ŻYCIORYS KAROLA

Narodziny

Był 18 maja 1920 roku. (...) Polska po przeszłostuletniej niewoli niedawno odzyskala niepodleglosc (...) W tym samym czasie w Wadowicach, tak jak z cala pewnoscia w wielu innych polskich miejscowosciach, w mieszkaniu panstwa Wojtylow, ktorego okna wychodzily na kosciol parafialny, urodzilo sie dziecko.

(...)Gdy nastąpiły bóle porodowe – w tamtych czasach kobiety rodziły w domu – mama Emilia, usłyszawszy dzwony nawołujące na nabożeństwo majowe, poprosiła akuszerkę, aby otworzyła okna na oścież. Wkrótce potem wydała na świat Karola Józefa: Karol – ponieważ takie imię nosił ojciec niemowlęcia, a Józef- tak jak Franciszek Józef, cesarz Austro-Węgier, w którego wojsku kiedyś pan Wojtyła służył. (...) Państwo Wojtyłowie zamieszkiwali skromne mieszkanie pod numerem dugim na ulicy Kościelnej; kamienica należała do pana Bałamutha, Zyda, który posiadał także sklepik z rowerami i motocyklami, mieszczący się przy samym ryku. Z dziedzińca wychodziło się na górę. Na pierwszym piętrze znajdował się długi balkon z drzwiami wejściowymi, przy których wmurowana była mała kropielnica z majoliki; za drzwiami kuchnia, sypalnia i pokój dzienny. Wokól masa książek, a na ścianach fotografie i wizerunki świętych.

Pani Emilia utrzymywała wszystko w należytym porządku. Była kobietą drobej postury, pełną wdzięku, o czarnych oczach rzucających głębokie, żywe i często ironiczne spojrzenia. Pomimo wątłego zdrowia zajmowała się wyszywaniem – niegdyż wyuczonym fachem, aby uzupełnić skromny budżet domowy.

Karol dorastał w pogodnym i spokojnym otoczeniu, przesyconym akcentami religijnymi i patriotycznymi. (...) Minęły lata, Karol poszedł do szkoły. (...) Aż przyszedł tamten straszny dzień. Karol wrócił ze szkoły; sąsiadka przytuliła go do siebi, szepcząc boleśnie: “Twoja mama poszła do nieba”. Spojrzał na nią bardziej zaskoczony niż zrozpaczony, jak gdyby mówiła o jakiejś innej mamie, nie jego. Ostatnimi czasy rzadko ją widywał, była bardzo chora. A jednak nie wierzył, nie chciał uwierzyć, że odeszła na zawsze Miał zaledwie dziewięć lat. Dopiero z czasem zaczął dotkliwie odczuwać brak matki i mówić o niej.

„Historia Karola”, Gian Franco Svidercovschi Wydawnictwo „M”, 2002

Tlumaczyła: Lucyna Rodziewicz

 

        Lolek z ojcem

W wieku dwunastu lat Lolek zostaje sam z ojcem, który będzie troskliwym rodzicem, przyjacielem i powiernikiem. Po wyborze na papieża najstarsi sąsiedzi opowiedzą dziennikarzom, iż pamiętają jeszcze Wojtyłów - ojca i syna – jak szli razem, pod rękę, udając się na obiad do zajazdu, kilka kroków od domu, albo jak spacerowali. To ojciec nauczył go współczucia, jak sam napisze później w autobiograficznej książce Dar i Tajemnica: „Bywało, że budziłem się w nocy i widziałem mojego ojca na klęczkach”. Po śmierci żony Emilii ojciec Karol zabiera dwójkę dzieci na pielgrzymkę do Sanktuarium w Kalwarii Zebrzydowskiej, niedaleko Wadowic. Tam ksiądz Karol będzie wielokrotnie powracał, zawsze, kiedy będzie zmuszony podjąć jakieś ważne decyzje. Tam też udaje się w wigilię konklawe, które wybierze go na papieża. Na jesieni rok 1926, w wieku sześciu lat Karol Wojtyła zaczyna naukę w szkole podstawowej, a w 1930 przyjęty zostaje do gimnazjum im. „Marcina Wadowity”. – Lolek – powie Jerzy Kluger – był wyjątkowym chłopcem. Najlepszy w klasie, w teatrze, najlepszy we wszystkim. Gdyby zaczął pracować w General Motors, zostałby prezesem.

Niemalże każdego ranka, przed szkołą, wstępuje do kościoła, aby uczestniczyć we mszy odprawianej przez proboszcza, ojca Edwarda Zachera, który w czerwcu 1979, już jako osiemdziesięciocztero-latek przyjmie Papieża w Wadowicach. Chodzi także do klasztoru Ojców Karmelitów, na tyłach Rynku. Tam poznaje ojca Józefa Prusa, kierownika duchowego. Duchowość karmelitańska fascynuje go. Już jako ksiądz, wielokrotnie i bezskutecznie będzie prosił kardynała Stefana Adama Sapiehę o pozwolenie na wstąpienie do klasztoru. 4 maja 1938 roku Lolek zdaje maturę z następującymi ocenami: celujący z zachowania, religii, języka polskie, łaciny, greki, niemieckiego, matematyki, filozofii, wychowania fizycznego; dobry z historii, fizyki i chemii. Jeszcze w tym samym miesiącu przystępuje do bierzmowania. Podczas uroczystości ma za zadanie przywitać kardynała Sapiehę, którego uderzają słowa chłopca, dlatego pyta: „Czy nigdy nie myślałeś o tym, żeby zostać kapłanem?” A oto spokojna odpowiedź Wojtyły: „Nie, pragnę studiować polonistykę na uniwersytecie”.

W gimnazjum zrodziła się inna pasja: teatr. Po raz pierwszy występuje w wieku 14 lat: są to kolaże piosenek patriotycznych, deklamowane w szkolnym teatrze i w parku w Wadowicach. Recytacja poematu filozoficznego Promethidion Cypriana Norwida przynosi mu drugie miejsce w konkursie teatralnym. Występuje razem z kolegami i koleżankami ze szkoły, w szczególności z Ginką Beer i z Haliną Królikiewicz: Ginka, żydowska przyjaciółka, która razem z rodziną ucieknie z Wadowic, aby uniknąć eksterminacji, a Halina, która stanie się profesjonalną aktorką, będzie wielką postacią polskiej sceny. Niektórzy ze znajomych przypisują Lolkowi wyjątkową skłonność do pierwszej z nich, Ginki. „Być może niektórzy przypuszczali, że jeśli młodzieniec z tak wyraźnym umiłowaniem do religii nie wstąpił do seminarium, było to wyraźnym znakiem, że w grę wchodziła inna miłość. Faktycznie bowiem w szkole spotykał wiele dziewcząt i chłopców. Problem jednak był innej natury. W tamtym okresie był ogarnięty przede wszystkim pasją do literatury, w szczególności do dramatu i do teatru”. Aktor Wojtyła jest zmienny: zdarza mu się grać dwoje części tej samej komedii i robi to z wielką naturalnością, zresztą, zawsze pamięta słowa od początku do końca. Lato, kiedy miał już osiemnaście lat, nie przyniosło mu tylko dojrzałości, ale stało się wielkim zwrotem w jego życiu...

Luigi Accattoli, “Giovanni Paolo”, (San Paolo, 2006)

 

        Uniwersytet

Latem roku 1938 Karol Wojtyła i jego ojciec opuścili Wadowice i przenieśli się do Krakowa, gdzie Lolek miał rozpocząć studia na Uniwersytecie Jagiellońskim. Zamieszkali w suterenie domu wybudowanego przez brata Emilii pod koniec pierwszej wojny światowej; dwie żyjące siostry Emilii mieszkały na wyższych kondygnacjach. Dom na Dębnikach, przy ul. Tynieckiej 10, był przyjemnie położony na południowym brzegu Wisły, skąd roztaczał się imponujący widok na zamek i katedrę na Wawelu, poza którymi wyrastały wieże, wznoszące się z serca krakowskiego starego miasta. Uniwersytet znajdował się w odległości dwudziesto minutowego spaceru przez Most Dębnicki. Niezależnie od dogodnego położenia przyjaciele często określali mieszkanie jako „katakumby”. Wejście znajdowało się z boku domu i prowadziło na korytarz, który dzielił mieszkanie na dwie części. Na lewo był pokój Lolka, za nim jego ojca; na prawo była kuchnia, za nią łazienka. Było tam ciemno i wilgotno, a w zimie staroświecki kaflowy piec węglowy nie potrafił wygnać chłodu panującego w powietrzu.

Ten brat komfortu życiowego nie robił prawdopodobnie wrażenia na młodym Karolu Wojtyle, który był przyzwyczajony do prostoty i szybko wszedł w rozliczne światy życia studenckiego na Uniwersytecie Jagiellońskim. Założony w roku 1934 był jednym z najznamienitszych centrów nauki. Tu kształcił się Kopernik. Przez sześć stuleci na Uniwersytecie Jagiellońskim spotkały się kultura chrześcijańska i humanistyczna. W trakcie tych wstępnych studiów Karol Wojtyła zaczął uświadamiać sobie „pełniej, czym jest język”, jak napisał później. Wojtyła zanurzył się także w działalności teatralnej. Przed wojną Lolek należał do paru studenckich grup zajmujących się recytacją poezji i został członkiem Koła Polonistów, organizacji oddanej lekturze literatury, dyskusjom nad reformą programu oraz występujących przeciwko restrykcjom nakładanym na Żydów studiujących na Uniwersytecie Jagiellońskim. W połowie czerwca Lolek zdał dwa egzaminy, pozwalające mu kontynuować studia na filologii polskiej. 24 czerwca 1939 roku z kilkoma przyjaciółmi świętował szczęśliwe ukończenie pierwszego roku studiów na przyjęcie w domu koleżanki Anny Nawrockiej.

Rozpoczynała się wspaniała kariera uniwersytecka. Szansę na to, że będzie mogła być kontynuowana, zaczęły maleć wraz z kończącym się latem 1939 roku. Podczas gdy Karol Wojtyła odbywał następną rundę szkolenia w Legii Akademickiej, sojusznicy Polski wahali się i drżeli. Armia niemiecka intensyfikowała swoje przygotowania do operacji pod kryptonimem „Fall Weiss”. A w Moskwie toczyły się niewyobrażalne dotąd negocjacje między dwoma europejskimi olbrzymami totalitarnymi.

Był młodzieńcem, od którego wiele oczekiwano w przyszłości, w ramach kariery, która jak spodziewał się Karol Wojtyła, miała być ześrodkowana na języku, literaturze i teatrze. Historia i, jak on sam podkreśla, Opatrzność, miały inne plany.

„Świadek nadziei”, George Weigel, Znak - Kraków, 2005

 

        Oddany Maryi

Historia mojego powołania kapłańskiego? Historia ta znana jest przede wszystkim Bogu samemu. Każde powołanie kapłańskie w swej najgłębszej warstwie jest wielką tajemnicą, jest darem, który nieskończenie przerasta człowieka. [...]

Czas ostatecznego dojrzewania mojego powołania kapłańskiego, jak już wspomniałem, łączy się z okresem drugiej wojny światowej, z okresem okupacji nazistowskiej. [...] Powołanie, które dojrzewa w takich okolicznościach, nabiera nowej wartości i znaczenia. Wobec szerzącego się zła i okropności wojny sens kapłaństwa i jego misja w świecie stawały się dla mnie nadzwyczaj przejrzyste i czytelne.

Na skutek wybuchu wojny zostałem oderwany od studiów i od środowiska uniwersyteckiego. Straciłem w tym czasie mojego Ojca, ostatniego człowieka z mojej najbliższej rodziny. Wszystko to stanowiło także w znaczeniu obiektywnym jakiś proces odkrywania od poprzednich własnych zamierzeń, poniekąd wyrywania z gleby, na której dotychczas rosło moje człowieczeństwo.

Jednakże nie był to tylko proces negatywny. Równocześnie bowiem coraz bardziej jawiło się w mojej świadomości światło: Bóg chce, ażebym został kapłanem. Pewnego dnia zobaczyłem to bardzo wyraźnie: był to rodzaj jakiegoś wewnętrznego olśnienia. To olśnienie niosło w sobie radość i pewność innego powołania. [...]

Jesienią roku 1942 powiozłem ostateczną decyzję wstąpienia do Krakowskiego Seminarium Duchownego, które działało w konspiracji. Przyjął mnie ks. Rektor Jan Piwowarczyk. Fakt ten miał jednak pozostać w najściślejszej tajemnicy, nawet wobec osób najbliższych. Rozpocząłem studia na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego, który także działał w konspiracji, pracując nadal fizycznie jako robotnik w Solvayu.

W okresie okupacyjnym Arcybiskup Metropolita założył konspiracyjne Seminarium Duchowne, umieszczają je pod dachem swojej rezydencji. [...] Przebywałem w tym szczególnym seminarium, pod bokiem umiłowanego Księdza Metropolity, począwszy od września 1944 roku i tam doczekałem wraz z kolegami dnia 18 stycznia 1945 roku, dnia – a raczej nocy – wyzwolenia. [...]

Moje przygotowanie seminaryjne do kapłaństwa zostało poniekąd zaantycypowane, uprzedzone. W jakimś sensie przyczynili się do tego moi Rodzice w domu rodzinnym, a zwłaszcza mój Ojciec, który wcześnie owdowiał. Nieraz zdarzało mi się budzić w nocy i wtedy zastawałem mojego Ojca na kolanach, tak jak na kolanach widywałem go zawsze w kościele parafialnym. Nigdy nie mówiliśmy z sobą o powołaniu kapłańskim, ale ten przykład mojego Ojca był jakimś pierwszym domowym seminarium. [...]

Z kolei po upływie lat wczesnej młodości takim seminarium stał się kamieniołom i oczyszczalnia wody w fabryce sody w Borku Fałęckim. Ale to już nie było tylko pre-seminarium, jak w Wadowicach. Fabryka stała się dla mnie, na pewnym etapie, prawdziwym seminarium duchowym, choć zakonspirowanym. Tak wiec lata związane w kształtowaniem się ostatniej decyzji pójścia do seminarium wiążą się właśnie z tym okresem. [...] Myślę, że w procesie kształtowania się mojego powołania środowisko salezjańskie odegrało doniosła role. W parafii była osoba wyjątkowa: chodzi tu o Jana Tyranowskiego. Był on z zawodu urzędnikiem, chociaż wybrał prace w zakładzie krawieckim swojego ojca. [...] Był człowiekiem niezwykle głębokiej duchowości. Księża salezjanie, którzy w tym trudnym okresie odważyli się na prowadzenie duszpasterstwa młodzieży, powierzyli mu zadanie polegające na nawiązywaniu kontaktów z młodymi ludźmi w ramach tzw. „Żywego Różańca”. [...] Tyranowski, który sam kształtował się na dziejach św. Jana od Krzyża i św. Teresy od Jezusa, wprowadził mnie po raz pierwszy w te niezwykłe, jak na mój ówczesny wiek, lektury.

Utrzymywałem również kontakty z zakonem ojców karmelitów bosych, którzy w Krakowie mieli klasztor przy ul. Rakowieckiej. W pewnym okresie zastanawiałem się nawet, czy nie powinienem wstąpić do Karmelu. Wątpliwości rozstrzygnął Książe Kardynał Sapieha w sposób sobie właściwy, mówiąc krotko: „Trzeba najpierw dokończyć to, co się zaczęło”: I tak się stało.

W ciągu tych wszystkich lat moim spowiednikiem i bezpośrednim kierownikiem duchowym był ks. Kazimierz Figlewicz. [...] Dzięki niemu zbliżyłem się do parafii, zostałem ministrantem, a nawet poniekąd zorganizowałem kółko ministranckie. Kiedy odszedł z Wadowic do Katedry Wawelskiej, miałem z nim w dalszym ciągu kontakt. [...] Kiedy w dniu 1 listopada 1946 roku zostałem wyświecony na kapłana, nazajutrz pierwszą Msze św. Odprawiłem w Katedrze, w romańskiej krypcie św. Leonarda, ks. Figlewicz był obecny przy mnie jako tzw. manuductor. Ks. Prałat od kilku lat już nie żyje. Sam tylko Pan Bóg może wynagrodzić temu kapłanowi to dobro, które mi wyświadczył.

Mówiąc o źródłach powołania kapłańskiego nie mogę oczywiście zapomnieć o wątku maryjnym. Nabożeństwo do Matki Bożej w postaci tradycyjnej wyniosłem z domu rodzinnego i z parafii wadowickiej. W kościele parafialnym pamiętam boczną kaplicę Matki Bożej Nieustającej Pomocy, do której rano przed lekcjami ciągnęli gimnazjaliści. [...]

Prócz tego w Wadowicach był Karmel, klasztor na Górce. Wadowiczanie licznie uczęszczali do tego klasztoru, a to oznaczało związanie się z tradycją karmelitańskiego szkaplerza. Ja też zapisałem się do szkaplerza mając chyba 10 lat i do dzisiaj ten szkaplerz nosze. Tak wiec zarówno kościół parafialny, jak i klasztor na Gorce kształtował moją pobożność maryjną jako chłopca, a później młodzieńca i gimnazjalisty, aż do egzaminu dojrzałości. [...]

O ile dawniej byłem przekonany, że Maryja prowadzi nas do Chrystusa, to w tym okresie zacząłem rozumieć, że również i Chrystus prowadzi nas do swojej Matki. Był taki moment, kiedy nawet poniekąd zakwestionowałem swoją pobożność maryjną uważając, że posiada ona w sposób przesadny pierwszeństwo przed nabożeństwem do samego Chrystusa. Muszę przyznać, że wówczas z pomocą przyszła mi książeczka św. Ludwika Marii Grignion de Montfort, nosząca tytuł: „Traktat o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny”. [...] Tu tłumaczy się pochodzenie owego Totus Tuus. Bierze ono początek właśnie od św. Ludwika Marii Grignion de Montfort. Jest właściwie skrótem pełniejszej formuły zawierzenia Matce Bożej, która brzmi: Totus Tuus ego sum et omnia mea Tua sunt. Accipio Te in mea omnia. Praebe mihi cor Tuum, Maria. [...]

Jaką rolę odegrała w moim powołaniu postać św. Brata Alberta? Dla mnie jego postać miała znaczenie decydujące, ponieważ w okresie mojego własnego odchodzenia od sztuki, od literatury i od teatru, znalazłem w nim szczególne duchowe oparcie i wzór radykalnego wyboru drogi powołania. [...]

Lata drugiej wojny światowej i okupacji niemieckiej na Zachodzie i okupacji sowieckiej na Wschodzie pociągnęły za sobą ogromną liczbę aresztowań i zesłań polskich kapłanów do obozów koncentracyjnych. [...] Dla pełni obrazu trzeba wspomnieć również kapłanów niemieckich z tego samego okresu, którzy także doświadczyli podobnego losu w obozach. [...] Na szczególną pamięć zasługuje martyrologium kapłanów w łagrach syberyjskich czy innych na terenie Związku Sowieckiego. [...] Mówię zaś o tym dlatego, a żeby uwydatnić, że moje kapłaństwo właśnie na tym pierwszym etapie wpisywało się w jakąś olbrzymią ofiarę ludzi mojego pokolenia, mężczyzn i kobiet.

Moje święcenia kapłańskie miały miejsce w dniu, którym zwykle tego sakramentu się nie udziela: 1 listopada. [...] Tak wiec w tej kaplicy... (prywatna Kaplica Arcybiskupów Krakowskich) w czasie śpiewu Vieni Creator Spiritus oraz Litanii do Wszystkich Świętych, leżąc krzyżem oczekiwałem na moment włożenia rąk. Jest to chwila szczególnie przejmująca. [...] Jest coś dogłębnie przejmującego w tej prostracji ordynandów: symbol głębokiego uniżenia wobec majestatu Boga samego, a równocześnie ich całkowitej otwartości, ażeby Duch Święty mógł zstąpić, bo przecież to On sam jest sprawcą konsekracji. Veni, Creator Spiritus, mentes tuorum visita, imple superna gratia quae Tu creasti pectora. [...] W tej postawie leżenia krzyżem przed otrzymaniem święceń wyraża się najgłębszy sens duchowości kapłańskiej: tak jak Piotr, przyjąć we własnym życiu krzyż Chrystusa i uczynić się “posadzką” dla braci.

Jan Paweł II „Dar i Tajemnica”.

Copyright Wydawnictwo św. Stanisława BM Archidiecezji Krakowskiej, Kraków, 1996

 

        U św. Floriana

Po zaledwie ośmiu miesiącach spędzonych na wsi podkarpackiej, w Niegowici, został przeniesiony do parafii świętego Floriana, znajdującej się tuz obok historycznego centrum miasta. Była to jedna z najbardziej aktywnych i ożywionych parafii: przychodzili tam wybitni przedstawiciele inteligencji katolickiej, a poza tym, podobnie jak przy kolegiacie sw. Anny otworzono tam centrum duszpasterstwa akademickiego.

Z początku Karolowi nie było łatwo wejść w nowe, tak słabo znane środowisko. Jego dni wypełnione były lekcjami religii oraz wielogodzinnymi dyżurami w konfesjonale. Któregoś razu siostry ze Zgromadzenia Świętej Rodziny, prowadzące internat dla studentek, postanowiły zaprosić go, aby wygłosił serie kazań skierowanych do ich podopiecznych. I w ten przypadkowy sposób zaczęła się jego przygoda ze środowiskiem uniwersyteckim.

Wieść o młodym księdzu rozeszła się błyskawicznie i do studentek przyłączyli się pierwsi studenci. Wkrótce zaczęli napływać kolejni uczestnicy, a wszyscy byli dosłownie zafascynowani pełnym zapału duszpasterzem. Po raz pierwszy spotkali duchownego, który zamiast mówić tylko o Bogu, o religii i o Kościele, dyskutował z nimi o rożnych aspektach aktualnej sytuacji młodzieży. Nie unikał nawet najbardziej delikatnych argumentów, otwarcie odpowiadał na zabawne pytania, często dotyczące problemów miłosnych, małżeńskich, problemów związanych z pracą, z kontaktami z osobami starszymi. Wojtyła nie był podobny do innych księży, powtarzających nieustannie te same dobrze znane słowa, przeniknięte duchem klerykalizmu. Nie był tez taki jak profesorowie uniwersyteccy, którzy bali się cokolwiek powiedzieć, ponieważ wśród samych słuchaczy mogli znajdować się szpiedzy systemu. [...]

Audytorium stawało się coraz liczniejsze i nie wystarczała już jedna czwartkowa konferencja. Studenci spragnienie byli innych słów, prawdziwych, wiarygodnych, potrzebowali przewodników, którzy byliby im bliscy i przyjaźnie nastawieni. Wtedy właśnie Karol przypomniał sobie o tym, co zaobserwował kilka lat wcześniej podczas podroży po Europie, przypomniał sobie o istniejącej potrzebie wprowadzenia w życie nowych metod wychowawczych i duszpasterskich. Tamte doświadczenia posłużyły mu teraz do stworzenia tzw. Apostolatu „wycieczkowego”. Razem z dziewczętami i chłopcami wyjeżdżał w góry na biwaki albo na narty, w lecie zaś organizował spływy kajakowe. Wycieczki często przedłużały się nawet do dwóch tygodni, podczas których przy ognisku albo po mszy świętej odprawionej na świeżym powietrzu prowadzono rozważania o Bogu, o ludzkiej duszy, ale nie tylko: rozmawiano także o konkretnych problemach, z którymi ci młodzi ludzie borykali się na co dzień.

Jak na tamte czasy podejście Wojtyły do studentów było pionierskie i na początku nawet sami rodzice patrzyli podejrzliwie na jego działalność. [...] Studenci nazywali go Wujkiem, samych siebie natomiast określali mianem „paczki”. Ci młodzi ludzie zaczęli znajdować w Ewangelii punkt odniesienia dla własnej egzystencji. [...] Wojtyła opracował pierwszy w diecezji krakowskiej program przygotowania do małżeństwa. Zorganizował kursy dla narzeczonych i sam przynajmniej raz na tydzień udzielał ślubów. Trwało to przez dwa lata. Zajmował się nie tylko narzeczonymi, ale i młodymi małżeństwami, zwłaszcza kiedy pojawiły się dzieci, które zresztą sam chrzcił. Kiedy tylko mógł, odwiedzał rodziny i rozmawiał z rodzicami. Z tej działalności zrodziła się nowa wspólnota, Rodzinka. Stopniowo zaczęła się ona scalać z pierwszą działalnością duszpasterską, czyli organizacją młodzieżową, aż w końcu powstało – te nazwę też wymyślił Wojtyła – Środowisko skupiające przeróżne grupy. [...]

Dla Karola te lata były determinujące, jeśli chodzi o proces jego osobistego dojrzewania. To właśnie ci młodzi ludzie, młode pary, wraz z ich pytaniami, wątpliwościami, a przede wszystkim doświadczeniami wskazali mu drogę do zrozumienia ludzkich realiów, To właśnie oni byli jego pierwszymi wychowawcami.

„Historia Karola”, Gian Franco Svidercovschi Wydawnictwo „M”, 2002

 

        Wikariusz w Niegowici

8 lipca, tuż po powrocie z Rzymu, Karol Wojtyła otrzymuje aplikatę (dekret nominacyjny) podpisaną przez kardynała Sapiehę. Ku swemu wielkiemu żalowi nie może spotkać się z Arcybiskupem, ponieważ teraz on z kolei wyjechał do Wiecznego Miasta. W taki sposób Karol dowiaduje się, że został mianowany wikarym w Niegowici, wsi w powiecie wielickim, trzydzieści kilometrów na wschód od Krakowa. Wieś Niegowić jest niewielka i nie znajduje się jej na dużej mapie Polski. A jednak sama parafia liczy w owym czasie pięć tysięcy dusz w trzynastu wsiach i osadach rozsianych w dolinie Raby. Nie jest to mało.

28 lipca 1948, z nędzną walizką w ręce, nowy wikary Niegowici przybywa na miejsce. Ma na sobie spodnie z grubego płótna, kamizelkę i beret. Do Gdowa dojechał autobusem – stamtąd jakiś gospodarz podwiózł go wozem do Marszowic. Potem do Niegowici szedł pieszo, na przełaj przez pola, żeby skrócić sobie drogę. Z osady Losowe Domy, widać dzwonnicę drewnianego kościoła na równinie, gdzie o tej porze roku uwijają się grupki żniwiarzy. Nadchodzącego wikarego widać z daleka. Przyciąga wzrokiem pracujących ludzi. Jest bardzo młody i bardzo szczupły, ale idzie zdecydowanym, energicznym krokiem.

Obserwujący patrzą, jak przekracza mały strumyk, szumnie nazywany Królewskim Potokiem, tuz przez rozpoczynającymi się zabudowaniami. Przyjezdny przyklęka nagle przed małą kapliczką w naiwnym ludowym stylu, z figurą świętego Jana Nepomucena, do którego od bardzo dawnych czasów chłopi modlą się, by chronił ich przed biedą. „Uklęknąłem i ucałowałem ziemię – wspomina Jan Paweł II w książce Dar i Tajemnica. – Nauczyłem się tego gestu chyba od świętego Jana Marii Vianneya”. Wspomnienie Proboszcza z Ars towarzyszyć będzie nowemu wikaremu przez cały okres pobytu w Niegowici. Młody ksiądz udaje się następnie do kościoła, by pokłonić się przed Najświętszym Sakramentem. Potem przedstawia się proboszczowi. Kazimierz Buzała, człowiek w podeszłym wieku, wskazuje mu miejsce, gdzie będzie mieszkał: jeden z dwóch pokoi wikarówki małego probostwa, które będzie dzielić z drugim „nowym” – księdzem Franciszkiem Szymonkiem. [...]

To tutaj ksiądz Wojtyła zaczyna swoje nowe życie. Począwszy od ciężkich codziennych prac: wiejski wikary hoduje krowy, kury i króliki, uprawia ogródek warzywny, pali w piecu, bierze udział w żniwach i młócce. To prawda, ze ma do pomocy trochę personelu: kucharkę, gospodynię, człowieka „od wszystkiego”. Ale przez dwa lata spędzonych na Zachodzie Wojtyła zdążył zapomnieć, że większość jego rodaków żyje jeszcze bez prądu i bez bieżącej wody.

Dni, które rozpoczyna o piątej rano, są wyczerpujące. Na barki młodego wikarego włożono bardzo wiele obowiązków. Najpierw katecheza: trzydzieści godzin tygodniowo w szkołach podstawowych pięciu okolicznych miejscowości. To pierwsze zadanie wikarego, zwanego zresztą – w tych czasach, kiedy do Pierwszej Komunii Świętej przystępuje prawie sto procent dzieci – katechetą. Pieszo, rzadziej na rowerze, na wozie, a w zimie saniami młody ksiądz przemierza pola i lasy od Cichawy po Wiatrowice, od Niewarowa po Pierzchów, od Nieznanowic po Krakuszowice. Na dłuższych trasach czyta.

Następnie spowiadanie: w marcu, w czasie Wielkiego Postu, ksiądz Wojtyła spędza od dziesięciu do dwunastu godzin dziennie w lodowatym konfesjonale – kościół oczywiście nie jest ogrzewany – słuchając nieporadnych spowiedzi miejscowych chłopów. Nie ma mowy o taśmowym udzieleniu rozgrzeszenia, jak czynią to niektórzy starzy, zblazowani księża! Wojtyła stawia pytania, odpowiada, tłumaczy, dodaje otuchy... [...] „Spowiedź – powie potem do swego przyjaciele Malińskiego – to jest jakieś ukoronowanie naszej kapłańskiej działalności”. Aby nie poddawać się zniechęceniu i zachować entuzjazm, wspomina Proboszcza z Ars.

Dalej – tradycyjna bożonarodzeniowa wizyta duszpasterska: to zwyczaj solidnie w Polsce ugruntowany. Mały Lolek dobrze poznał go w Wadowicach, kiedy jako ministrant przez kilka dni po Bożym Narodzeniu wędrował z proboszczem Prochownikiem od domu do domu. Ksiądz Wojtyła odkrywa, nie niczym nie da się zastąpić spotkania z mieszkańcami w ich własnych domach. Ludzie w kościele, w sztywnym gorsecie swych niedzielnych strojów, zachowują się zupełnie i inaczej niż w rodzinie, gdzie są swobodni i rozluźnieni. Ksiądz Karol szczególnie lubi te właśnie wizyty, przebiegające zawsze w serdecznej atmosferze i przedłużające się często ponad zaplanowany czas. Przede wszystkim na Zarabiu, najuboższej osadzie w tych okolicach, dokąd zabiera ze sobą to, co podarowano mu gdzie indziej, w rodzinach zamożniejszych. Śpiewać kolędy, błogosławić, rozmawiać, jeść i pić w każdym odwiedzającym domu – wszystko to sprawa młodemu wikaremu ogromną radość, mimo że sama droga jest wyczerpująca. Trzydzieści lat później będzie to opowiadać Malińskiemu: „Idziesz w sutannie i w płaszcze, w komży, w birecie ścieżkami wydeptanymi w śniegu. Naobiera ci się tego śniegu na sutannie, potem w mieszkaniu on stopnieje, na polu na mrozie znowu zmarznie i tworzy ci się sztywny klosz wokół nóg, który coraz bardziej ciąży i przeszkadza stawiać kroki. Pod wieczór człowiek ledwie włóczy nogami. Ale trzeba iść dalej, bo wiesz, że na ciebie ludzie czekają, że czekają na to spotkanie cały rok”.

Poza tym jest jeszcze codzienna msza, przyjmowanie wiernych (wikarówka jest zawsze otwarta), nieszpory w niedziele, różaniec w październiku, wizyty u chorych (czasami w środku nocy, przy temperaturze -20 C), udzielania sakramentów (w ciągu jednego roku w Niegowici pobłogosławił trzynaście małżeństw i ochrzcił czterdzieścioro ośmioro dzieci), rekolekcje, niezliczone spotkania z młodymi, zebrania Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży Męskiej, które są jego specjalnym zadaniem: jak praktyka, to praktyka! [...] Ale na modlitewne czuwania przychodzi wielu młodych i kiedy proponuje im założenie kołka teatralnego, zgadzają się. A dla Karola to ogromna przyjemność. Dwukrotnie zabiera swój amatorski zespół do Krakowa. To dla nich przygoda – najpierw idą osiem kilometrów pieszo na stację w Kłaju, potem jadą pociągiem do dużego miasta i oglądają prawdziwe przedstawienia: raz w Teatrze Słowackiego, potem w Rapsodycznym, ku wielkiej radości Kotlarczyka. [...]

17 marca 1949 roku kardynał Sapiecha kładzie kres „wiejskiemu” doświadczeniu księdza Wojtyły. (...) Książe Sapiecha postanowi posłać swojego protegowanego do kościoła Świętego Floriana. Nie jest to parafia studencka w dosłownym znaczeniu. Jest nią kolegiata Świętej Anny, znajdująca się w bezpośrednim sąsiedztwie uniwersytetu. Ale w latach odbudowy liczba studentów jest tak ogromna, że parafia świętego Floriana ma wspomóc duszpasterstwo młodzieży.

Karol nie mogły sobie wymarzyć lepszego „przydziału”. Kościół położony jest bardzo blisko centrum miasta, po drugiej stronie Plant, o dziesięć minut pieszo od jego ukochanego uniwersytetu! Niedaleko też od miejsc, do których ma szczególne upodobanie: na zachód od Krakowa leży klasztor w Czernej, gdzie tak bardzo pragnął wieść życie kontemplacyjne, a na trasie do Wadowic znajduje się sanktuarium w Kalwarii Zebrzydowskiej, dokąd poprowadzi swoją pierwszą pieszą pielgrzymkę, 10 września 1950. Wreszcie, jakimś przedziwnym zbiegiem okoliczności, Teatr Rapsodyczny prowadzony przez jego przyjaciele Kotlarczyka ma swoja siedzibę dwa kroki dalej, po tej samej stronie ulicy Warszawskiej, pod numerem 5. Ileż to razy zdarza się księdzu Wojtyle zaglądać tam wieczorem, żeby pozdrowić po spektaklu swych najbliższych przyjaciół! (...)

Proboszcz od Świętego Floriana, ksiądz Tadeusz Kurowski, przyjmuje Karola życzliwie.

Bernard Lecomte „Pasterz”, Wydawnictwo Znak, Kraków 2006

 

        Studia rzymskie

Święcenia kapłańskie otrzymałem w Uroczystość Wszystkich Świętych, wypadło mi odprawić Mszę św. prymicyjną w Dzień Zaduszny, 2 listopada 1946 roku. W tym dniu każdy kapłan może odprawić trzy Msze św. i dlatego tez te moje Prymicje miały charakter „troisty”. Odprawiałem te trzy Msze św. w krypcie św. Leonarda, która stanowi część wcześniejszej tzw. Hermanowskiej Katedry biskupiej w Krakowie na Wawelu. Wybierając tę kryptę na miejsce pierwszych Mszy św., chciałem dać wyraz szczególnej więzi duchowej z wszystkimi, którzy w tej Katedrze spoczywają. Katedra Wawelska jest niezwykłym fenomenem. Jest bowiem, tak jak żadna inna świątynia w Polsce, nasycona treścią historyczną, a zarazem teologiczną. Spoczywają w niej królowie polscy, poczynając od Władysława Łokietka. [...]

Odprawiając prymicyjną Mszę św. w krypcie św. Leonarda pragnąłem uwydatnić moją żywą więź z historią Narodu, która na Wzgórzu Wawelskim znalazła swą szczególną kondensację. Ale nie tylko to. Jest w tym fakcie także głęboki moment teologiczny. Święcenia kapłańskie, jak wspomniałem, przyjąłem w Uroczystość Wszystkich Świętych, kiedy Kościół daje wyraz liturgiczny prawdzie o Świętych Obcowaniu – Communio Sanctorum. Święci to ci, którzy przez wiarę mają udział w tajemnicy paschalnej Chrystusa i oczekują ostatecznego zmartwychwstania.

Ci ludzie, których sarkofagi znajdują się w Katedrze Wawelskiej, także czekają tam na zmartwychwstanie. Cała Katedra zdaje się powtarzać słowa Symbolu apostolskiego: „Wierzę w ciała zmartwychwstanie i żywot wieczny”: A ludzie, którzy w niej spoczywają, są wielkimi „Królami-Duchami”, którzy prowadzą Naród poprzez stulecia. [...]

Pod koniec listopada nadszedł czas wyjazdu do Rzymu. W oznaczonym dniu wsiadłem do pociągu z wielkim wzruszeniem. [...]

Nie zapomnę nigdy wrażeń z moich pierwszych dni „rzymskich”, kiedy w roku 1946 zaczynałem zapoznawać się z Wiecznym Miastem. Zapisałem się na biennium ad lauream na Angelicum.

Ks. Karol Kozłowki, Rektor Seminarium Krakowskiego mówił mi wielokrotnie, że dla tego, kto ma szczęście zatrzymać się w stolicy chrześcijaństwa, bardziej niż studia (doktorat z teologii można zrobić wszędzie!) ważne jest uczyć się samego Rzymu. Z jego rady starałem się korzystać. Przyjechałem do Rzymu niosąc w sobie wielkie pragnienie, aby zwiedzanie Wiecznego miasta rozpocząć od katakumb. I tak się stało. Później wspólnie z kolegami z Kolegium Belgijskiego, gdzie zamieszkałem, systematycznie zwiedzaliśmy Rzym pod kierunkiem wytrawnych znawców jego historii i zabytków. [...]

Codziennie z Kolegium Belgijskiego przy via del Quirinale 26 chodziłem na wykłady na Angelicum, wstępując po drodze do jezuickiego kościoła św. Andrzeja na Kwirynale, gdzie spoczywają relikwie św. Stanisława Kostki. [...] Pamiętam, że wśród odwiedzających jego grób było wielu seminarzystów z Germanicum, których można było łatwo rozpoznać po czerwonych sutannach. W sercu chrześcijaństwa i w świetle tradycji świętych spotykały się narody i wznosząc się ponad tragedię wojny, która nas głęboko doświadczyła, stawały się jakby zaczątkiem zjednoczonego świata.

Tak więc moje kapłaństwo, moja formacja teologiczna i duszpasterska są prawie od samego początku wpisane w doświadczenia Rzymu. Dwa lata studiów, zakończone w roku 1948 doktoratem, to były równocześnie dwa lata intensywnego „uczenia się Rzymu”. Kolegium Belgijskie pomagało w codziennym osadzaniu mojego kapłaństwa w doświadczeniu stolicy chrześcijaństwa. Ułatwiało ono nawiązanie kontaktu z pewnymi awangardowymi formami apostolatu, które w tamtym okresie rozwijały się w Kościele. [...]

W Rzymie jednak miałem sposobność lepiej zobaczy, jak kapłaństwo jest związane z duszpasterstwem i apostolstwem świeckich. Miedzy posługą kapłana, a apostolstwem świeckich istnieje głęboka więź, co więcej – wzajemna koordynacja. Zastanawiając się nad tymi problemami duszpasterskimi, odkrywałem coraz bardziej sens i wartość kapłaństwa służebnego. [...]

Doświadczenie zdobyte w Kolegium Belgijskim zostało potem jeszcze poszerzone dzięki bezpośrednim kontaktom nie tylko ze środowiskiem belgijskim, lecz również francuskim i holenderskim. Mogliśmy bowiem wraz ze Stanisławem Starowieyskim, za zgodą Kardynała Sapiehy, w czasie letnich wakacji roku 1947 odwiedzić te kraje. W ten sposób wzbogaciło się moje doświadczenie Europy. W Paryżu, mieszkając w Seminarium Polskim, mogłem z bliska zapoznać się z kwestią księży robotników, [...] a także z duszpasterstwem misyjnym na peryferiach Paryża, zwłaszcza w parafii prowadzonej przez ks. Michonneau. To wszystko w pierwszym i drugim roku kapłaństwa miało dla mnie ogromne znaczenie.

Pamiętam, że dzięki pomocy moich kolegów, zwłaszcza rodziców nieżyjącego już ks. Alfreda Dalmé, mogliśmy wspólnie ze Stanisławem Starowieyskim spędzić 10 dni w Holandii. [...]

Tak więc z różnych stron odsłania mi się coraz bardziej Europa Zachodnia, Europa powojenna, Europa wspaniałych gotyckich katedr, a równocześnie Europa zagrożona procesem sekularyzacji. Dostrzegałem wyzwanie, jakie ta sytuacja stanowiła dla Kościoła, a także potrzebę wyjścia na spotkanie tego zagrożenia przez odpowiednie formy duszpasterstwa, otwarte na większą obecność świeckich. [...]

Stosunkowo największą część tego wakacyjnego czasu spędziłem w Belgii. Przez miesiąc wrzesień roku 1947 byłem duszpasterzem polskiej misji katolickiej wśród górników w pobliżu Charleroi. Było to bardzo owocne doświadczenie. Pierwszy raz byłem w kopalni węgla kamiennego właśnie tam. Mogłem zapoznać się z ciężką pracą górników. Odwiedzałem rodziny tych polskich emigrantów, rozmawiałem z nimi, spotykałem się z młodzieżą, z dziećmi. I znowu przyjmowano mnie z życzliwością i otwartością podobną do tej, jakiej doznawałem podczas pracy w Solvayu. [...]

Wracając z Belgii do Rzymu miałem szczęście po raz pierwszy odwiedzić Ars. Było to już pod koniec października 1947 roku. Wypadała wtedy niedziela Chrystusa Króla. Z wielkim pietyzmem zwiedzałem stary kościółek – ten, w którym św. Jan Maria Vianney spowiadał, katechizował i głosił swoje kazania. Było to dla mnie doświadczenie głęboko przejmujące. [...]

Byłem szczególnie wstrząśnięty jego heroiczną posługą konfesjonału. Ten pokorny kapłan, który spowiadał po kilkanaście godzin na dobę, odżywiając się niezwykle skromnie, przeznaczając na spoczynek kilka zaledwie godzin, potrafił w tym trudnym okresie dokonać duchowej rewolucji we Francji i nie tylko we Francji. Tysiące ludzi przechodziło przez Ars i klękało przy jego konfesjonale. Na tle dziewiętnastowiecznego zeświecczenia i antyklerykalizmu, jego świadectwo było wydarzeniem dosłownie rewolucyjnym.

Z zetknięcia się z jego postacią wyniosłem przekonanie, że kapłan realizuje zasadniczą część swojego posłannictwa poprzez konfesjonał – „stać się w sposób wolny więźniem konfesjonału”. Nieraz, spowiadając w Niegowici, na pierwszej parafii, a potem w Krakowie, wracałem myślą do tego niezapomnianego doświadczenia. A związek z konfesjonałem starałem się zachować zarówno w czasie pracy naukowej w Krakowie, spowiadając zwłaszcza w Kościele Mariackim jak i teraz w Rzymie, powracając nieomal symbolicznie co roku do konfesjonału w Wielki Piątek w Bazylice św. Piotra. [...]

Z początkiem lipca 1948 roku obroniłem pracę doktorską na Angelicum i zaraz potem wyruszyłem w drogę powrotną do Polski. Już wspomniałem uprzednio, ze przez te prawie dwa lata pobytu w Wiecznym Mieście intensywnie „uczyłem się Rzymu”: Rzymu katakumb, Rzymu męczenników, Rzymu Piotra i Pawła, Rzymu wyznawców. Są to czasy, do których zawsze wracam z głębokim przejęciem. Wyjeżdżając z Rzymu wywoziłem stamtąd nie tylko pewną sumę wykształcenia teologicznego, ale także ugruntowanie mojego kapłaństwa i pogłębienie mojej wizji Kościoła. [...] Poprzez Rzym moje młode kapłaństwo wpisało się w jakiś nowy wymiar europejski i uniwersalny.

Jan Paweł II „Dar i Tajemnica”.

Copyright Wydawnictwo św. Stanisława BM Archidiecezji Krakowskiej, Kraków, 1996

 

        Tygodnik Powszechny

Na początku roku 1949 Jerzy Turowicz, przenikliwy redaktor „Tygodnika Powszechnego”, przyjmował gościa, młodego księdza [...]. Ksiądz Karol Wojtyła, którego Turowicz mógł widzieć występującego w konspiracyjnym Teatrze Rapsodycznym podczas wojny, przyniósł artykuł o Mission de France i ruchu księży -robotników w tym kraju. Turowicz przyjął go uprzejmie, ale dyplomatycznie. Gazeta otrzymywała mnóstwo materiałów od miejscowego duchowieństwa i większość z nich odrzucała. Turowicz nauczył się, ze nie należy za wiele się spodziewać. Czytał jednak rękopis Wojtyły, z wzrastającym zainteresowaniem, a wreszcie wpadł w podniecenie. Tekst Mission de Fracne ukazał się na pierwszej stronie „Tygodnika Powszechnego” z 6 marca 1949 roku, co dla początkującego publicysty było bardzo prestiżowym debiutem. [...]

Sytuacja prasy katolickiej w Polsce rządzącej przez komunistów była niewesoła. Istniały trzy rodzaje tej prasy. Pierwszą była oficjalna prasa kościelna, sponsorowana, kontrolowana, redagowana i wydawana przez kurie diecezjalne albo zakony. Jej jakość nie było imponująca. Następnie było to, co Turowicz skwitował jako „prasę katolików”, gazety i czasopisma wydawane przez „Pax” i jemu podobne grupy, sympatyzujące z reżimem. Kościół odmawiał uznania tych pism za autentycznie katolickie o odradzał katolikom pisanie do nich. Wreszcie była rzetelna prasa katolicka, wydawana głownie przez świeckich i uznawana za autentycznie katolicka przez biskupów, którzy wyznaczali dla niej asystentów kościelnych. Asystenci ci byli członkami redakcji, ale ostateczna odpowiedzialność za wydawnictwo spoczywała na świeckim redaktorze.

Z racji swojej literackiej jakości i intelektualnego dynamizmu „Tygodnik Powszechny” był w rządzonej przez komunistów Polsce najlepszym czasopismem, najbardziej godnym zaufania źródłem informacji i najbardziej otwartym, interesującym forum dla komentarza społecznego. Reżim zdawał sobie sprawę z powagi jego celów i wpływu, jaki wywierał na polską inteligencję, katolicką i niekatolicką – „Tygodnik Powszechny” był nieustannie nękany przez państwo, jego zawartość cenzurowana, a nakład ograniczany przez limitowanie papieru. Komuniści cierpieli tez w powodu, że „Tygodnik Powszechny”, korzystając w znacznej mierze z niezręczności władz w postępowaniu z intelektualistami, miał wśród swoich współpracowników takich ludzi jak historyk sztuki Jacek Woźniakowski czy Stanisław Rodzinski, wybitny malarz współczesny (później rektor krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych), których religijne i polityczne przekonania sprawiały, że nie mogli być zatrudnieni w państwowych uczelniach. „Tygodnik Powszechny” od lat pięćdziesiątych do osiemdziesiątych dysponował „czytelniczym powielaczem”, którego mogłyby mu pozazdrościć wszystkie zachodnie czasopisma. Przekazywana z rąk do rąk w obrębie szerokiej sieci inteligencji gazeta przez lata pełniła kluczowa rolę, tworząc więź miedzy opozycyjnymi intelektualistami katolickimi i niekatolickimi. [...] Niemało polskich biskupów uważało jednak „Tygodnik Powszechny” za niebezpiecznie niezależny i „liberalny”, a pismo od czasu do czasu przyprawiało o ból głowy prymasa, Kardynała Wyszyńskiego. Mimo tych napięć, „Tygodnik Powszechny” stanowił ostoję uczciwości w zalewie dziennikarskiego załamania komunistycznego i katolicko - ugodowego. Traktował on życie kulturalne i intelektualne równie poważnie jak problemy Kościoła i sprawy publiczne, co czyniło zeń tak cenną rzadkość w publicystyce katolickiej swojego czasu i miejsca, zarówno w latach czterdziestych, jak i w późniejszych dekadach.

Mission de France, pierwszy artykuł Karola Wojtyły, był przychylnym spojrzeniem na ruch księży-robotników jako nowatorską odpowiedz duszpasterską na rozpaczliwą sytuację powojennego katolicyzmu francuskiego, który zawsze cieszył się zainteresowaniem katolickich intelektualistów w Polsce. [...] Drugim artykułem Wojtyły w „Tygodniku Powszechnym” był hołd dla Jana Tyranowskiego: Apostoł. W następnych latach będzie on pisał artykuły o antropologii chrześcijańskiej, czystości małżeńskiej i na inne tematy. [...]

„Tygodnik Powszechny” był nie tylko literacką odskocznią dla młodego księdza-publicysty. Ludzie „Tygodnika” stali się dla niego częścią społecznego i intelektualnego środowiska. Tutaj mógł rozmawiać na tematy teologiczne i kościelne z podobnymi sobie intelektualistami, którzy także oddawali swoje życie Kościołowi, chociaż znakomita ich większość to byli świeccy. [...]

Dzieło literackie Wojtyły rozkwitło w okresie pierwszych dwunastu lat jego kapłaństwa. Wojna, życie w kraju zdominowanym przez komunistów i poszerzające się duszpasterskie doświadczenia i odpowiedzialność, wszystko to stało się ziarnem dla jego poetyckiego i dramatycznego młyna. Wojtyła wybrał pisanie pod dwoma pseudonimami – Andrzej Jawień (nazwisko pospolite w Niegowici) i Stanisław Andrzej Gruda. Jerzy Turowicz sadził, że chciał w ten sposób zaznaczyć różnice miedzy swoim dziełem literackim a pisaniem na temat religii, wiary, moralności i spraw Kościoła, zawsze publikowanym pod własnym nazwiskiem. Zdaniem Turowicza, Wojtyła słusznie chciał, by jego praca literacka oceniana była na podstawie jej wartości, a nie jako księżowska ciekawostka.

Pisarze piszą z wielu powodów. Sztuki i wiersze Wojtyły były wyrazem przekonania, do którego doszedł wcześnie i które w ciągu życia pogłębiało się – że rzeczywistości nie da się ująć za pomocą tylko jednego narzędzia.. Nawet kiedy już został zawodowym filozofem, nauczycielem tego przedmiotu i profesorem – przewodnikiem dla filozoficznej pracy innych, nadal był przekonany, że jedna ze słabości współczesnego życia intelektualnego jest panująca we wszystkich dyscyplinach tendencja do przeświadczenia, ze istnieje tylko jeden sposób ujmowania rzeczywistości człowieka. Uderzało to Wojtyłe jako przejaw pychy i jako cos niemożliwego. Głębię ludzkiego doświadczenia można naprawdę przebadać tylko za pomocą wielu rożnych metod. Literatura – w jego przypadku sztuki dramatycznej i poezja – może czasem dotrzeć do prawdy, której nie da się adekwatnie ująć ani filozoficznie, ani teologicznie Jak wielu filozofów dwudziestego wieku, Wojtyła żywił przeświadczenie, że język, czy to naukowy, czy literacki, jest zawsze nieadekwatny do rzeczywistości, którą usiłuje uchwycić i przekazać. Toteż literacka działalność Wojtyły nie była jego hobby. Był to inny sposób „bycia obecnym” w życiu drugich poprzez naturalne dla pisarza medium dialogu.

„Świadek nadziei”, George Weigel, Znak - Kraków, 2005

 

        Poeta, dramaturg, filozof

Karol Wojtyła zaczął pisać swoją pierwszą dojrzałą sztukę, Brat naszego Boga, w wieku dwudziestu pięciu lat, na ostatnim roku w krakowskim seminarium. Od dawna był zafascynowany życiem Adama Chmielowskiego, Brata Alberta, jednej z najbardziej intrygujących postaci w polskim życiu kulturalnym i religijnym, zetknąwszy się z jego dziełem po raz pierwszy w czasach studenckich na Uniwersytecie Jagiellońskim i później podczas wojny. [...]

W Bracie naszego Boga dramatopisarz przedziera się przez tajemnice decyzji o powołaniu, rozważając historyczną postać, której walka była podobna do jego własnej i której przykład stał się wzorem dla jego własnego kapłaństwa. Napisanie tej sztuki było jednym ze sposobów spłacenia „długu wdzięczności” Karola Wojtyły Bratu Albertowi. Przed sklepem jubilera, poetycka medytacja o tajemnicy małżeństwa, była częściowo spłaceniem długu Wojtyły wobec Środowiska. Równocześnie stanowiła pogłębienie medytacji dramatopisarza nad walką człowieka o to, by stać się darem, a stawszy się nim, przeżyć swój los jako stworzenie uczynione na obraz Boga.

Poetyckie talenty Wojtyły pięknie ujawniają się w sztuce Przed sklepem jubilera, która opowiada o wewnętrznej historii trzech małżeństw. [...]

Poezja Wojtyły, podobnie jak jego sztuki, jest pewnym sposobem „bycia obecnym” dla drugich w rozmowie o prawdzie rzeczy.

Nie jest to poezja łatwa, ani w oryginale, ani w przekładzie. Ale jego poematy oddają „głos” Karola Wojtyły w sposób uprzywilejowany, zwłaszcza jego wgląd w ludzkie relacje, walki indywidualnego sumienia i doświadczenia mistyczne. Pisane telegraficznym, czasem eliptycznym stylem poematy oscylują pomiędzy skrajną konkretnością a abstrakcją. Przejawiają też uderzającą zdolność wnikania „do wnętrza” doświadczenia i świadomości drugiego człowieka. [...]

Praca profesora Karola Wojtyły jako filozofa, podobnie jak i jego działalność literacka jako poety i dramaturga, rozwinęła się w harmonii z jego pracą kapłańską. Wojtyła wchodząc na katedrę czy siadając za profesorskim biurkiem, nie brał w nawias swoich zainteresowań duszpasterskich. Jedna z takich syntez wielowymiarowego życia była pierwsza książka Wojtyły Miłość i odpowiedzialność. Jako filozoficzne dopełnienie tematów zgłębianych w formie dramatycznej w sztuce Przed sklepem jubilera stanowiła ona przykład przekonania Wojtyły, że do prawdy rzeczy można dotrzeć tylko stosując rożne metody. [...] Miłość i odpowiedzialność niejednego wprawiła w zdumienie, kiedy została po raz pierwszy wydana w roku 1960 – a w tym momencie Karol Wojtyła od dwóch lat był już biskupem. [...] To, że nie odniosła ona natychmiastowego sukcesu, poza ograniczonym kręgiem czytelników, będzie miało następstwa, z którymi przyjdzie się zmagać Karolowi Wojtyłe w nieodległej przyszłości.

„Świadek nadziei”, George Weigel, Znak - Kraków, 2005

 

        KUL

Z początkiem lata 1953, w momencie brutalnego zamknięcia „Tygodnika”, Karol kończy swoją pracę habilitacyjną na temat Maksa Schelera i poszukuje dla niej recenzentów. Przygotowuje się do kolokwium habilitacyjnego. To ważny etap w karierze uniwersyteckiej. W oczach dawnego gimnazjalisty z Wadowic ta intelektualna i administracyjna procedura jest swego rodzaju namaszczeniem. [...]

Z końcem roku 1953 od Moskwy po Warszawę sukcesorzy Stalina ostro walczą o jego schedę polityczną i sytuacja we wszystkich państwach Europy Wschodniej jest skrajnie napięta. [...] W Krakowie władze zabierają się wkrótce do Wydziału Teologicznego, który od założenia w 1397 roku podlega Kościołowi. [...] Szacowny wydział zostaje zamknięty w październiku 1954 roku. Historycznym zrządzeniem losu zatwierdzenie habilitacji Karola Wojtyly będzie ostatnim oficjalnym aktem Wydziału Teologicznego UJ przed jego zamknięciem. [...]

W roku 1954 komuniści zabierają się również do prestiżowego Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Aresztują rektora, usuwają kilku starych profesorów, zastraszając studentów. Likwidują Wydział Prawa. Nieco wcześniej (1946) pewien wybieg administracyjny – posłużenie się przedwojennymi, nadal obowiązującymi statutami – pozwala kadrze naukowej zachować ostatecznie Wydział Filozoficzny. [...] Przyszły papież będzie miał tytuł docenta i trzy godziny płatnych wykładów tygodniowo w Katedrze Etyki i Filozofii, kierowanej przez ojca profesora Bednarskiego. Temat wykładów tego pierwszego roku to „Akt i przeżycie etyczne”. Następnego roku, na podobnych warunkach, będzie prowadził wykład „Dobro i wartość” [...]

KUL to miejsce jedyne, wyjątkowe, jakiś cud w tej wzburzonej powojennej rzeczywistości. [...] Wygląd dziedzińca nie uległ zmianie, wyjąwszy nową fasadę. Na drugim piętrze, w lewym skrzydle, sala 208 poświecona jest Piusowi XI. W latach pięćdziesiątych była to sala 33, gdzie wykładał profesor Wojtyła. Pomieszczenie pękało w szwach; studenci, którzy przychodzili z innych wydziałów, stali ściśnięci rzędem pod ścianami. Profesor Wojtyła nie należy do tych, którzy zasiadają i odczytują w uczony sposób z roku na rok te same kartki. Ma zwyczaj przechadzać się w trakcie mówienia wzdłuż podium, ze spuszczoną głową, z założonymi z tyłu rękami, bez notatek. Ma manie powtarzania tego samego na rożne sposoby, pod rozmaitymi kątami, powracania do tych samych istotnych elementów. Syntezy dokonuje dopiero wtedy, gdy jest pewien, ze to, co mówił, zostało dobrze zrozumiane. [...]

W ciągu dwudziestu lat nauczania na KUL-u Wojtyła nigdy na stałe nie zamieszkał w Lublinie. [...] Do Lublina jeździ na wykłady pociągiem. Godziny zajęć ma skomasowane, by ograniczyć te podróże. Początkowo raz na dwa tygodnie wsiada w nocny pociąg, który przyjeżdża do Lublina o piątej rano. W tamtym okresie pokonanie trzystu kilometrów dzielących oba miasta zajmują osiem godzin. [...] Trudno się więc dziwić, że po tak krótkich nocach profesor Wojtyła pada czasem ze zmęczenia podczas swoich wykładów” Tym bardziej, że ten „szaleniec Boży” nie korzysta z przerw, by odprężyć się trochę i porozmawiać spokojnie z kolegami przy filiżance herbaty: najczęściej można go zobaczyć, jak modli się w kaplicy albo pilnie odmawia brewiarz. Sukces odniesiony na uniwersytecie, który mógłby mu zawrócić w głowie, jak to często się zdarza wśród księży; nie zmienił w nim tego co najistotniejsze. Jedna z jego dawnych uczennic pisze w swych wspomnieniach, jak poproszono ją, by na zakończenie roku wręczyła profesorowi Wojtyłe bukiet tulipanów w podziękowaniem od wszystkich uczniów: wzruszony poprosił ją grzecznie, by zaniosła te kwiaty do kaplicy Matce Bożej.

Wiosną 1955 roku studentki KUL-u zaskoczone są propozycją profesora Wojtyły, by zorganizować dwudniowe rekolekcje w Pewli koło Żywca (w Beskidzie), zamiast zwyczajowych rekolekcji za zakończenie roku w kaplicy uniwersyteckiej. Większość z nich na zawsze zapamięta komentarz do encykliki Mystici Corporis Christi wygłoszony pod rozwiegwieżdżonym niebem. [...]

Potem, w 1957 roku, będzie mieszkać w innym klasztorze – u urszulanek „czarnych”. Budynek ma jakieś łuki, jakieś ukryte drzwi, schody z drewna dębowego prowadzące na pierwsze piętro, na długi korytarz pachnący pastą do podłogi. W tym korytarzu ksiądz Wojtyła tuż po przybyciu z lubelskiego dworca odprawia często z siostrami drogę krzyżową. W przyległej kaplicy zawsze długo modli się do Matki Bożej Częstochowskiej. Potem zamyka się w pokoiku po drugiej stronie korytarza, z oknami wychodzącymi na stary klasztor, i pracuje.

W zimie raz w miesiącu wyprawia się z młodzieżą na ulubione górskie trasy, z nartami na ramieniu i brewiarzem w kieszeni. [...] Kiedy robi się ciepło, odstawia narty i oddaje się innym przyjemnościom. W maju zakłada plecak i wyrusza na Turbacz, jedno ze swych ulubionych miejsc. Od 15 lipca do 1 sierpnia z grupą dwudziestu dwóch młodych entuzjastów uczestniczy w spływie kajakowym Czarną Wodą i po Jeziorze Wieprznickim, od Skorzewa aż do Grudziądza. [...] Pomiędzy tymi licznymi wyjazdami sportowymi Wojtyła prowadzi wykłady na KUL-u, gdzie jest coraz bardziej obciążany zajęciami. Po pierwsze, uczestniczy w coraz liczniejszych seminariach i konferencjach specjalistycznych: w Towarzystwie Naukowym KUL-u wygłasza wykład pod tytułem „Dwie koncepcje wolności” (kwiecień) i „O podstawach perfekcjoryzmu w etyce” (październik); w Instytucie Wyższej Kultury Religijnej (IWKR) ma cykl wystąpień na temat etyki małżeńskiej. A z początkiem roku akademickiego 1956/1957 obarczony zostaje większością wykładów z filozofii moralnej. Tego roku ojciec profesor Bednarski wyjeżdża do Rzymu i pozostawia Wojtyle całą katedrę. Będzie więc on miał osiem godzin wykładów i ćwiczeń tygodniowo. [...]

Jeden z jego ówczesnych krakowskich studentów, wówczas dwudziestoletni seminarzysta, Romuald Waldera przypomina sobie, że Wojtyła przychodził do znajdującego się przy Alejach Mickiewicza 3 seminarium w stroju dobiegającym od dosyć wyszukanego sposobu ubierania się krakowskich profesorów. Zamiast czarnego kapelusza nosił zawsze te sama skórzaną pilotkę, która tak frapowała lubelskie urszulanki, i tę sama bluzę ze zgrzebnego materiału na wytartej sutannie. „Kiedy w sali wykładowej rzucał swój płaszcz na krzesło, każdy mógł się przekonać, że ubierał się biedniej niż większość studentów”.

Studenci, seminarzyści, w ogóle młodzież: słuchanie, formacja i spotykanie się z tymi chłopcami i dziewczętami jest dla księdza Wojtyły wielką przyjemnością. Oni są jego radością i racją bytu.

Bernard Lecomte „Pasterz”, Wydawnictwo Znak, Kraków 2006

 

        Najmłodszy biskup w Polsce

Na początku sierpnia 1958 roku ksiądz Karol Wojtyła rozpoczął ze Środowiskiem dwutygodniową wyprawę kajakową na rzece Łynie w północno-wschodniej Polsce. [...] 5 sierpnia [...]Wojtyła otrzymał list polecający mu natychmiast stawić się u Prymasa, kardynała Wyszyńskiego, w Warszawie.

Wyruszyli w dwa kajaki, Wujek sam w jednym, Zdzisław Heydel i Gabriel Turowski w drugim. Trzej mężczyźni wyciągnęli kajaki z rzeki niedaleko drogi do Olsztynka, najbliższej stacji kolejowej, i zostawili je pod mostem. „Admirał” Heydel próbował zatrzymał przejeżdżające auto. Zatrzymała się ciężarówka z mlekiem i Heydel powiedział, że zapłacą za benzynę, jeżeli szofer zawiezie ich do Olsztynka. Wujek usadowił się miedzy bankami z mlekiem. Kiedy dojechali do stacji w Olsztynku, wśliznął się do toalety, włożył sutannę i, jak potem powiedział Turowski „wyszedł z toalety znowu jako ksiądz”.

Kiedy ksiądz Karol Wojtyła wszedł do biura Prymasa, kardynał Wyszyński poinformował go, że 4 lipca papież Pius XII mianował go tytularnym biskupem Ombi i biskupem pomocniczym arcybiskupa Baziaka, administratora apostolskiego archidiecezji krakowskiej. Wojtyła przyjął nominacje i natychmiast udał się do klasztoru sióstr urszulanek w stolicy, zapukał do drzwi i zapytał, czy może się pomodlić. Siostry go nie znały, ale sutanna była wystarczająca przepustką. Zaprowadziły go do swojej kaplicy i zostawiły samego. Po pewnym czasie zaczęły się niepokoić i cichutko otwarły drzwi do kaplicy, żeby zobaczyć, co się dzieje. Wojtyła leżał krzyżem na podłodze przed tabernakulum. Przestraszone siostry wyszły, myśląc, że jest on może pokutnikiem. Parę godzin później wróciły. Nieznajomy ksiądz nadal leżał przed Najświętszym Sakramentem. Było już późno i jedna z zakonnic zapytała: „Może ksiądz zechciałby przyjść na kolacje...?” Nieznajomy odparł: „Mój pociąg do Krakowa odjeżdża dopiero po północy. Proszę pozwolić mi tu zostać. Mam dużo do porozmawiania z moim Panem...”

Uładziwszy swoje sprawy z Bogiem, ksiądz Wojtyła pojechał omówić wszystko z arcybiskupem Baziakiem, który prawdopodobnie spodziewał się, że jego nowy biskup pomocniczy zostanie już w Krakowie. Wojtyła jednak powiedział arcybiskupowi, że musi wracać na Łyne, żeby odprawić niedzielną mszę świętą dla swoich przyjaciół. Heydel i Turowski wyjechali mu naprzeciw na drogę do Olsztynka, koło mostu, gdzie wtedy zatrzymali ciężarówkę, i powiosłowali z powrotem do miejsca biwaku. Starzy przyjaciele, zaskoczeni nowiną, zastanawiali się, jak teraz powinni do niego mówić. Nie martwcie się, powiedział, „Wujek zostanie Wujkiem”. I tak Karol Wojtyła w wieku lat trzydziestu ośmiu został najmłodszym biskupem w Polsce. [...]

W uroczystość św. Wacława, 28 września 1958 roku, Karol Józef Wojtyła udał się do Katedry na Wawelu, by zostać konsekrowanym na biskupa, otrzymując pełnię kapłaństwa i stając się następcą Apostołów Chrystusa, zgodnie z teologią Kościoła. Katedra nabita była przyjaciółmi Wojtyły, kolegami akademickimi i, oczywiście, członkami Środowiska, z których żaden nie pozwolił wilgotnemu, pochmurnemu dniowi zgasić w sobie ducha. [...] Jako motto na swoim biskupim herbie biskup Wojtyła wybrał łacińskie słowa Totus Tuus [Cały Twój], z modlitwy poświecenia się Pannie Maryi sw. Ludwika Grignion de Montfort, z którą zetknął się po raz pierwszy podczas swych nocnych czytań przy przyćmionym świetle w chemicznej fabryce Solvay. [...]

Karol Wojtyła nigdy nie uważał administracji kościelnej za swoje biskupie powołanie. Według niego biskupstwo jest w pierwszym rzędzie urzędem kaznodziejskim i nauczycielskim i w służbie temu apostolatowi w Krakowie był niezmordowany. [...] Kaznodziejstwo i nauczanie Wojtyły w tym okresie podejmowało tematy odnowy, które wkrótce staną się znane w całym katolickim świecie. W roku 1958 na konferencji dla lekarzy podkreślił „ogromne zaufanie Boga do możliwości człowieka”, zaufanie, którego wymownym świadectwem było Wcielenie Syna Bożego. [...]

Acybiskup Eugeniusz Baziak umarł w nocy z 14 na 15 czerwca 1962 roku. [...] 16 lipca kapituła metropolitalna, zgromadzenie zasłużonych kapłanów, obrała biskupa Wojtyłę „wikariuszem kapitulnym”, to znaczy tymczasowym administratorem archidiecezji krakowskiej do czasu aż zostanie wybrany i wprowadzony na urząd następca arcybiskupa Baziaka. Było to uderzające wotum zaufania do młodszego z krakowskich biskupów pomocniczych, który dwa tygodnie później potwierdził zasadę; że „Wujek pozostanie Wujkiem”, wybierając się na coroczną dwutygodniowa wyprawę kajakową ze swoimi młodymi przyjaciółmi i ich rodzinami. Podczas wyprawy dyskutowano nad znaczeniem zbliżającego się II Soboru Watykańskiego, który papież Jan XXIII zapowiedział w roku 1959. Wujek twierdził., że będzie to przełom w życiu Kościoła.

„Świadek nadziei”, George Weigel, Znak - Kraków, 2005

 

        Sobór Watykański

W uroczystym dniu 11 października, odbywa się ceremonia otwarcia Soboru, skapana w nierzeczywistym świetle przenikającym przez witraże Bazyliki Świętego Piotra. Liturgia jest wspaniała. Uroczystość transmituje zresztą na cały świat włoska telewizja, co już samo jest wyjątkowe. Zgromadzeni biskupi po raz pierwszy mają wrażenie, że uczestniczą w historycznym wydarzeniu. Po odśpiewaniu Veni Creator i uczestnictwie we mszy celebrowanej przez kardynała Tisserant, dziekana Świętego Kolegium, Karola Wojtyła wraz z innymi ojcami soborowymi wysłuchuje mowy Jana XXIII. Jest to mowa bardzo osobista, tak w treści, jak w formie, w której papież spokojnie objaśnia dwa cele Soboru: przystąpienie do aggiornamento Kościoła – to włoskie wyrażenie przejdzie do historii – i podjecie działań wspomagających jedność chrześcijan. [...]

Delegacja siedemnasta polskich biskupów podzieliła się w Rzymie na dwie grupy. Prymas kardynał Stefan Wyszyński zamieszkał w Instytucie Polskim przy Via Pietro Cavallini 38; towarzyszyli mu jego sekretarz i kapelan oraz sekretarz episkopatu arcybiskup Zygmunt Choromański. Wyszyński rządzi z tego „sztabu operacyjnego” jak władca, lub raczej jak generał w czasie wojny.

Prymas zbiera co tydzień swoją „armię” na briefing, aby przydzielić zadania i tematy – czasem wyznaczeni do wykonania jakiegoś trudnego zadania są pełni obaw – i przede wszystkim po to by ustawić linie postępowania. Nie może być mowy o pojawieniu się choćby najmniejszej różnicy zdań w łonie tej grupy! Polacy będą jednymi z pierwszych, którzy zorganizują się jako grupa narodowa, powierzając poszczególnym członkom zespołu troskę o reprezentowanie stanowiska ich wszystkich podczas debat. [...]

Karol Wojtyła mieszka z dziewięcioma innymi biskupami w Kolegium Polskim przy Piazza Remuria na Awentynie, w miłym budynku, który stanie się później przystania kardynała Wojtyły. [...]

 

Życie w Collegio toczy się z sesji na sesję. Biskup Wojtyła wstaje bardzo wcześnie rano, jak to ma w zwyczaju, i uczestniczy we mszy o godzinie szóstej czterdzieści pięć, potem je śniadanie ze wszystkimi: jest herbata, kawa, okrągłe bułki – ten specjał rzymski zaskakuje go tym, ze jest w środku pusty. O ósmej rano specjalny autokar zawozi uczestników Soboru z Piazza Remuria na plac Świętego Piotra. [...]

Karol Wojtyła, przychodząc zazwyczaj nieco wcześniej, przyklęka najpierw przed jednym z bocznych ołtarzy Bazyliki. Przyzwyczai się do modlitwy i odmawiania brewiarza w spokoju, w kaplicy Najświętszego Sakramentu, przed tabernakulum ze złoconego brązu projektu Berniniego. Będzie tam spotykać sympatycznego zakonnika protestanckiego, który również przychodzi pomodlić się przed rozpoczęciem sesji. W ten sposób Roger Schutz, przełożony wspólnoty Taizé, jeden z nielicznych niekatolickich gości zaproszonych imiennie na Sobór, stanie się przyjacielem przyszłego papieża.

Zaraz po zajęciu miejsca Wojtyła wyjmuje spokojnie papier i pióro i od razu przystępuje do pisania. Zwyczaj, którego nabrał, zanim jeszcze został biskupem, i który będzie mu zawsze towarzyszył, zwraca uwagę jego soborowych kolegów, szczególnie tych najbardziej swobodnych. Zauważą, że ten Polak jest pracusiem, nigdy nie próżnujących intelektualistą, stale cos przygotowującym: najbliższą interwencję, krótkie wystąpienie w watykańskim radiu, następny wykład na KUL-u, rozdział nowej książki itd.

Po mszy, wypowiadając polecenie Extra omnes, biskup Felici, sekretarz Soboru, prosi osoby nieuprawnione o opuszczenie auli – tej części nawy, która została przekształcona w salę obrad – aby mogła rozpocząć się „kongregacja”. [...]

Posiedzenia kończą się o dwunastej piętnaście. Gdy strumień wychodzących spływa powoli nawą, Wojtyła oddala się w jakieś spokojne miejsce – jest to często ta sama kaplica Najświętszego Sakramentu – aby znowu się pomodlić przed odjazdem autokarem na obiad do Collegio. Przy tej okazji znowu poznaje interesujących ludzi: jakiegoś biskupa z odległego krańca ziemi, uczonego teologa czy prałata z otoczenia Ojca Świętego. [...]

Jeśli popołudniami Karol Wojtyła poświęca się własnej pracy lub zdaje na jedno z rozlicznych zebrań czy konferencji, organizowanych w rożnych punktach miasta, wtedy kolacje jest nową okazją do spotkań: w Collegio z przypadkowymi gośćmi lub u zapraszających go ludzi. Począwszy od trzeciej sesji Soboru, ten równie interesujący, jak serdeczny polski biskup zaczyna już być rozchwytywany. Biskup Wojtyła rzeczywiście zostawi po sobie wspomnienie osoby dyspozycyjnej, odprężonej, zawsze w dobrym humorze, niezmiennie uśmiechniętej. [...]

Sobór jest zresztą okazją do nadzwyczajnego przemieszania charakterów, kultur, doświadczeń. Maliński podkreśla, że miało to dla Karola kapitalne znaczenie: „Rozmowy. Kontakty. Spotkania. Ustawiczna wymiana myśli, poglądów, opinii, przekonań. [...] Sobór stanowił jakąś formę rekolekcji czy seminarium episkopatu całego świata. [...]

Rozpoczynałem swe uczestnictwo w Soborze jako młody biskup – powie Karol Wojtyła dwadzieścia lat po Soborze. – Pamiętam, ze moje miejsce było najpierw bliżej wejścia do Bazyliki Świętego Piotra, a od trzeciej sesji, odkąd zostałem mianowany Arcybiskupem Krakowskim, przeniosłem się bliżej ołtarza.

To prawda, ze do tego czasu biskup Wojtyła nie powiedział jeszcze nic szczególnie istotnego. Przedstawił interwencje dotyczące kwestii technicznych czy szczegółowych, tak samo jak dziesiątki innych biskupów. Dopiero począwszy od trzeciej sesji Soboru (14 wrzesnia-21 listopada 1964), zaczyna być zauważany. [...]

Biskup Wojtyła najmocniej odciśnie swój ślad na myśli II Soboru Watykańskiego w projekcie Konstytucji o Kościele w świecie współczesnym, zwanym Schematem XIII, który zostanie przekształcony ostatecznie w tekst zatytułowany po łacinie Gaudium et spes. Temat relacji Kościoła ze współczesnym światem pasjonuje Wojtyle. W trakcie dwuletnich debat soborowych wystarczająco już przekonał się, jak wielki jest rozziew miedzy pewnym typem Kościoła „rzymskiego” – tyle z sztywnego w poglądach, co archaicznego w funkcjonowaniu – a rozwojem rożnych technik, kultur czy obyczajów. Schemat XIII jest zresztą dla niego, jak i dla wszystkich biskupów z bloku wschodniego, kapitalną szansą, by pokazać oblicze takiego Kościoła, który jest lepiej dostosowany do swoich czasów, szczególnie wobec uporczywych ataków ateistycznego komunizmu. Stawka tej gry wydaje mu się warta zachodu. [...]

Wreszcie teraz zaczęto słuchać Karola – przypomina sobie Maliński. - [...] „Właściwie dopiero przy tej kwestii zaczęło się uciszać w auli. Dotąd wciąż trwał szum [...]. A on mówił dalej – wyraźnym, stanowczym głosem”. [...] Mówca, starannie dobierając słowa, zarzuca jego redaktorom umieszczenie Kościoła „ponad światem”, któremu tenże Kościół zdaje się „dawać pouczenia” i od którego oczekuje „posłuszeństwa”, zamiast pokazywać, że chce iść „razem ze światem w stronę prawdziwych rozwiązań trudnych kwestii dotyczących ludzkiego przeznaczenia”. Lepiej byłoby przekonywać siłą argumentów, zamiast chować się za moralizatorskimi upomnieniami, reasumuje Polak, ujawniając mimochodem pychę wszelkiej „mentalności klerykalnej”.”

Wojtyła w swojej mowie po raz kolejny poleca metodę heurystyczna, polegającą na tym, że nie narzuca się uczniowi prawdy autorytatywnie, lecz prowadzi się go do jej uznania za pomocą jego własnych argumentów i wiedzy. Taka koncepcja nauczania słowa Bożego będzie wielekroć stosowana przez kardynała Wojtyłe, a później przez papieża Jana Pawła II: dialog jest koniecznością, to pewne, lecz nie powinien by prowadzony ze szkoda dla prawdy. [...]

Nie ma zatem nic dziwnego w tym, ze i sam biskup Wojtyła zostaje zaproszony do prac w podkomisji doktrynalnej zajmującej się rewizja całego tekstu na przyszłą sesję. [...]

 

Praca w komisji, w której Paweł VI pokłada wiele nadziei, rozpoczyna się 31 stycznia 1965 roku w domu zakonnym w Ariccia, uroczystym starym miasteczku ze smukłym wiaduktem, położonym zaledwie o kilka kilometrów od Castel Gandolfo. Znajdzie się tam około dwudziestu biskupów i pięćdziesięciu „ekspertów, wśród których jest kilku francuskich teologów (miedzy innymi dominikanin Zves Congar, jezuici Henri de Lubac i Jean Danielou); będą się oni wytrwale spotykać na piętnastodniowych sesjach aż do czerwca. W Ariccia zrodzą się trwałe przyjaźnie, które przyniosą owoce i w późniejszym czasie. [...]

Wojtyła w swoich interwencjach miał ucieleśniać walkę przeciwko komunizmowi. Jego propozycje, ostrzeżenia czy argumenty są bardziej usytuowane w obszarze filozofii (przeciwko materializmowi), eklezjologii (przeciwko ateizmowi) lub wręcz ideologii (przeciwko marksizmowi) niż na płaszczyźnie czysto politycznej (przeciwko komunizmowi). To raczej inni ojcowie, co spośród najbardziej konserwatywnych na Soborze, reprezentują prąd czysto „antykomunistyczny”.

Głównym wkładem biskupa Wojtyły w dzieło II Soboru Watykańskiego jest być może to, że dał wystarczająco ożywczy impuls do głębokiej refleksji nad ateistycznym materializmem. Zniweczyło to wysiłki skrajnej frakcji, by w tekście Gaudium et spes zamieścić uroczyste potępienie komunizmu. Ani Wyszyński, ani Wojtyła, ani żaden polski biskup nie udzielili poparcia tej idei, którą określono mianem „politykowania”. Przystąpienie do takiej jałowej gry byłoby wodą na młyn polskich gazet, które i tak rozpisywały się obszernie na temat „ciasnego konserwatyzmu” polskich biskupów.

W trakcie soborowych debat sam Wojtyła wzbogacił i umocnił to, co jeszcze przez dłuższy czas będzie w pewnym sensie jego politycznym credo: „Mimo że system komunistyczny rzekomo chce szczęścia człowieka – jedynego celu świata bez Boga – to właśnie człowiek jest jego główną ofiarą!”. Przyszły papież wyciągnie z tego następujący wniosek: tylko mówiąc nieustannie o osobie ludzkiej, jej godności, jej prawach, trafia się w słaby punkt komunizmu. Mądrej głowie...

Bernard Lecomte „Pasterz”, „Znak”, Kraków, 2006

 

        Spotkania z Wujkiem Karolem

Ojciec Leon Knabit OSB, benedyktyn z Tyńca, autor licznych książek i programów telewizyjnych, opowiada o swoich „Spotkaniach z wujkiem Karolem”.

W latach 1956 – 1958 byłem kapelanem Domu Diecezjalnego w Pewli Małej, w Beskidzie Żywieckim. Piękne miejsce nad Koszarawą, bystrą górską rzeką, wśród łagodnych wzniesień pokrytych lasem. Sam dom niewielki, ale pakowny i gościnny, ściągał we wszystkich porach roku ludzi, którzy chcieli odpocząć i duchowo się ubogacić. Ileż stąd było wycieczek nad pobliską Kiczorę, na Pilsko, na Babią Górę; ile dyskusji przy ognisku na położonym opodal domu małym wzniesieniu, zwanym Olimpem; ile rekolekcji i dni skupienia dla rolników, nauczycieli, malarzy, pracowników, dla mężczyzn, kobiet, młodzieży; ile kolonii dziecięcych, a nawet kursów językowych; ile wreszcie spotkań ze znaczącymi ludźmi zajmującymi się sprawami Kościoła! Duszą i organizatorką wszystkich imprez była kierowniczka Domu, pani Krystyna Popiel, zwana przez wszystkich mieszkańców i gości Babcią.

Tam to właśnie w lutym 1958 roku pierwszy raz spotkałem księdza Karola Wojtyłę. Wpadł na parę dni z kilkoma studentami, by odetchnąć czystym powietrzem i zjechać na nartach z Pilska. Pełen pogody, życzliwości i spokojnym uśmiechu. Bardzo bliski i „swój” od pierwszego spotkania, a jednocześnie jakby trochę nieobecny, a może inaczej – jakby głębiej obecny wśród ludzi i spraw.

Posiłki w Domu Diecezjalnym jadało się w kuchni, w której okno było zamykane od wewnątrz taką wielką klapą-okiennicą dla ochrony przed złodziejami (byli już i wtedy). Na dzień podpierało się te klapę solidnym drągiem. W ten sposób powstawał jakby daszek nad częścią stołu. Do dzisiaj pamiętam Wujka Karola, bo tak wszyscy o Nim mówili, siedzącego przy posiłkach pod tym „baldachimem”, w cywilnym, sportowym ubraniu, uśmiechniętego i zamyślonego, więcej słuchającego niż mówiącego.

Do odprawienia Mszy Świętej pożyczałem Wujkowi Karolowi swoją sutannę. Prosiłem, raz, by zechciał przyjąć miejscową intencję mszalną, bo byłem tam jedynym stałym kapelanem, a wiernych, którzy chcieli, by im odprawić Msze święta, było wielu. Zgodził się chętnie, a ofiarę, która Mu wręczyłem – było wtedy tego aż 50 złotych - wrzucił, jak zaobserwowali inni, do puszki z napisem „Na kaplice”.

Czasu przeznaczonego na odpoczynek nigdy nie spędzał sam. Zawsze był w towarzystwie młodych ludzi. Nie stronił tez od starszych i słuchał ich z uwagą. Umiał jednak zawsze wygospodarować chwile dla siebie i, jak można się było domyślić, na spotkanie z Bogiem w swoim wnętrzu – przez oderwanie się do grupy, przejście trochę później lub wyjście wcześniej, czy wreszcie przez to charakterystyczne zamyślenie, które można było dostrzec u Niego i wtedy, gdy był już Papieżem...

Głośne były wtedy „chodzone” rekolekcje Wujka Karola. Podczas wędrówek po Beskidach czy Tarach stawiał przed uczestnikami problemy związane z wiarą, z postawą człowieka wobec Boga i dzisiejszego świata. Wędrówki odbywały się więc w charakterystyczny sposób: część czasu poświecono na rozmowy i dzielenie się przemyśleniami, cześć zaś na medytacje, rozważanie wielkich dzieł Bożych i osobistych problemów. W ten sposób zbliżano się do Boga – wyraźniej odczuwanego w pięknie przyrody niż gdziekolwiek indziej.

I, co najważniejsze, nie było w tym wszystkim żadnego przymusu. Wujek Karol nigdy nikogo nie ciągnął na siłę. Po prostu był sobą – człowiekiem, który traktował na serio Boga i uznawał wartość każdego człowieka spotkanego na swej drodze. Był w tym wszystkim tak zwyczajny, że nie odstraszał, a jednocześnie tak mocny i na swój sposób tajemniczy, że pociągał za sobą jak magnes wszystkich, którym zależało choć trochę na prawdziwym życiu.

Wiosną tegoż roku uczestniczyłem w Krakowie w konferencji dla księży, poświeconej zagadnieniom duszpasterstwa młodzieży, zwłaszcza młodzieży akademickiej. Wśród prelegentów, obok księdza Jana Pietraszki, późniejszego biskupa pomocniczego w Krakowie i wielkiego kaznodziei, zaznaczyła się wyraźnie osobowość księdza Wojtyły. W tym, co mówił, czuło się wielką miłość do młodych ludzi. Z wielkim zaangażowaniem uwrażliwiał nas na konieczność otworzenia się na potrzeby młodych ludzi, narażonych na utratę wiary, podlegających coraz silniejszym naciskom kół politycznych, wrogich religii i patriotyzmowi.

Troska o uszanowanie godności drugiego człowieka była zawsze charakterystycznym rysem osobowości przyszłego Papieża. Pamiętam takie wydarzenie: do Domu Diecezjalnego w Pewli należał stojący obok poniemiecki barak. W owych czasach nie było mowy, żeby instytucja kościelna mogła wybudować coś nowego. Doprowadzono wiec ów barak do porządku i w nim spożywano posiłki w lecie, organizowano wykłady i dyskusje oraz wieczorki humoru, jak to się dzisiaj w języku oazowym nazywa – pogodne wieczory. Kiedyś podczas zażartej dyskusji jedna z uczestniczek zaczęła się ze mną spierać, a wreszcie i trochę prześmiewać, jako ze moje poglądy nie bardzo się zgadzały z jej sposobem myślenia. Prosiłem ja, by dała spokój, a skoro to nie pomogło, po stosownym ostrzeżeniu trzepnąłem ja po głowie jakimś dość grubym modlitewnikiem, który akurat miałem w ręku. I nagle usłyszałem glos... Wujka Karola, który właśnie stał w pobliżu: - To i tak nieźle. Można było wziąć za włosy i wyciągać po tym baraku!

Zrobiło mi się gorąco. Na całe życie zapamiętałem te słowa.

O. Leon Knabit OSB, mnich, Tyniec 1998

Znak, Kraków 2006

 

        Pod znakiem broni

Tamtego wieczoru przedstawienie miało odbyć się w domu leżącym po lewej stronie Wisły. Lepiej często zmieniać miejsce spotkać i wybierać mieszkanie położone jak najdalej od tego, w którym zbierano się poprzednim razem. W ten sposób gestapo, które przecież musiało mięć jakąś listę adresów, nie mogło tak łatwo trafić na ślad i przyłapać uczestników na gorącym uczynku.

Aktorzy przybyli już jakiś czas temu, każdy z osobna. Publiczność też: liczba oglądających nigdy nie przekraczała piętnastu i były to zaufane osoby, zawsze osobiście zapraszane. Ponadto wszyscy musieli zachować szczególną ostrożność podczas drogi, aby nie trafić na jakiś patrol, ponieważ kto został przyłapany już po zaciemnieniu miasta, był wywożony do obozu koncentracyjnego.

Przez okna nie przedostawała się nawet najmniejsza wiązka światła. Okiennice były szczelnie zamykane, a okna od wewnątrz dokładnie oklejane. Ale właściwie to nawet wewnątrz, w salonie było prawie ciemno. Paliły się tylko dwie świece na jednym ze stolików – to była cała scenografia awangardowego teatru. Cześć dekoracyjna została zredukowana do minimum, nacisk kładziono przede wszystkim na słowo i na sposób jego wypowiedzenia i interpretacji.

W programie był poemat epicki Adama Mickiewicza pt. Pan Tadeusz, utwór wspaniale oddający ducha polskiego Romantyzmu. Miejsce, jakie zajmuje w literaturze polskiej, porównywalne jest do pozycji Iliady w kulturze greckiej czy Jerozolimy wyzwolonej w literaturze włoskiej. W dobie powstawania Pana Tadeusza Polska była w niewoli, dlatego tez Mickiewicz obrał sobie za cel stworzenie literackiej wyspy, na którą można byłoby uciec, zamykając drzwi przed hasłami docierającymi z Europy.

Tamtego wieczoru natomiast hałasy z Europy wdarły się brutalnie do tajnego teatrzyku położonego na lewym brzegu Wisły. Przedstawienie toczyło się wartko, przykuwając uwagę wszystkich widzów. Była to zasługa nie tylko utworu, ale i samych aktorów, którzy tak doskonale wcielili się w role, iż w świadomości oglądających jawili się jako sami bohaterowie utworu! Wspaniale grała Halina, koleżanka Karola jeszcze z przedstawień wadowickich, wspaniałe były nowe członkinie grupy teatralnej – Danuta i Krystyna. I oczywiście wspaniale recytował młody Wojtyła – głosem pełnym napięcia i zaangażowania, dając popis perfekcyjnej dykcji.

Nagle z ulicy doszły groźne i władcze słowa płynące z głośnika pojazdu wojskowego, który zatrzymał się tuz pod oknami zaciemnionego mieszkania: „Kwatera główna Wehrmachtu zawiadamia, iż niemieckie siły zbrojne wkraczają właśnie do Moskwy”...

Była to tylko propaganda, ale właśnie na niej opierała się nazistowska strategia: sprawdzić, aby wszyscy uwierzyli, iż Rzesza jest niezwyciężona, czyli pokonać przeciwnika psychologicznie, wzbudzając w nich strach i stwarzając wokół niego atmosferę nieustannego zagrożenia i terroru.

W salonie widzami wstrząsnął dreszcz. Nie był to jednak dreszcz strachu. Dobrze wiedzieli, czym ryzykują, przybywając na spotkanie. Całe zdarzenie trwało tylko chwilę. Recytujący właśnie Karol nie zawahał się ani przez sekundę, nie przerwał gry. Kontynuował deklamację, nie przyspieszając, jak gdyby nic nie zaszło, aż doszedł do wezwania, którego optymizm rozbrzmiewa aż po ostatnią końcową księgę poematu: Wojna tuż nad nami! Wojna o Polskę! bracie! Będziem Polakami! Wtedy dopiero widzowie i aktorzy zdali sobie sprawę ze znaczenia tego, co się wydarzyło: Polska stawiała opór nie tylko symbolicznie i nie tylko w czasach Mickiewicza, ale także w tamtych dniach okupacji nazistowskiej; nie poddała się ciemiężycielowi, wytrzymała i odważnie zareagowała, aby bronić pamięci narodowej, bronić kultury, bronić swojej narodowej tożsamości.

Potrzebę walki o tożsamość narodową odczuwał w głębi serca również Karol i jako Polak, jako patriota starał się usilnie wprowadzać ją każdego dnia w czyn. Kiedy przeprowadził się z Wadowic do Krakowa, od razu rozpoczął swoją teatralną działalność. Znany był w krakowskich kręgach artystycznych i dzięki temu udało mu się wejść do studenckiej eksperymentalnej grupy teatralnej i razem z nią występować. Ostatnim przedstawieniem, które młodzi aktorzy zorganizowali jeszcze w wolnej Polsce był Kawaler księżycowy – baśń oparta na znakach zodiaku napisana przez Mariana Niżyńskiego. Karolowi przypadła rola Byka.

Trzy miesiące później Niemcy najechali na Polskę i jednym z pierwszych postanowień generalnego gubernatora był zakaz wszelkiej działalności artystycznej i literackiej.

Reakcja Polaków była natychmiastowa. Z wcześniejszego doświadczenia wiedzieli, iż śmierć kultury niesie na sobą śmierć całego narodu. Jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać przeróżne inicjatywy, wszystkie oczywiście tajne. Powstały grupy teatralne. (...)

Karol był młodzieńcem niesamowicie aktywnym i wszędzie obecnym. Przystąpił nawet do „Unii”, tajnej organizacji katolickiej, mającej na celu nie tylko stawianie oporu faszyzmowi, ale także przygotowanie oraz zorganizowanie przyszłego społeczeństwa i nowego wolnego państwa. Ruch ten posiadał wiele komórek. (...). Przewidziana była też opozycyjna działalność kulturalna, ponieważ należało walczyć o wolność i niepodległość narodu, broniąc także języka polskiego. Kto chciał przystąpić do „Unii”, musiał złożyć uroczystą przysięgę wierności. Karol uczynił to, w pełni identyfikując się z jej ideałami i proponowaną metodą walki z okupantem. (...) Udało im się w końcu zrealizować stary pomysł Kotlarczyka i założyć Teatr Rapsodyczny: czyli teatr wewnętrznej głębi, żywego słowa, mający docierać do widza nie tylko poprzez bodźce wzrokowe, ale także poprzez zmysł słuchu. Teatr, którego celem byłoby odwoływanie się do polskich tradycji i polskiej kultury.

Powstał więc nie tylko nowy gatunek artystyczny, ale zgodnie z założeniami twórców „Unii” także nowa metoda walki. Nawet teatr nie był już celem samym w sobie, ale stał się prawdziwą formą sprzeciwu wobec nazizmu. „Protestem – jak mówił Kotlarczyk – przeciwko eksterminacji kultury polskiej na jej ziemi”.

Reżyser, scenograł i aktorzy dwa razy w tygodniu, w każdą środę i sobotę, przed godziną policyjną, zbierali się w mieszkaniu Wojtyły, które wszyscy zwali „katakumbami”. Suterena była zimna i ciemna, czasami brakowało prądu, a wtedy kontynuowano próbę przy blasku świecy. Po skończonym spotkaniu uczestnicy wychodzili pojedynczo z wielką ostrożnością, aby nikomu nie rzucać się w oczy. Zachowywali się jak konspiratorzy, i w istocie byli nimi ze względu na to, nad czym pracowali.

Ulice wokół Tynieckiej były pełne obwieszczeń zawierających listę, z każdym dniem coraz dłuższą, osób skazanych na rozstrzelanie. Były to często osoby znajome, jeśli nie zaprzyjaźnione!

Rozpoczęto wystawianie przedstawień. Pierwsze odbyło się w willi państwa Szkockich, kolejne w rożnych prywatnych mieszkaniach, z każdym razem w innym. Prezentowane teksty o wymowie patriotycznej i jednocześnie religijnej napisane zostały przez największych polskich twórców romantycznych, od Słowackiego poczynając, a na Mickiewiczu kończąc. Tak jak Pan Tadeusz odegrany tamtego pamiętnego wieczoru, kiedy ogłoszono bliski już upadek Moskwy. Zwycięstwo Niemiec nad ZSRR nigdy jednak nie nastąpiło...

„Historia Karola”, Gian Franco Svidercovschi Wydawnictwo „M”, 2002

 

        Z ZiemiI Świętej do Meksyku

Jego pierwsza ważna podroż rozpoczyna się 5 grudnia 1963 roku, nazajutrz po zamkniecie drugiej sesji soborowej. Tego dnia młody biskup wyrusza z kilkudziesięcioosobową grupą kolegów wszystkich narodowości na dwutygodniowa pielgrzymkę do Ziemi Świętej. Wśród nich znajduje się około dziesięciu rodaków; wspólnie z nimi przyszły papież będzie z wielką czcią odkrywał w Palestynie najmniejsze świadectwa obecności polskich pielgrzymów lub misjonarzy. Bóg wie, jak wiele ich tam jest.

Poza przyjemnością wynikająca z takiej wyprawy dla kogoś, kto do tej pory tak mało jeździł po świecie, Karol Wojtyła czerpie z niej podwójną korzyść. Ten „powrót do źródeł” śladami Jezusa jest przede wszystkim zgodny z idea soborowych obrad. A ponieważ Paweł VI oznajmił, że uda się osobiście do Ziemi Świętej, pielgrzymka Wojtyły będzie również rodzajem łączności z głową Kościoła.

Była piękna pogoda, gdy po międzylądowaniu w Kairze samolot skierował się w stronę Jerozolimy. Karol i jego towarzysze podroży mogą z zachwytem śledzić z lotu ptaka szlak „tej wędrówki do ziemi obiecanej, jaką odbywał w Starym Testamencie lud wybrany [...]: pustynię Egiptu do brzegów Morza Czerwonego, później góry Synaj i znów pustynie”. Podroż od razu, poza aspektem turystycznym, nabiera charakteru prawdziwej pielgrzymki duchowej. Już w Betlejem, w nocy z 8 na 9 grudnia. Wojtyła uczestniczy z przejęciem i wzruszeniem we mszy w sanktuarium Groty Narodzenia Pańskiego. Polski franciszkanin, odprawiający tu nabożeństwa od dziesięciu lat, zachęca pielgrzymujących rodaków do zaśpiewania kilku kolęd przed świętą grotą, zanim pójdą zwiedzać Grotta Lactis, zadziwiający kościół upamiętniający Matkę Bożą karmiącą Dzieciątko.

Na Wojtyle i jego towarzyszach prosty fakt bezpośredniego zetknięcia się z tymi wszystkimi tajemniczymi miejscami, znanymi im na pamięć dzięki Pismu Świętemu, wywołuje nadzwyczajne wrażenie, uczucie przeżywania „piątej Ewangelii” w rzeczywistym wymiarze, jak wyjaśnia w cytowanym powyżej liście. Jezioro Genezaret z rybakami wypływającymi, by zarzucić sieci, ruiny Kafarnaum i brzegi Jordanu, skąd Wojtyła, zabiera na pamiątkę kilka kamyków. Zielona i pagórkowata Galilea, kamienna i pustynna Judea, Betsaida, Nazaret, góra Tabor, Samaria i Studnia Jakuba, Betania i Góra Oliwna. Wreszcie Jerozolima; kaplica sióstr syjońskich, stacje Drogi Krzyżowej, wzgórze Golgoty, Grób Święty... Ileż tu odniesień biblijnych, ileż łacińskich cytatów, teologicznych przypomnień i duchowych wzruszeń! Tutaj Jezus spotkał Samarytankę, tutaj mieszkały Marta i Maria, z tego tarasu Piłat powiedział: „Ecce Homo”, na tej drodze Chrystus upadł, idąc na miejsce swej śmierci...[...]

25 stycznia 1979 roku o godzinie siódmej dwadzieścia Jan Paweł II wszedł do wypożyczonego przez państwo włoskie helikoptera, który miał zawieźć go na lotnisko Fiumicino. O ósmej na pokładzie samolotu „Dante Alighieri” wyczarterowanego przez linie lotnicze Alitalia Papież wyleciał w kierunku Meksyku w towarzystwie licznego i robiącego dużo hałasu orszaku kardynałów, dziennikarzy i policjantów. Był to początek jego pierwszej podroży i nikt nie wiedział, jak potoczy się ta papieska pielgrzymka do kraju, który do tego stopnia afiszował się ze swą nieugiętą laickością, że odmówił przyjęcia znamienitego gościa jako przywódcy religijnego. [...]

Po przybyciu do stolicy Meksyku (po międzylądowaniu w Santo Domingo) Papież ukląkł i ucałował meksykańską ziemię. Wtedy po raz pierwszy wykonał ten tak dobrze znany później gest. Zupełnie chłodne i powściągliwe słowa powitania wypowiedziane na płycie lotniska przez prezydenta Lopeza Portillę zabrzmiały niemal nieuprzejmie: „Witam w Meksyku, senor!”. Antyklerykalizm zobowiązuje. Jednak już kilka minut później wszyscy przedstawiciele rządu z zaskoczeniem zobaczyli, że na trasie papieskiego przejazdu pomiędzy lotniskiem a Zacalo w centrum meksykańskiej stolicy, gdzie wznosi się katedra, zebrały się miliony przybyłych nie wiadomo skąd ludzi. Meksyk – kraj laicki? Proszę bardzo! W wielobarwnym, podnieconym tłumie radość, sympatia, zapał – i tak było przez wszystkie dni papieskiej podroży.[...]

Wszędzie rozdzwonione kościoły, powiewające chorągiewki z wizerunkiem Ojca Świętego, okrzyki i łzy wśród tłumu na trasie, którą przejeżdżał promieniejący Papież. Wszędzie to samo skupienie podczas mszy, kazania pełne nadziei, gorące błogosławieństwa, bezpośrednie kontakty z ludźmi. [...]

Jan Paweł II nie był pierwszym papieżem, który podróżował. Wprawdzie następcy świętego Piotra przez długie wieki ograniczali swoje wyjazdy do Bazyliki Świętego Jana na Lateranie i do rezydencji w Castel Gandolfo, trzeba jednak przypomnieć, że już Jan XXIII dojechał (pociągiem) aż do Loreto i Asyżu, Paweł VI zaś – pierwszy papież, który latał samolotem – odbył około dziesięciu dalekich podróży: do Ziemi Świętej po Medellin, do Kampali po Manilę, od Nowego Jorku po Fatimę. Jan Paweł II miał być jednak pierwszym papieżem, który rozciągnie działalność Stolicy Apostolskiej na cały ziemski glob i uczyni z podróżowania nowy sposób kierowania Kościołem. [...]

Na płaszczyźnie religijnej podróżujący Papież był przede wszystkim pielgrzymem Ewangelii. Bez ustanku to powtarzał, zwłaszcza gdy media – nieco za bardzo, jak na jego gust – podkreślały polityczny aspekt którejś z jego podroży. Jan Paweł II zawsze koncentrował plan swoich podroży wokół głównych ośrodków pielgrzymkowych i symbolicznych miejsc katolicyzmu. [...]

Papież był tez Misjonarzem. „Idźcie i głoście dobrą nowinę wszystkim narodom” ( zob. Mk 16, 15; ŁK 24, 47) – powiedział Chrystus. Podróże apostolskie do krajów niechrześcijańskich, zwłaszcza w Afryce, w Azji i w Oceanii, ale także do niektórych zdechrystianizowanych krajów europejskich miały cel „misyjny” w tradycyjnym kościelnym rozumieniu. Swoją encyklikę Redemptoris missio z 7 grudnia 1990 roku Jan Paweł II osobiście zajął stanowisko w ważnej debacie zmierzającej od czasów Soboru do odróżnienia chrześcijańskich misji od imperializmu i kolonializmu, z którymi jeszcze niedawno je łączono. [...] „Kościół jest misyjny ze swej natury” (tamże, 5) – podkreślał Jan Paweł II – i to zobowiązuje go do dostosowywania swej misji do kryteriów danej epoki czyli do uprzywilejowania „celów”, które nie są z konieczności geograficzne: wielkie miasta i mieszkające w nich masy ludzkie; młodzież, imigranci i ludzie wykorzenieni; media, stowarzyszenia, koło naukowe i inne „współczesne «areopagi»” (także, 37). To właśnie w tych nowych kierunkach trzeba iść i głosić Chrystusa, będąc wpatrzonym w horyzont całego trzeciego tysiąclecia, które, jak stwierdził Papież z dziesięcioletnim wyprzedzeniem, ujrzy „wielką wiosnę chrześcijaństwa” (także, 86).

Bernard Lecomte „Pasterz”, Wydawnictwo Znak, Kraków 2006

 

        Mówce mi Wujku

Podroż do Zakopanego upłynęła w milczeniu. Pociąg był zatłoczony. Rozmowa z kapelanem bez sutanny i nazywanie go księdzem wzbudziłyby zdziwienie – albo podejrzenia ewentualnych typów z Urzędu Bezpieczeństwa, którzy mogli się tam kręcić. Dojechawszy do górskiej miejscowości, poszli do jakiejś kaplicy na msze świętą, a następnie do domu Teresy Skawińskiej. (...) Danuta Skrabianka zastanawiała się, jak będą rozmawiać z kapelanem w drodze powrotnej, nie zdradzając go czy nie kompromitując. Zebrawszy się na odwagę wytłumaczyła swoje wątpliwości i nieśmiało zapytała go, czy mogłaby go nazywać jakimś fikcyjnym nazwiskiem. Kapelan nie wahał się długo. Parafrazując najsławniejszą linijkę z Trylogii Henryka Sienkiewicza, ksiądz Karol Wojtyła odpowiedział strapionym studentkom: „Mówcie mi Wujku”.

Poprzedni papieże, mówiąc o swojej formacji w czasach, gdy byli młodymi księżmi, wspominali o latach spędzonych w Papieskiej Akademii Kościelnej, ekskluzywnej rzymskiej szkole dla kościelnych dyplomatów, albo o swoich pierwszych doświadczeniach profesorów seminarium. Tymczasem w każdej rozmowie o początkach swojego kapłaństwa Jan Paweł II podkreśla znaczenie swojego „Środowiska”. Różnica to wiele mówiąca.

Środowisko, termin zasugerowany przez samego Wojtyłę w latach sześćdziesiątych, używany jest obecnie jako samookreślenie przez grupę około dwustu mężczyzn i kobiet – w tym wielu małżeństw dziś mających już wnuki – która zaczęła formować się w okresie duszpasterzowania Wojtyly dla studentów przy kościele sw. Floriana. To, co później stanie się znane jako Środowisko, obejmowało kilka grup: młodych, dorosłych i par małżeńskich, z którymi pracował ksiądz Wojtyla. Pierwsi z nich nazywali siebie Rodzinką. Później grupa młodzieży Wojtyły nazwała się Paczką. W Środowisku grupy młodzieży ewoluowały w kierunku sieci grup dyskusyjnych. Zarówno młodzież, jak i intelektualiści zaangażowali się w wyprawy wakacyjne. Jest rzeczą nie podlegającą dyskusji, że te związki przyjaźni odegrały kluczową rolę w ukształtowaniu się idei i posługiwania Karola Wojtyły kapłana, biskupa i ostatecznie papieża.

Rodzinka, która stała się pierwszym składnikiem Środowiska Wojtyły, zawiazala się wieczorem 2 lutego 1951 roku. Było to święto Matki Boskiej Gromnicznej, uroczystość ofiarowania Dzieciątka Jezus w świątyni, i zgodnie z polskim zwyczajem, ostatni dzień śpiewania kolęd. Danuta Skrabianka, studentka literatury polskiej na uniwersytecie, mieszkała w żeńskim internacie sióstr nazaretanek, parę kamienic od kościoła sw. Floriana. Ona i kilka jej przyjaciółek spotkamy już uprzednio „młodego, skromnie ubranego, pobożnego księdza”, który, jak się okazało, opiekował się parafialnym duszpasterstwem akademickim. Kiedy zaprosił je, żeby pomogły zorganizować chór parafialny, zgodziły się o tym porozmawiać. Wspinając się po dwudziestu trzech stromych kamiennych stopniach na chór w kościele sw. Floriana, najpierw wypatrzyły parę starych butów, potem wytartą sutannę – wreszcie młodego księdza, który przywitał się z każdą i kazał im śpiewać kolędy. Kiedy skończyły, ksiądz poprosił, by zostały, i próbował zainteresować je śpiewem gregoriańskim. Zaprosił je też na następny środowy poranek na swoją msze o szóstej. Przyszły, a wkrótce dołączyli do nich chłopcy z pobliskiej Politechniki Krakowskiej, których ksiądz też zaprosił, by przyłączyli się do powstającego chórku. [...]

Po jakimś czasie grupa ta, liczącą mniej niż dwadzieścia osób, zaczęła spotykać się również w domach (gdzie młodzi ludzie poznawali swoje nazwiska). Chcąc wcielić swoje przekonania w czyn, zaczęli odwiedzać niewidomych i chorych, którzy nie mieli kontaktu z państwową służbą zdrowia, i zaradzać ich potrzebom. Spoiwem, które ich trzymało razem, była modlitwa, zwłaszcza modlitwa liturgiczna. Wojtyła organizował dla nich dni skupienia, mini rekolekcje dla zaznaczenia specjalnych okazji w ciągu roku. W dni świętych patronów, których imiona nosili, odprawiał dla nich msze święte i przychodził na przyjęcia imieninowe do ich domów. Jak wszędzie, studenci denerwowali się przed egzaminami. Ksiądz Wojtyła odprawiał dla nich msze rano w dzień egzaminu i przychodził na wieczorne zabawy poegzaminacyjne. Miedzy studentami zawiązały się głębokie przyjaźnie, a oni sami zaczęli nazywać się Rodzinką

Charyzmatyczny ksiądz Wojtyła nadal przyciągał sympatyków i Rodzinka poszerzała się o członków ich rodzin. Wojtyła proponował im, by przyprowadzali nowych ludzi, zwłaszcza młodzież, która potrzebowała przyjaźni. Życzliwość w grupie i otwartość, cechująca ich dyskusje, pozostawały w ostrym kontraście z atmosferą na uniwersytecie i politechnice, gdzie nikt nie mówił swobodnie z obawy przed donosicielami. Nie zastanawiając się na tym specjalnie, towarzystwo z Rodzinki stało się alternatywą dla pustki komunistycznego społeczeństwa. Po wycieczce w tygodniu wielkanocnym roku 1952 na pola krokusów koło Zakopanego, cała młodzież Wojtyła zaczęła nazywać go Wujkiem; było to czymś w rodzaje pseudonimu z ery stalinowskiej.

Dawniej zadaniem kapelana było zapewnienie studentom posługi sakramentalnej. Wojtyła myślał o sobie jako kapelanie w kategoriach posługi „towarzyszenia”, towarzyszenia studentom w ich życiu. Obecność kapelana nie mogła się ograniczać do świątyni i konfesjonału. Był przekonany, ze skuteczne duszpasterstwo ma być obecne w tym młodym życiu i w świecie, i w kościele.

Rodzinka i inne grupy prowadzone przez Wojtyłę były de facto podziemiem, nowym rodzajem ruchu oporu, tworzącym wyspy przestrzeni wolności w totalitarnym morzu. Młodzi ludzie Wujka nie uważali siebie za bohaterów czy buntowników, ale wolność, jakiej doświadczali w jego obecności i wśród przyjaciół, zaczynała ogarniać całe ich życie. [...]

Kiedy w jesieni roku 1951 polecono Wojtyle zrobić habilitację, przeniósł się z plebani u sw. Floriana do domu przy ulicy Kanoniczej 19, pod Wawelem. Grupa, która stała się w końcu jego Środowiskiem, dalej się rozszerzała. Wielu dawnych członków Rodzinki towarzyszyło mu w czasie mszy o szóstej rano, które po przeniesieniu się na Kanoniczą odprawiał codziennie w kościele św. Katarzyny na Kazimierzu. Jednak więź z kościołem sw. Floriana nie została całkiem zerwana. Wujek odprawiał tam mszę dla studentów w pierwszy piątek każdego miesiąca, głosił doroczne rekolekcje akademickie w czwartym tygodniu Wielkiego Postu i zabierał Rodzinkę czy swój „chórek”, śpiewający „gregoriankę”, na wycieczki.

„Świadek nadziei”, George Weigel, Znak - Kraków, 2005

 

        W duchu Vaticanum II

Idea Synodu Archidiecezji Krakowskiej powoli dojrzewała w umyśle Arcybiskupa [...]. Przy końcu lat sześćdziesiątych, kończąc U postaw odnowy. Studium o realizacji Vaticanum II, kardynał Wojtyla podjął decyzję. Najlepszym dla całej archidiecezji sposobem głębszego wprowadzania w życie Soboru będzie ponowne przeżycie doświadczenia Vaticanum Secundum poprzez synod archidiecezjalny, minisobór na poziomie Kościoła lokalnego. Dziewięćsetna rocznica męczeństwa św. Stanislawa wyznaczała uroczysta datę zamkniecie, tak że synod miał zakończyć się w roku 1979. Stanisław był biskupem krakowskim przez siedem lat, więc synod powinien trwać tyle samo, prace przygotowawcze zaś miał rozpocząć w roku 1971. Synody diecezjalne były niemal zawsze ustawodawczymi zgromadzeniami miejscowego duchowieństwa, o charakterze jurydycznym, mającymi na celu przygotowanie statutów prawnych dla Kościoła lokalnego. Ten synod miał być inny, tak jak inny był II Sobór Watykański. Miał to być synod duszpasterski, próba podzielenia się z kapłanami i ludem archidiecezji doświadczeniem kolegialności z Vaticanum Secundum. Synod dokonał pewnej pracy programowej, ale najpierw i przede wszystkim będzie budował chrześcijańską wspólnotę. Kardynał Wojtyla pragnął przemienić Kościół krakowski w tętniący życiem ruch ewangeliczny i apostolski. W taki sposób Sobór będzie mógł żyć w Krakowie, w harmonii z historyczną tradycją polskiego katolicyzmu, która Kardynał i jego wierni właśnie uroczyście celebrował. [...]

Po roku przygotowań Synod został uroczyście rozpoczęty 8 maja 1972roku w katedrze na Wawelu przy udziale przedstawicieli całej archidiecezji. Przez następne siedem lata Synodem kierowała Komisja Główna pod przewodnictwem biskupa Stanislawa Smoleńskiego i ks. Tadeusza Pieronka jako sekretarza generalnego. Spotkała się ona 119 razy, podejmując bieżącą odpowiedzialność za Synod pomiędzy trzynastoma plenarnymi posiedzeniami. Wszystkie główne decyzje synodalne podejmowano na zebraniach plenarnych, na których delegatami byli zarówno duchowni, jak i świeccy. Kiedy Synod już się rozwijał, zaczęły prace zespoły redakcyjne, przygotowujące dokumenty synodalne. Były one sprawdzane przez zebrania plenarne, na których można było głosować: „tak”, „nie” albo „tak ze zmianami”, tak samo jak na Vaticanum Secundum. (W Krakowie różnica polegała na tym, że Komisja Główna, sprawdzając każdą proponowaną poprawkę, dodatek czasem korektę, publicznie tłumaczyła, dlaczego dana propozycją przyjęła, odrzuciła albo zmodyfikowała). Ostatecznie Synod Krakowski stworzył obszerny, 400-stronnicowy zbiór dokumentów, obejmujących każdy aspekt życia Kościoła w archidiecezji, Dokumenty t z kolei zostały uporządkowane w trzech działach, odzwierciedlających trzy „urzędy” albo władze Chrystusa jako kapłana, proroka i króla – trzy urzędy, w których, jak uczy Gaudium et spes, uczestniczy lud Kościoła, będącego Ciałem Chrystusa w świecie.

Synodalna metoda dialogu czyniła doświadczenie Vaticanum Secundum żywym dla dziesiątków tysięcy katolików na terenie Krakowa. Odmiennie niż inne kościelne ciała, Synod Krakowski nie zaczął od pisania dokumentów. Przez dwa lata nawet nie rozpoczynał procesu szkicowania schematów, bo w tym czasie formowało się około 500 zespołów studyjnych, by czytać teksty II Soboru Watykańskiego z U podstaw odnowy kardynała Wojtyły jako komentarzem. Te zespoły studyjne (spośród których w roku 1997 spotykało się jeszcze około pięćdziesięciu) stanowiły serce i dusze Synodu Krakowskiego. Miały one wszelkie możliwe formy i rozmiary. Niektóre mieściły się w zakonach klauzurowych, inne w seminariach; ogromna większość z nich istniała przy parafiach. W tych zespołach księża i świeccy, intelektualiści i robotnicy, kobiety i mężczyźni, starzy i młodzi spotykali się, żeby się modlić, studiować nauczanie soborowe, porównywać to nauczanie ze swoim życiem codziennym i sugerować zastosowanie myśli soborowej do rozmaitych rodzajów posługi w archidiecezji. Te refleksje i rekomendacje przedstawiciele grup studyjnych przekazywali na sesjach plenarnych Synodu.

Zespoły studyjne były miejscem, w którym Synod budował wspólnotę chrześcijańską, zgodnie z soborową koncepcją Kościoła jako „komunii”(communio) wierzących. W grupach tych archidiecezja spotykała się z dokumentami Vaticanum Secundum organicznie, jako ze spójna całością. Kiedy nadszedł czas zastosowania nauczania soborowego na terenie całej archidiecezji, nie byli potrzebni żadni eksperci z zewnątrz. Ludzie w archidiecezji sami znali dokumenty soborowe i przez lata intensywnego wysiłku nauczyli się stosować nauczanie Caticanum Secundum we własnych specyficznych warunkach. W ten sposób Synod Krakowski pomógł archidiecezji uniknąć wiele z posoborowych napięć, jakich doświadczały inne części Kościoła. W Krakowie Vaticanum Secundum było przeżywane jako wydarzenie religijne, mające na celu umocnione życia ewangelicznego i apostolskiego w Kościele, a nie jako walka polityczna w obrębie kościelnej biurokracji.

„Świadek nadziei”, George Weigel, Znak - Kraków, 2005

 

        Drzwi od kurii zawsze otwarte

Budynek przy ulicy Franciszkańskiej 3. Bezpretensjonalna fasada w kolorze ochry, dwa piętra; krakowskie Stare Miasto ma dziesiątki takich budynków. Ciężka czarna brama. W przedsionku, po lewej, wejście do Kurii Metropolitalnej. Po prawej ocieniony krużganek prowadzi do dwuskrzydłowych drzwi, za którymi są szerokie kamienne schody o wytartych stopniach. Ogromne ściany zdobią portrety biskupów, wszystkich poprzedników Karola Wojtyły, a pośród nich znajduje się portret surowego kardynała Zbigniewa Olesnickiego, który pełnił ten urząd w XV wieku.

[...]

Na pierwszym piętrze, na wprost schodów – kaplica. Jej ściany zostaną później pokryte sztucznym marmurem w kolorze kości słoniowej. Od czasów Wojtyły nie zmienił się tylko strop kasetonowy w kolorach ciemnej czerwieni, zgaszonej zieleni, granatu. W kaplicy Arcybiskup ma swój klęcznik, w niej nieodmiennie rozpoczyna swój dzień, około godziny piątej trzydzieści, kiedy na zewnątrz pierwsze tramwaje budzą dzielnice metalicznym zgrzytem.

Wojtyła jest – i pozostanie – człowiekiem modlitwy. Codziennie spędza wiele godzin w kaplicy. To w niej, przed świtem, czerpie siły i szuka natchnienia, przygotowuje swój dzien. To w niej, o godzinie siódmej, odprawia msze dla kilku zakonnic i paru współpracowników. Czasami, jeśli po południu ma zaplanowane sprawowanie liturgii gdzie indziej, przechodzi przez ulice i modli się w bazylice Franciszkanów.

[...]

O ósmej rano wraca do pałacu biskupiego na przygotowane przez siostry śniadanie (biały ser, jajecznica, mleko), które zjada w kuchni. Zaraz potem powraca do kaplicy. Po lewej stronie ołtarza kazał umieścić specjalny pulpit ze składanym drewnianym blatem, coś między fotelem, a klęcznikiem; może tam uklęknąć, medytować, ale i usiąść, by czytać lub pisać. Tuż obok znajduje się grzejnik i lampa stojąca: pomyślano o wszystkim. Arcybiskup ma też swoje „manie”: aby zapewnić sobie spokój, zamyka od wewnątrz kaplice na klucz.

Tutaj pisze, w ciszy, przed Najświętszym Sakramentem. Przygotowuje nie tylko homilie czy listy pasterskie, lecz również konspekty filozoficzne, wiersze, zajmuje się urzędową korespondencją itd. Wojtyła to tyran pracy. Jeszcze zanim zostanie papieżem, jego sekretariat zgromadzi jakieś siedemdziesiąt stron zarchiwizowanych tekstów (listów pasterskich, odezw, itd). Już wtedy miał zwyczaj – i nigdy go nie zarzuci – notować w górnym rokustrony jakaś modlitwe, inwokacje lub początek psalmu: „Veni Sancte Spiritus”, „Adoro te devote”, „;agnificat anima mea Dominum” itd. O godzinie jedenastej Arcybiskup wychodzi z kaplicy i zmierza do salonow po lewej oraz do biura, w którym urzęduje. [...]

Drzwi salonu arcybiskupa Wojtyły sa zawsze szeroko otwarte. Przyjmuje wszystkich, którzy tego pragną. Czekają w holu czasem ponad dwie godziny, by moc się z nim spotkać. Każdy z krakowskich parafian wie, że może przyjść do niego bez umówienia się na spotkanie i przedstawić mu nawet jakiś osobisty problem. I będzie wysłuchany z uwaga, z życzliwością, czym Arcybiskup szybko zyska powszechne uznanie. Czasami na takie audiencje przychodzą do niego grupy lub przedstawiciele jakiejś społeczności.

[...]

O godzinie trzynastej trzydzieści wszystko to się kończy i Arcybiskup zasiada do stołu. [...]

Po posiłku dziesięć minut sjesty – w fotelu, aby nie zasnąć zbyt głęboko – i szybkie omówienie bieżących spraw z kanclerzem; później Wojtyła pozwala sobie na krotki spacer, często do Lasu Wolskiego, na Sikornik – wspaniałych terenów zielonych jeszcze nie zamienionych w miejskie parki. Następnie zaczyna codzienny maraton wizyt w parafiach i rożnych uroczystości w całej diecezji.

Wojtyła nigdy nie nauczył się prowadzić samochodu, jak sam powiem, żeby nie tracić czasu. W starym chevrolecie odziedziczonym po kardynale Sapieże kazał zamontować rodzaj małego pulpitu z opuszczonym blatem oraz z lampka umożliwiająca czytanie po zmroku. [...]

Rozkład zajęć arcybiskupa Wojtyły zapowiada już dokładnie sposób pracy papieża Jana Pawla II. Główna jego zasada, odziedziczona po ojcu, jest maksyma: czas jest darem, nie wolno roztrwonić najmniejszego choćby okrucha. Konsekwencja tego są niewiarygodnie dobrze zaplanowane dni, często prawie co do minuty. Kiedyś siostra jego przyjaciela Juliusza Kydryńskiego zapytała go: „Dlaczego ty się zawsze tak spieszysz, Karolu? Jaka to pilną pracę wykonujesz?”. A on w odpowiedzi tylko się uśmiechnął.

Ponieważ jest często zatrzymywany gdzieś na kolacji, wraca o późnej porze do swojego prywatnego apartamentu na pierwszym piętrze pałacu biskupiego. Składa się on z małego korytarza, gabinetu i malutkiego pokoju: niewielkie łóżko przykryte wełnianą wysłużoną narzutą, poduszka zdobiona motywami ludowymi, u wezgłowia plastikowa lampka. Na nocnym stoliku różaniec, termos, szklanka. Na podłodze, na parkiecie, para czarnych butów i starych, wyblakłych pantofli. Na ścianie renesansowy obraz Madonny i zimowy pejzaż polski , równie zwyczajny jak ten, który zdobił jego dawne mieszkanie przy ulicy Kanoniczej. Na prostym biurku z łuszczącym się lakierem tylko lampa ze skromnym abażurem, zdjęcie Pawla VI i piórnik z dużym piórem atramentowym (czarnym), dużym ołówkiem automatycznym (zielonym), okrągła, płaska gumka, że spinaczami i małym tekturowym pudełkiem z wizytówkami. [...]

Taki jest dobytek następny księcia Sapiechy. [...]

Biedny był ksiądz Wojtyła, biedny będzie arcybiskup, kardynał, a nawet papież Wojtyła. Wytarte sutanny, stary kapelusz, poniszczony płaszcz itd. Nadal niewiele się troszczy o osobisty komfort.

[...]

Krążą anegdoty, które zasilą później biografię dogna Proboszcza z Ars. Opowiada się, że któregoś dnia, gdy mieszkał jeszcze przy Kanoniczej, jakiś ubogi przyszedł prosić o wsparcie. Siostry Marysia i Emilia, które prowadziły dom, odsyłają go, mówiąc: „Już nic nie mamy”. Gniew biskupa: „Nic nie mamy”? Otwiera szafę i wskazuje na swoje koszule: „A to? A to?” No i siostry, pomrukując pod nosem, musza oddać dwie koszule proszącemu.

Bernard Lecomte „Pasterz”, Wydawnictwo Znak, Kraków 2006

 

        Walka o Kościół

Przebieg wizytacji duszpasterskiej zależał od warunków danej parafii. Faktycznie ich sytuacje były bardzo rożne. Na przykład wizytacja w parafii Mariackiej w Krakowie trwała dwa miesiące: tyle jest w niej kościołów i kaplic. Zupełnie inaczej było w Nowej Hucie: nie było tam kościoła, ale były dziesiątki tysięcy mieszkańców. Istniała jedynie mała kapliczka, dobudowana do dawnej szkoły. Trzeba pamiętać, że były to czasy postalinowskie trwała walka z religią. Rząd nie zgadzał się na budowę owych kościołów w „socjalistycznym mieście”, jakim miała być Nowa Huta.

Właśnie w Krakowie - Nowej Hucie nieustannie trwała zacięta walka o budowę kościoła. Ta wielotysięczna dzielnica była zamieszkała w większości przez przybywających z całej Polski pracowników wielkiego zakładu metalurgicznego. Zgodnie z założeniem władz, Nowa Huta miała być wzorowo „socjalistyczną”, czyli pozbawioną jakichkolwiek związków z Kościołem. Nie można było jednak zapomnieć, że ci ludzie, którzy przybyli tu w poszukiwaniu pracy, nie mieli zamiaru wyrzec się swoich katolickich korzeni.

Zmagania zaczęły się od dużego osiedla w Bieńczycach. Początkowo, na skutek pierwszych nacisków, władze komunistyczne wydały pozwolenie na budowę kościoła i wydzielono teren. Tam też ludzie od razu postawili krzyż. To pozwolenie jednak, dane jeszcze za czasów księdza arcybiskupa Baziaka, cofnięto i władze zarządziły likwidacje krzyża. Wierni zdecydowanie się temu przeciwstawili, Wywiązała się wręcz walka z milicją – były ofiary, ranni. Prezydent miasta prosił, żeby „uspokoić ludzi”. To był jeden z pierwszych aktów długiej walki o wolność i godności tej części narodu, którą losy rzuciły do nowej części Krakowa.

Ostatecznie ta walka została wygrana, choć za cenę długotrwałej „wojny nerwów”. Prowadziłem rozmowy z władzami, głownie z kierownikiem Wojewódzkiego Urzędu do Spraw Wyznań. Był to człowiek, który wprawdzie w rozmowie zachowywał się grzecznie, ale był twardy i nieustępliwy przy podejmowaniu decyzji, które zdradzały ducha złośliwości i uprzedzeń.

Dzieło budowy kościoła podjął i doprowadził pomyślnie do końca ks. Proboszcz Józef Gorzelany. Mądrym pociągiem duszpasterskim była zachętą jaką skierował do parafian, by każdy z nich przyniósł kamień, który będzie wykorzystany przy budowie fundamentów i murów. W ten sposób każdy czuł się osobiście zaangażowany we wznoszenie murów nowej świątyni. [...]

Mówię o tym wszystkim, bo nasze ówczesne doświadczenia pokazują, jak rożne mogą się okazać zadania pasterskie biskupa. Jest w tych dziejach także echo pasterskich przeżyć związanych z dzieleniem losów powierzonej mu owczarni. Mogłem osobiście przekonać się, jak bardzo prawdziwe jest to, co zostało powiedziane w Ewangelii o owcach, które idą za dobrym pasterzem: za obcym nie pójdą, bo znają głos swego pasterza. Ma on także inne owce, które nie są z jego owczarni. I te musi przyprowadzić (por. J 10, 4-5.16).

Jan Paweł II, „Wstańcie, chodźmy”!

 

        Pielgrzymka na Wzgórze Krzyży

We wrześniu 1993 Papież z Polski przekroczył granicę ZSRR. Dawną granicę, bo Związek Radziecki nie istniał już od kilkunastu miesięcy, a Jan Paweł II odwiedzał niepodległe republiki bałtyckie: Litwę, Łotwę i Estonie (4-10 IX).

Ta podroż miała wiele wymiarów. Po pierwsze, stanowiła rozrachunek z komunizmem: „Sytuacja wyzysku, w którą wepchnął proletariat pozbawiony ludzkiego oblicza kapitalizm, była tak wielką niegodziwością, że także Kościół otwarcie ją potępiał w swoim nauczaniu społecznym. To ona dostarczyła marksizmowi owego ziarna prawdy, dzięki któremu mógł on cieszyć się takim powodzeniem nawet w społeczeństwach zachodnich. Jednakże proponowane przez niego rozwiązanie musiało prowadzić do klęski. Kiedy człowiekowi odbiera się transcendentny punkt odniesienia, staje się on zaledwie kropla w oceanie [...]. Tak właśnie doszło do powstania sytuacji, w której w imię „klasy” czy rzekomo dobra społecznego prześladowano lub wręcz uśmiercano jednostki” (przemówienie na Uniwersytecie Ryskim). „Przychodzimy tu, aby przypomnieć wszystkich synów i córki waszej ziemi, na których wydawano wyroki, których skazywano na wiezienia, na łagry, na Sybir czy na Kołymę – na śmierć. [...]. Skazywano niewinnych. Rozpętała się wtedy nad waszą ojczyzną straszliwa machina totalitarnej przemocy. Machina systemu, który deptał i poniżał człowieka” (Szawle na Litwie, Wzgórze Krzyży).

Po drugie, pielgrzymka ta – zwłaszcza na Litwie, gdzie Papież odwiedził groby ofiar zabitych w 1991 r. w czasie walk o niepodległość i gdzie towarzyszyła mu świadomość litewsko-polskiego konfliktu narodowościowego – była przestrogą przed widmem nacjonalizmu. „Panie – modlił się Jan Paweł II – nie dopuść już nigdy, by bracia w wierze stali się wrogami, podzieleni przez odmienne interesy, język, narodowe sztandary, tradycje i gwałtowne namiętności” (papież - Polak bardzo się pilnował, żeby niczym nie urazić Litwinów: unikał używania języka polskiego, a Polaków tam mieszkających nazwał nawet „Litwinami polskiego pochodzenia”, co wzbudziło ich wielki żal).

Po trzecie, była to katechizacja społeczeństw postkomunistycznych. Papież proponował swoistą „grubą kreskę”. „W waszych oczach (to znaczy: w oczach ludzi Kościoła) – mówił – nie może być ani zwycięzców, ani pokonanych. [...] Musicie raczej przypominać pokonanym, że nie wystarczy adaptacja do nowej sytuacji, potrzebne jest natomiast szczere nawrócenie i – jeśli to konieczne – zadośćuczynienie. A zwycięzcom trzeba wciąż uświadamiać potrzebę przebaczenia...”

Po czwarte, podróż Papieża do krajów bałtyckich miała wymiar ekumeniczny, szczególnie w krajach luterańskich – na Łotwie i w Estonii (w Estonii mieszka zaledwie 5 tys. katolików), a także ze względu na udział w niej przedstawiciela Patriarchatu Moskiewskiego.

Pielgrzymka miała też dla Ojca Świętego charakter głęboko osobisty. Na Wzgórzu Krzyży, niezwykłej górze, na której wznosi się las przeniesionych tutaj krzyży (komuniści kilkakrotnie równali ją z ziemią – bezskutecznie), Jan Paweł odnalazł krzyż postawiony tu w roku 1981, po zamachu (umieszczony na nim napis głosi: „Chryste, chroń Papieża, prosi Cię Litwa na klęczkach”). A kiedy modlił się w Ostrej Bramie to – jak napisała Józefa Hennelowa – był tam „zwyczajnie szczęśliwy”.

„Nigdy nie byłem w Wilnie – mówił mieszkańcom tego miasta papież Wojtyła. – Jestem tu po raz pierwszy. Równocześnie można powiedzieć, że przez całe moje życie. [...] stale byłem w Wilnie. Byłem w Winie myślą i sercem, można powiedzieć: całym jestestwem”.

W Ostrej Bramie pozostały – jako wota – dwie piuski. Biała, papieska i czerwona, kardynalska, która przywędrowała tu na wyraźne życzenie Jana Pawła w roku 1978, tuż po konklawe.

Janusz Poniewierski, „Pontyfikat”, Znak 2005, Kraków

 

        Anegdoty z życia

Podczas podroży do Izraela pokazuje Papieżowi pewną bardzo “cenną” relikwię: cegłę z domu Abrahama. Papież ogląda i mówi: „A ja sądziłem, że Abraham mieszkał w namiocie”...

*

Pewna przełożona nowego zgromadzenia uczestniczyła we Mszy Świętej z Papieżem. Po zakończeniu Eucharystii, podczas pożegnania i prezentacji osób Papież był zaskoczony tak młodym wiekiem zakonnicy. Siostra z uśmiechem odpowiada Papieżowi że jest z jego pokolenia, Papież odpowiada zdecydowanie: „O nie! Jan Paweł II jest z rocznika 1920!”

*

Przy stole, podczas obiadu z ks. Prałatem Gérard Daucourt, który był w tamtych latach biskupem d’Orléans, Jan Paweł II zadaje mu pytanie: „Czy ma ksiądz biskup jakiś problem w swojej diecezji?” „Tak, Ojcze Święty, mam jeden problem, który nie potrafię rozwikłać... nawrócenie biskupa”. „A, to bardzo dobrze – odpowiada Papież – ten sam problem mamy w Diecezji Rzymskiej”.

*

Pewnego razu mały chłopak zapytał Papieża: „Ojcze Święty dlaczego jeździsz po świecie”? Papież odpowiedział: „Czytałeś to co powiedział Jezus: Idźcie na cały świat i głoście Ewangelie”...

*

Od pewnego czasu stanem zdrowia Jana Pawla II zaczęły bardzo interesować się media. Powtarzano każdą plotkę na ten temat. A sam Papież pytany o swoje zdrowie, odpowiadał: „Nie wiem, nie zdążyłem jeszcze przeczytać porannej prasy”.

*

Podczas rzymskiego spotkania z rozentuzjazmowanymi zakonnicami Jan Paweł II powiedział: „Myślałem, że zakonnice to naród spokojny, a tymczasem robią tyle zgiełku. Rozerwałyby papieża przy pierwszym spotkaniu”.

*

W czasie jednej z pielgrzymek do Afryki było tak gorąco, że osoby towarzyszące Ojcu Świętemu „goniły resztkami sił, a dziennikarze czuli się marnie”. „Tylko papież nie okazuje żadnych objawów zmęczenia – pisał korespondent DPA. – Kiedy wysiadał z samolotu w Kisangani, w sercu zielonego piekła dżungli w północnym Zairze, wyglądał tak samo świeżo jak wówczas, gdy wyjeżdżał z Rzymu”.

W pewnym momencie – opowiada George Weigel – kiedy przechodził koło niemieckiej ekipy telewizyjnej, pomachał im, mówiąc: „Co z wami, chłopcy, żyjecie jeszcze?”.

*

W 1967 roku arcybiskup, metropolita krakowski został mianowany kardynałem.

W drodze do Rzymu arcybiskupowi Wojtyle towarzyszył wówczas ksiądz Tadeusz Pieronek. Wspomina on, że – kiedy jechali już samochodem do Watykanu – Wojtyła, ubrany w strój kardynalski przypomniał sobie nagle, iż nie ma...czerwonych skarpetek. Zatrzymali się zatem przy pierwszym sklepie oferującym „wszystko dla księży”, ale tu czerwonych skarpetek nie było; zostały wykupione – najprawdopodobniej przez innych kardynałów. Pieronek pytał o nie jeszcze w dwóch innych sklepach. Bezskutecznie...

Ponieważ przejeżdżali akurat obok mieszkania księdza Deskura, który miał za sąsiadów kilku kardynałów, ksiądz Pieronek zaszedł do niego z nadzieją, że uda mu się pożyczyć nieszczęsne skarpetki. Drzwi otworzyła zakonnica, która – jak się okazało – dopiero co oddała ostatnią parę jednemu z purpuratów.

Tak więc kardynał Wojtyła odbierał czerwony biret w stroju niekompletnym z punktu widzenia kościelnej etykiety.

Kiedy po uroczystości wychodzili z Kaplicy Sykstyńskiej, Wojtyła zwrócił się do księdza Pieronka: „Wiesz, nie było tak źle. Oprócz mnie jeszcze dwóch kardynałów nie miało czerwonych skarpetek!”.

*

Stary góral opowiadał: „Kardynał Karol Wojtyła chodzieł w góry. Nikt nawet nie wiedzioł, fto on jest, bo się nie przedstawioł, no ale zawsze seł rano na Rusinowom Polone do kaplicy i kiedy był na Rusinowej, to zachodzieł han zawse do babki Kobylarcyk.

Aniela Kobylarczyk była ostatnią gaździną Rusinowej Polany. Każdy ją znał i każdy mógł się z niej napić herbaty. Kiedyś kardynał Wojtyła też ją o herbatę poprosił, ale ona go nie poznała. Powiedziała tylko: „Ej, żeście się najedli, aj najedli, kożdy by herbatkę fciol pić, ale wody to mi ni mo fto przynieść”. Na te słowa poderwał się Kardynał, wziął dwa wiadra i poszedł do źródła po wodę.

Po 16stym października 1978 roku ktoś zagadnął Aniele Kobylarczyk: „No babko, widzicie. Tego, coście posłała po wodę, obrali na papieża, a wyście mu telo dobrze zrobieła, boście mu herbaty uwarzila!”.

Na to babka Aniela Kobylarcyk rzekła ze smutkiem: „Hej, kiedy jo była wiedziała, to jo by mu tej herbaty nie warziła. Miałabyk se teroz dwa wiaderecka wody świeconej”.

Daniel Ange, “I fioretti di Papa Giovanni Paolo II”, Elledici 2008

Janusz Poniewierski, “Kwiatki Jana Pawła II”, “Znak” 2002

 

        Rekolekcje: w poszukiwaniu miłości

Pięć tematów rekolekcji w poszukiwaniu miłości

Ludzie ze Środowiska i ich życie stanowili dla Wojtyły pomost do świata, w którym rzeczywiście żyli, usiłując czynić to jako dojrzali katolicy. To, co zaczęło się w kamieniołomie na Zakrzówku i w fabryce Solvay w Borku Fałęckim, pogłębiało się i poszerzało dzięki ludziom ze Środowiska; „Żyli naszymi problemami”, wspomina Stanisław Rybicki. „Znał życie od tej strony – od strony ludzi, którzy rzeczywiście muszą pracować, żeby zarobić na utrzymanie”.

Grupa, która ostatecznie stała się Środowiskiem, kształtowała się w tym samym czasie, kiedy intelektualne życie Wojtyły nabrało przyspieszenia w związku z habilitacją i rozpoczęciem wykładów na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim w roku 1954. Oba te doświadczenia wzajemnie się wzmacniały. Środowisko było w pewnym sensie polem doświadczalnym dla rosnących umiejętności Wojtyły w dziedzinie refleksji filozoficznej. „Byliśmy poletkiem doświadczalnym dla jego idei”, mówi Danuta Ciesielka. „Wzrastaliśmy w naszym życiu rodzinnym i zawodowym, a on uczył się od nas. Ale nie byliśmy zarozumiali z tego powodu, że go czegoś nauczyliśmy; to była wzajemna wymiana”.

Pięć tematów z jego rekolekcji akademickich z roku 1954 wskazuje na idee, jakie Wujek testował w swoim Środowisku:

1) Życia nie można dzielić na to, co poważne, i to, co błahe, co prawdziwe i co nieważne. Trzeba się przeciwstawiać współczesnej tendencji do dzielenia życia albo do sprowadzenia problemu prawdy do drugorzędnej roli. „Metoda Królestwa Bożego jest metodą prawdy”. Dlatego „człowiek musi być gotów zgodzić się z rzeczywistością, z całą rzeczywistością”.

2) Chrześcijaństwa nie można zamknąć w zachrystii i świątyni ani nie jest ono abstrakcją. „Królestwo Boże głoszone przez Chrystusa nie jest tylko teorią, (...) lecz jest wezwaniem do czynu”.

3) Jezus Chrystus nie był Bogiem udającym, że jest człowiekiem; Jezus Chrystus był Bogiem wcielonym, który w pełni wszedł w dramat ludzkiej kondycji. „Jeden człowiek przeżył na sobie potęgę świętości Boga. Jezus Chrystus. Wziął na się ciężar win ludzkich i stanął z tym balastem przed Bogiem. Świadomość zła grzechu z jednej i świętości Boga z drugiej strony ciągnęły Go do ofiary, do oddania się i jednoczenia z Bogiem. To nam wyjaśni tajemnice Ogrójca i Golgoty...”

4) Miłość to nie jest „spełnianie się” przez posługiwanie się drugim człowiekiem. Miłość to dawanie siebie drugiemu, dla dobra tego drugiego i otrzymywanie go jako dar.

5) Zgubnym paradoksem tej epoki jest, że pomimo rzekomego humanizmu, ostatecznie odwartościowuje osobę ludzką, czyniąc z niej jednostkę ekonomiczną, kategorię ideologiczną, wyraziciela klasy, rasy czy etniczności.

Wujek mówił swoim młodym; jesteście wielcy, ponieważ jesteście stworzeniem Bożym, Każdy, kto próbuje ściągnąć was poniżej tego poziomu, zwłaszcza waszej godności. Zapytana, dlaczego ksiądz Wojtyła był tak atrakcyjny dla młodych ludzi, Teresa Malecka odpowiedziała po prostu: „Bo jest dobrym człowiekiem”. Częścią tego magnetyzmu była jego umiejętność przekonania innych o ich własnej zdolności do dobroci.

„Świadek nadziei”, George Weigel, Znak - Kraków, 2005

 

        Wyszyński i Wojtyła

Karol Wojtyła od momentu, gdy jego nominacja na arcybiskupa krakowskiego została ogłoszona, był zdecydowany nie dopuścić do powstania choćby minimalnego rozdźwięku miedzy nim a Prymasem w kwestii stosunków Kościół – państwo. Po otrzymaniu kapelusza kardynalskiego Wojtyła jeszcze bardziej starał się o to, żeby na zewnątrz pozostawać człowiekiem numer dwa polskiego Episkopatu. Obaj kardynałowie z pewnością różnili się stylem i analizą sytuacji. […] Nigdy jednak miedzy tymi dwoma ludźmi nie powstawał żaden poważny konflikt. Rodzi to pytanie, czy kardynał Wyszyński był mentorem młodszego od siebie mężczyzny, którego kiedyś scharakteryzował, może nieco lekceważąco, jako „poetę”.

Wojtyła podziwiał niewzruszoną postawę Wyszyńskiego, jego niezłomność, poczucie obowiązku i wielotnie zaangażowanie w kwestie sprawiedliwości społecznej. Wojtyła, wychowany w tradycji Sapiehy, w naturalny sposób pozostawał pod wrażeniem Wyszyńskiego jako Pater Patriae w trudnych czasach. Równocześnie Wojtyła nie wahał się wysuwać swej własnej krytyki pod adresem władz, czy kontynuować swojego programu kulturowego oporu za pośrednictwem narzędzi (takich jak „Tygodnik Powszechny”), które Wyszyńskiemu niekiedy trudno było docenić. Silna skłonność Wyszyńskiego do zachowania jednolitego frontu powodowała, że zawczasu wyciszał odmienne poglądy; Wojtyła był człowiekiem, który instynktownie usiłował utrzymać razem ludzi o rozmaitych poglądach. Wyszyński nie ufał intelektualistom i uważał, że honor narodowy najlepiej przechowuje wiara prostych ludzi; Wojtyła, który dobrze wiedział, że intelektualiści potrafią czasami zachowywać się źle, i nieraz tak się zachowują, mimo wszystko był oddany takiemu Kościołowi w Polsce, w którym było miejsce zarówno dla krytycznej inteligencji, jak i ludowej pobożności. Ale kardynał Wojtyła świadomie postanowił, zarówno przez lojalność, jak i taktyczną roztropność, że pozostanie w cieniu Prymasa, ilekroć występują razem.

Równocześnie Karol Wojtyła miał własny styl bycia biskupem, własny sposób odczytywania dynamiki historii współczesnej i własne wyczucie taktyki właściwej dla Kościoła lokalnego, za który był odpowiedzialny. Jest interesujące, że Wojtyła zrobił na arcybiskupie Casarolim w czasie wizyty tego dyplomaty w Krakowie wrażenie bardziej „teoretyka” walki „miedzy komunizmem a rzeczywistością chrześcijańską” niż człowieka „zainteresowanego konkretnymi problemami politycznymi”, która to powściągliwość Casaroli przypisywał dominacji Wyszyńskiego nad polskimi relacjami miedzy Kościołem a państwem. To, co Casaroli postrzegał jako „powściągliwość” Wojtyły, w istocie odzwierciedlało jego odmienne podejście do całego zagadnienia stosunku Kościoła do świata władzy politycznej. […]

Wojtyła nie podchodził do spraw stosunków Kościół – państwo, posługując się jakąś formą „realizmu”, uważającego politykę za królestwo amoralności, ponieważ był przekonany, że nie można z polityki wykluczać sadu moralnego jako właśnie specyficznie ludzkiego rysu. Ze strony kardynała Wyszyńskiego dawało się zauważyć rosnący szacunek dla Karola Wojtyły. Prymas doceniał rolę Wojtyły jako mediatora w sporach z intelektualistami i wiedział, że ten młody hierarcha okazał się zręcznym negocjatorem w wielu lokalnych kryzysach w Krakowie. Doceniał także szacunek Wojtyły względem siebie, który był zarówno osobiście autentyczny, jak i politycznie zasadny, Pierwszym krokiem Wojtyły po mianowaniu na kardynała było odwiedzenie Wyszyńskiego. […]

Taki model okazywania względów Prymasowi przetrwa ponad dekadę. Wojtyła nawet żartował na ten temat. Zapytany, jaki procent polskich kardynałów jeździ na nartach, odpowiedział: „czterdzieści procent”. Na co reporter: „Ależ, Eminencjo, jest tylko dwóch polskich kardynałów”. „W Polsce”, odpowiedział Wojtyła, „Wyszynki liczy się jako sześćdziesiąt procent”. Podczas jednego z największych tryumfów Wyszyńskiego, jaka była wizyta polskiej hierarchii w Niemczech Zachodnich w roku 1978, Wojtyła pozostawał tak daleko w tyle, że trudno znaleźć jakiej fotografie z nim, zrobione przy ten historycznej okazji.

Na Zachodzie zazwyczaj przedstawiano Wyszyńskiego jako reprezentanta „twarde linii”, a Wojtyłę „umiarkowanego”. Prawda jest jaka, że w ostatnich latach urzędowania kardynała Wojtyły w Krakowie komunistyczne władze nienawidziły go i bały się go bardziej niż prymasa Wyszyńskiego. Prymas nie tracił ostrości, ale ruchy w tym szczególnym tańcu były już znane obu partnerom, a znajomość rodzi pewien komfort, choćby nawet wymuszony. Natomiast władze nigdy nie wiedziały, jaki będzie następny krok Wojtyły. Człowiek, który, jak sobie wcześniej wyobrażali, jest spokojnym intelektualistą, stał się charyzmatyczną osobistością publiczną. Jego obrona wolności religijnej była coraz ostrzejsza i uderzała w reżim w najbardziej wrażliwym punkcie, a mianowicie w uzurpowanie sobie przezeń roli prawdziwego reprezentanta narodu polskiego. Stanowił magnes przyciągający młodych ludzi i systematycznie stawał pomiędzy władzami a młodzieżą. Był ekumeniczny w swoim poparciu dla inaczej myślących, częstokroć zapraszając opozycyjnych intelektualistów, katolickich i innych, do swojego salonu przy Franciszkańskiej 3. Władze musiały się obawiać, że oto jest człowiek, który potrafi zrealizować wezwanie opozycjonisty Adama Michnika do zbliżenia miedzy lewicującymi antykomunistycznymi intelektualistami a Kościołem katolickim. Ci, którzy polityczne odczytywanie spraw katolickich – Wyszyński „ konserwatysta” i Wojtyła „umiarkowany” – przenosili na stosunki miedzy polskim Kościołem a państwem, niczego z tego nie rozumieli. Prawdziwego stanu rzeczy nie traciła z oczu ani SB, ani, jak można przypuszczać, jej mocodawcy z KGB. Byli przerażeni, że Wojtyła może zostać prymasem po Wyszyńskim.

„Świadek nadziei”, George Weigel, Znak - Kraków, 2005

 

        Rok Jubileuszowy

W miarę jak Rok Jubileuszowy 2000 posuwa się naprzód, z dnia na dzień i z miesiąca na miesiąc, zamyka się za nami dwudziesty wiek, a otwiera wiek dwudziesty pierwszy. Z wyroków Opatrzności dane mi było żyć w tym trudnym stuleciu, które odchodzi do przeszłości, a w roku, w którym wiek mego życia dosięga lat osiemdziesięciu («octogesima adveniens»), należy pytać, czy nie czas powtórzyć za biblijnym Symeonem «Nunc dimittis»?

W dniu 13. maja 1981 r., w dniu zamachu na Papieża podczas audiencji na placu św. Piotra, Opatrzność Boża w sposób cudowny ocaliła mnie od śmierci. Ten, który jest jedynym Panem Życia i śmierci, sam mi to życie przedłużył, niejako podarował na nowo. Odtąd ono jeszcze bardziej do Niego należy. Ufam, że On Sam pozwoli mi rozpoznać, dokąd mam pełnić tę posługę, do której mnie wezwał w dniu 16.października 1978. Proszę Go, ażeby raczył mnie odwołać wówczas, kiedy Sam zechce. «W życiu i śmierci do Pana należymy ... Pańscy jesteśmy» (por. Rz 14, 8). Ufam też, że dokąd dane mi będzie spełniać Piotrową posługę w Kościele, Miłosierdzie Boże zechce użyczać mi sił do tej posługi nieodzownych.

Jan Paweł II

Testament, Rekolekcje jubileuszowego roku 2000

 

        Afrykański Sekretarz Stanu

Z Papieżem Wojtyłą czułem się „jak w domu”...

Papież starał się, by jego apartamenty stały się domem dla tych, którzy tam mieszkali. Młody ksiądz z Zairu, Emery Kabongo, który został jego drugim sekretarzem w 1982 roku, natychmiast zaważył, iż Jan Paweł II nie zachowywał się „jak wielki wódz”, lecz był „człowiekiem, z którym można żyć”. W dniu, kiedy Kabongo przybył z Sekretariatu Stanu, Papież wszedł właśnie wtedy, gdy przybyszowi pokazywano miejsce pracy: Jan Paweł II przywitał się z nim, pobłogosławił go i zaprowadził do kuchni, by poznał siostry zakonne, po czym powiedział mu, że „należy do rodziny”, i że „Stanislao [Dziwisz, pierwszy sekretarz] to twój brat”. W ciągu sześciu lat pracy w sekretariacie Kabongo ani razu nie został pouczony przez Papieża nigdy nie gniewał się z powodu nieudolności czy biurokratycznych pomyłek: jego rzadkie wybuchy gniewu zdarzały się wówczas, gdy ktoś, kto powinien mieć odpowiednią wiedzą, zaprzeczał jakiejś prawdzie wiary katolickiej. Afrykański sekretarz zauważył również, iż Papież tak układał swe życie, by mieć jak najwięcej kontaktów z ludźmi. Wszystkich traktował z nie udawaną naturalnością. Jan Paweł II, który sam posiadał niemal dworskie maniery, nie zachęcał do całowania go w pierścień, jak tego wymagał dawniejszy zwyczaj, lecz nie wprowadzał również w zakłopotanie tych, którzy chcieli wykonać ten gest szacunku. Papież umiał sprawić, by goście czuli się swobodnie, w czym wielce pomagał mu fakt, iż mówił językami większości z nich.

„Świadek nadziei”, George Weigel, Znak - Kraków, 2005

 

        Wałesa

Był to 1981...

Decydując się wesprzeć Wałęsę i jego przyjaciół mimo straszliwego ciosu, który ich spotkał i który na pozór wydawał się definitywny, Ojciec Święty dokonał trudnego osobistego wyboru. Był wprawdzie papieżem, a nie zwykłym proboszczem którejś z gdańskich parafii, czy nawet arcybiskupem krakowskim, to prawda. Stawka w tej grze była jednak, jego zadaniem, zbyt wysoka i wykraczała daleko poza polskie interesy. Gdyby komunistyczne władze wyrównały rachunki z polskim społeczeństwem tak, jak to zrobiły w Berlinie Wschodnim w roku 1953, w Budapeszcie w roku 1956 czy w Pradze w roku 1968, byłby to koniec nadziei na wyjście z totalitarnego koszmaru. „Solidarność” nie była tylko związkiem, do którego należało dziesięć milionowi członków, wyjątkowo potężnym ruchem społecznym. Była najbardziej wyrafinowaną formą, jaką mogła przyjąć masowa opozycja w systemie komunistycznym, dowodem, że można zwyciężyć bez rewolucji z bronią w ręku, bez przelewu krwi. Gdyby ta forma działania bez przemocy, „w granicach prawa”, była skazana na klęskę, to w najbliższej przyszłości można by było już myśleć tylko o aktach rozpaczy, o terroryzmie, o śmierci. Stawka była zatem w równej mierze moralna, etyczna, jak polityczna i znaczenie przekraczała ramy Polski.

Jan Paweł II z naciskiem przypomniał ten wymiar moralny w swoim orędziu na audiencji wigilijnej dla Polaków: „Żeby siły dobra przeważyły [...] nad siłami zła, żeby siły sprawiedliwości, poszanowania człowieka, miłości Ojczyzny przeważyły nad tymi przeciwsiłami, którymi są nienawiść i zniszczenie, zniszczenie fizyczne czy też chociażby zniszczenie moralne”. Papież patrzył dalej. Angażując się w tę walkę, nie ograniczał się do obrony wartości moralnych, powszechnych, które ucieleśniła zawieszony związek: solidarności, wolności, nie używania przemocy itd. Żądał również ocalenia samej organizacji „Solidarności” jako partnera przyszłego dialogu z władzą. Linia polityczna została obrana i już się nie zmieni: należy wrócić do dialogu miedzy władzłą a społeczeństwem, należy odnaleźć drogę porozumienia narodowego, które nie byłoby – to oczywiste – pozorne. Dialog i porozumienie narodowe, te cele w owym czasie słabo rozumiane, przetrwają i w końcu zatriumfują – ponad siedem lat później.

Bernard Lecomte „Pasterz”, Wydawnictwo Znak, Kraków 2006

 

        Prośba o przebaczenie

W świecie przesyconym prośbami o przebaczenie wygłaszanymi przez żądnych rozgłosu polityków niektórzy mieli trudności ze zrozumieniem religijnego sensu owego Dnia Przebaczenia. Nieporozumienia te podsumował artykuł wstępny w dzienniku „New York Times”, stwierdzając, iż, „przeprosiny” Papieża – jak to określono – nie były wystarczające. Zdaniem redaktorów „New York Timesa”, trudno pogodzić przeprosiny za dyskryminacje kobiet”, z jego „sprzeciwem wobec aborcji i kontroli urodzeń oraz kapłaństwa kobiet”. Chociaż sam pomysł redaktorów gazety, by udzielać lekcji teologii papieżowi, może się wydawać dziwny, jeszcze większe nieporozumienie polega na utożsamianiu Dnia Przebaczenia z „przeprosinami” za kolonializm, jakie wygłosił premier Tony Blair, czy „przeprosinami” za niewolnictwo złożonymi przez prezydenta Billa Clintona. Od pierwszej propozycji dokonania jubileuszowego oczyszczenia sumienia, przedstawionej przez Jana Pawła w 1994 roku, usiłował on wyjaśnić, iż Kościół prosi Boga o przebaczenie grzechów oraz zaniedbań dzieci Kościoła. Tu nie chodziło o przypodobanie się grupom interesu – bal to uroczysty akt pokuty skierowany do Pana Kościoła. To nie były „przeprosiny”, lecz coś znacznie poważniejszego. To było wyznanie win – uczciwe przyznanie się do grzechu i prośba o Boże przebaczenie. A jako takie umacniało ono świadectwo i autorytet Kościoła.

„Świadek nadziei”, George Weigel, Znak - Kraków, 2005