomysł, aby modlić się i prosić Ojca Świętego o ratunek. Modliłam się po prostu do Niego i po 30 może 40 minutach, temperatura spadła.

Córka była jeszcze osłabiona, ale temperatura się już nie podnosiła. Ja po prostu wiem, że Ojciec Święty czuwa nad nami i wyprasza nam łaski, dlatego zawsze modlę się za Niego i do Niego, i o szybką Jego beatyfikację. Dziękuję Bogu za cały jego Pontyfikat.

(Danuta)

Wstaw się za mną, bo cierpię

W marcu 2005 r. zachorowałam na zapalenie korzonków nerwowych kręgosłupa krzyżowo-lędźwiowego. Podobne dolegliwości występowały u mnie 14 lat temu i leczyłam się 2,5 miesiąca. Tym razem dolegliwości utrzymywały się już 2 tygodnie - było to w czasie choroby Jana Pawła II, więc starałam się swoje cierpienie ofiarować za Niego. W dniu śmierci Papieża bóle kręgosłupa i nóg przybrały na sile, nie mogłam spać ani chodzić. Gdy Jan Paweł II odszedł do Pana, ból był bardzo silny i nie ustępował. Około 23.20 pomyślałam, że wezwę karetkę pogotowia, to może podadzą mi zastrzyk przeciwbólowy, bo już nie mogłam sobie poradzić. Zaczęłam prosić Boga za przyczyną już zmarłego Jana Pawła II. Mówiłam dosłownie te słowa: "Kochany Ojcze Święty, jesteś już u Pana, to wstaw się za mną, bo tak cierpię, wcześniej ofiarowałam za Ciebie te cierpienia". Po paru minutach poczułam, że noga mi znieruchomiała, a następnie poczułam w niej ciepło. Krótko potem wszystko ustało. Poczułam się zdrowa, płakałam ze szczęścia, dziękowałam Bogu... Jestem lekarzem, więc mam świadomość swojej choroby, ale dolegliwości nie powróciły do tej pory.

Krystyna

Świadectwo pochodzi z "Wielkiej Księgi Cudów Jana Pawła II".

 

Wysłuchał takiej grzesznicy, jaką ja jestem

W lutym zeszłego roku mój chłopak i ja zachorowaliśmy na grypę. I on, i ja przez kilka dni leżeliśmy w łóżku. Mój ojciec przynosił nam lekarstwa i dawał zastrzyki. Dzień po dniu twarz mojego taty była coraz bledsza; początkowo sądziłam, że to efekt światła w kuchni. Któregoś ranka mój tato zrobił się wręcz żółty. W szpitalu okazało się, że … ma raka.

Zaczął się długi i trudny okres kuracji medycznej, cierpienia i bólu. Stan mojego taty pogarszał się. W szpitalu dochodziły do nas głosy lekarzy, że już nic nie można zrobić. Tato schudł 15 kilogramów, ale chociaż zostały z niego tylko skóra i kości, jego charakter się nie zmienił. Mój tato jest cudowną osobą, jego wiara pomagała mu kroczyć naprzód. Nie narzekał i nie chciał, abyśmy się o niego martwili. Moja rodzina przygotowywała się na najgorsze, ja jednak nie poddawałam się. Pojawiła się propozycja operacji, ale i ona nie dawała dużych nadziei. Tato z pokorą zgadzał się na nowe rozwiązania lekarzy. Protezę, którą mu założono z czasem trzeba było wymienić. Któregoś ranka lekarze poinformowali nas, że organizm taty nie toleruje nowej protezy… Proteza ta, była ostatnią nadzieją na przedłużenie jego życia. Byliśmy rozczarowani.

Był to dzień pochmurny, zimny i deszczowy, listopad 2005 r. W niedzielę rano wraz z moim chłopakiem, nikomu nic nie mówiąc, o godzinie 5.00 rano, wsiadłam w Nowarze do pociągu. Postanowiliśmy udać się na pielgrzymkę do Rzymu, do grobu Jana Pawła II i prosić Go o pomoc. Powróciliśmy do domu po północy.

Po kilku dniach tato odzyskał siły i przybrał na wadze. Mijały miesiące. Dzisiaj czuje się dobrze i najważniejsze: jest ciągle wśród nas! Często modlimy się razem, my za niego, on modli się za nas. Nie wie i nigdy się nie dowie o naszej pielgrzymce.

Dziękuję Bogu, że wysłuchał próśb takiej grzesznicy, jaką ja jestem.

Annunziata, Włochy

 

Z nieba widzi, jak bardzo mi pomógł

Jestem studentką czwartego roku Akademii Ekonomicznej w Krakowie. W czerwcu 2004 r. przeprowadzone badania węzłów chłonnych wykazały ziarnicę złośliwą. Moi rodzice napisali list do Ojca Świętego Jana Pawła II z prośbą o modlitwę w mojej intencji. Już we wrześniu otrzymaliśmy odpowiedź od księdza arcybiskupa Dziwisza, że Ojciec Święty modli się za mnie, odprawi Mszę Świętą, poleca mnie opiece Matce Najświętszej Uzdrowienia Chorych. Ksiądz arcybiskup do listu dołączył różaniec. W październiku rozpoczęłam cykl chemioterapii, zakończony w lutym br. Natomiast od marca do kwietnia poddałam się napromienianiu w centrum onkologii. Duchowe wsparcie Ojca Świętego w czasie mojej choroby napełniało mnie głęboką ufnością w miłosierdzie Pana Jezusa. Ta głęboka ufność pozwoliła mi przetrwać ciężkie chwile w wytrwałości i nadziei. To właśnie dzięki modlitwie Ojca Świętego tak dobrze zniosłam leczenie. Ostateczny pozytywny wynik badania napełnił mnie i moją rodzinę radością, której nie jestem w stanie opisać... Żałuję, że nie zdążyłam podziękować Ojcu Świętemu zaraz po zakończeniu całego leczenia. Głęboko wierzę jednak, że On, będąc teraz w Niebie, wie, jak bardzo mi pomógł i razem ze mną cieszy się moim szczęściem.

Świadectwo pochodzi z "Wielkiej Księgi Cudów Jana Pawła II".

 

Zaczęliśmy szturmować niebo

Pragnę złożyć świadectwo uzdrowienia mojej córki Magdaleny za wstawiennictwem Sługi Bożego Jana Pawła II. Moja córka Magdalena urodziła trzy córeczki: Julię 4,5 lat, Weronikę 3 lata i Anię 8 miesięcy. Po urodzeniu Ani źle się poczuła, bardzo ją bolało u dołu brzucha. Poszła do lekarza ginekologa i lekarz stwierdziła, że jest powiększony jajnik i to źle wygląda, zaleciła zastrzyki, ale córkę nadal bolało.

Ja i cała rodzina zaczęliśmy szturmować niebo za wstawiennictwem Jana Pawła II. Po trzech tygodniach poszła do kontroli, a lekarz stwierdziła, że trzeba usunąć jajnik, ponieważ nie ma poprawy. My nadal modliliśmy się, a ja przyrzekałam dać świadectwo uzdrowienia. Tak, zaufałam Bogu i już trzy dni przed pójściem na kontrolę mojej córki dziękowałam Bogu za wysłuchanie wstawienniczej prośby Sługi Bożego Jana Pawła II.

Gdy córka poszła do lekarza, lekarz stwierdziła, że jest wszystko w porządku i dziwiła się, nie wie jak się to stało. Powiedziała, że usuwać nie będziemy, gdyż jest wszystko w porządku. Dziękuję Bogu Wszechmogącemu, Matce Najświętszej i Słudze Bożemu Janowi Pawłowi II za uzdrowienie mojej córki Magdaleny.

30.06.2006 r (matka Jadwiga)

 

Został cudownie ocalony

25 stycznia 2005 mój wnuk Lukę podczas gry lacrosse uległ wypadkowi. Neurochirurg zakomunikował nam, że Luka nie będzie mógł uprawiać żadnego sportu, każdy wysiłek fizyczny, czy kontuzja może doprowadzić do paraliżu. Wiadomość ta była szokująca. Moja przyjaciółka M. Annę natychmiast zaczęła modlić się do Jana Pawła II, prosząc o Jego wstawiennictwo. Prosiliśmy, żeby Luka nie był sparaliżowany. Nie prosiliśmy o żaden zabieg, o żaden przeszczep, oddaliśmy dziecko po prostu w Jego ręce. 28 czerwca, dokładnie w dzień kiedy Watykan oficjalnie otworzył Proces Beatyfikacyjny Jana Pawła II, Luka miał wizytę specjalistyczną w dziecięcym szpitalu w Filadelfii. Wyniki badań wykazały, że Luka nie będzie sparaliżowany, a z biegiem czasu będzie mógł wrócić do normalnej aktywności fizycznej. Wierzymy i jesteśmy przekonani, że Luka został cudownie ocalony przez Jana Pawła II.

(dziadek N.N. Filadelfia, USA)

 

Łaską tą jest ulga w wielkim cierpieniu

W związku z ogłoszeniem beatyfikacji naszego zmarłego, umiłowanego Ojca Świętego Jana Pawła II, pragnę powiadomić o otrzymanej łasce za pośrednictwem Jana Pawła II, który jest w niebie. Łaską tą jest ulga w wielkim cierpieniu, to jest bólu rąk i nóg, szczególnie w nocy. Od 10 lat jestem po udarze mózgu i nie mogę chodzić. Jestem sparaliżowana.

Podczas modlitwy przyszła mi myśl, aby zwrócić się z prośbą o pomoc do zmarłego Ojca Świętego i tak uczyniłam. Za chwilę ból ustąpił i zrobiło mi się ciepło, a mnie popłynęły ze szczęścia łzy. Tak jest podczas każdego ataku bólu.

Lipiec 2005 r. (Stanisława)