Podgrodzie, osiedle nieco oddalone od Nowego Warpna, długo było enklawą dla dzieci i młodzieży; do 1973 roku funkcjonowało jako Miasteczko Dziecięce, a w latach 1973 –2001 jako placówka oświatowa, ze szkołą z internatem oraz mieszkaniami służbowymi dla osób w niej zatrudnionych.

W 1981 roku, na fali solidarnościowego zrywu, władze oświatowe dopuściły możliwość nauczania religii w ośrodkach zamkniętych. W tej sytuacji, dyrektor Ośrodka w Podgrodziu, mgr Ryszard Gonet (1981-1983), wyraził zgodę na prowadzenie katechezy, która odbywała się jeszcze nie w ramach planu lekcji, ale w godzinach działania internatu. Początkowo katechezę prowadził ks. proboszcz Stanisław Skibiński (1978-1983). Następnie lekcje religii, również w godzinach popołudniowych, prowadziły: Zofia Kurek, Grażyna Wieczorkowska (Jaguszewska) i Helena Kańduła.

Dopiero przemiany ustrojowe w kraju, po wyborach 1989 roku, umożliwiły odprawianie Mszy Świętych na terenie Specjalnego Ośrodka Szkolno–Wychowawczego. Od września 1990 roku Msze Święte odbywały się na korytarzu tzw. małej szkoły (w budynku po prawej stronie arkad). Msze Święte odprawiał ks. proboszcz Alfons Gerard Nuernberg (1983-1994), w porozumieniu z dyrektorem Ośrodka – mgr Andrzejem Janiakiem (1990-1997). Na Msze niedzielne uczęszczało ok. trzydziestu mieszkańców (dorosłych i dzieci) oraz kilkunastu wychowanków SOSW.

Co niedzielę wyznaczona rodzina ustawiała na korytarzu stoły, które zastępowały ołtarz i wystawiała krzesełka z klas. Naczynia liturgiczne przywoził ze sobą ksiądz; a po Mszy wszystko przywracano do pierwotnego stanu, gdyż od poniedziałku odbywały się lekcje. Lichtarze, krzyż, mszał, ornat przechowywane były w pokoju nauczycielskim. Z inicjatywy ówczesnego proboszcza zakupiono (ze składek podgrodzian ) księgi liturgiczne.

Widząc niedogodności tej sytuacji Ryszard Gonet (będący już na emeryturze) wyszedł z inicjatywą, do Kurii Biskupiej i ks. proboszcza, przeznaczenia jednego z budynków mieszkalnych w Podgrodziu na kościół. Pomysł Ryszarda Goneta przeszedł proces weryfikacji. Ostatecznie dyrekcja Ośrodka: mgr Andrzej Janiak, mgr inż. Edward Kopala i mgr Dariusz Korda oraz Kuratorium Oświaty, wyraziło zgodę na przekształcenie pierwszego, przy bramie wjazdowej, budynku gospodarczego na kościół.

Pod jakim wezwaniem miałby zaistnieć kościół filialny w Podgrodziu rozstrzygnął plebiscyt ogłoszony przez ks. proboszcza. Z pośród trzech propozycji: św. Stanisława Kostki, Świętej Rodziny i św. Franciszka z Asyżu – wybrano tę ostatnią.

Prace adaptacyjne rozpoczęły się od wyburzenia ścian działowych i stropu oraz wykucie okien. Usuwaniem gruzu zajmowali się szczególnie państwo: Zofia i Marian Obryccy, Eugenia i Henryk Wnukowie, panie Teresa Gbur i Maria Dworniczak oraz wychowankowie Ośrodka. Emerytowany stolarz - Marian Obrycki zaproponował, aby nie wyburzać całkowicie stropu, ale pozostawić kilka belek i na nich ułożyć podłogę, wykonać balustradę i schody. I tak powstał chór.

Dzięki przychylności i zaangażowani dyrekcji Specjalnego Ośrodka Szkolno-Wychowawczego, a szczególnie dyrektora administracyjno-gospodarczego mgr inż. Edwarda Kopali, kościół powstawał w dużej mierze systemem gospodarczym. Wykonanie tynków, posadzki, boazerii, ołtarza, drzwi, schodów, chóru, dachu, wstawianie okien, drzwi i podłączenie mediów powierzono rzemieślnikom - pracownikom Ośrodka: Marianowi Postawie, Andrzejowi Wiśniowskiemu, Tadeuszowi Miętkiemu, Edwardowi Dworniczakowi, Waldemarowi Musze, Romanowi Karolewskiemu, Stefanowi Szajkowskiemu i Krzysztofowi Jachowi. Podkreślić należy, iż wyżej wymienieni pracowali często społecznie, po godzinach. Wiele prac wykonali także uczniowie szkoły zawodowej, w ramach praktyk, z nauczycielem - Stefanem Adamczykiem.

Stolarz - Tadeusz Miętki był wykonawcą (według własnego pomysłu) elementów drewnianych znajdujących się w kościele. Emerytowany nauczyciel - Zygfryd Moska ufundował witraże do dwóch okien, które powstały w pracowni Barbary i Piotra Haładudów w Szczecinie. Pozostałe „witraże”, techniką naklejanej półprzezroczystej folii, wykonał miejscowy plastyk Benedykt Klunder. Materiały budowlane były kupowane ze składek lub przekazywane przez mieszkańców. Wyposażenie kościoła tj. szaty liturgiczne, obrusy na ołtarz, lichtarze, dywany itp. zostały ofiarowane przez poszczególnych parafian lub zakupione ze składek. Kościół wyposażono w krzesła i ławy wycofane ze szkoły.

Ostatni etap adaptacji budynku odbywał się pod kierunkiem nowo powołanego proboszcza - księdza Krzysztof Tracza (1994-2004). Ksiądz proboszcz zakupił brakujące materiały budowlane, zamówił tabernakulum, obraz św. Franciszka z Asyżu i pamiątkową tablicę, która widnieje na zewnętrznej ścianie. Sformalizował także geodezyjne wytyczenie działki; jej przejęcie przez parafię nastąpiło dopiero 2014 roku.

Kilka metrów przed wejściem usytuowany jest krzyż - z okrągłych belek, który ufundował i wykonał mgr Jarosław Kwiatkowski (wychowawca SOSW). Przed kościołem i z lewej jego strony ułożono szeroki chodnik z płyt chodnikowych, a dokonali tego pracownicy placówki - szczególnie Marian Postawa, Waldemar Mucha i Andrzej Wiśniowski. Płyty zmieniono na polbruk dopiero w 2011 roku, przy okazji wymiany nawierzchni wszystkich ulic w Podgrodziu.

Kościół filialny pod wezwaniem św. Franciszka z Asyżu poświęcił JE ks. abp Marian Przykucki w dniu 14 grudnia 1994 roku. W uroczystości wzięli udział: dyrekcja i uczniowie placówki oraz licznie zgromadzeni mieszkańcy, będący jednocześnie (w przeważającej części) pracownikami Ośrodka.

Przez kilka lat kościółek w Podgrodziu funkcjonował bez zakrystii, dopiero w latach 1998-2001 dobudowano niewielka wieżę, w której znajduje się zakrystia; zbudowali ją Tadeusz Miętki oraz Marian Postawa. Początkowo zakrystia nie miała bezpośredniego połączenia z okściołem, ksiądz z ministrantami wchodzili bocznymi drzwiami.

Ksiądz Stanisław Drewicz, proboszcz od 2004 roku, zainicjował kupno nowych naczyń liturgicznych oraz połączenie zakrystii z kościołem (wykonane przez Dariusza Lisa i Pawła Żelewskiego).

Zbiórkę pieniędzy na rzecz budowy i utrzymanie kościoła, przez wiele lat, z oddaniem, prowadziła Teresa Żelewska.

Cechą charakterystyczną kościoła filialnego w Podgrodziu jest brak schodów. Główne wejście usytuowane jest na poziomie chodnika, co umożliwia osobom na wózkach inwalidzkich samodzielny wjazd do jego wnętrza.

Przy pisaniu artykułu oparłam się o własną pamięć jak i pamięć pań: Grażyny Jaguszewskiej, Anny Stachuli, Eugenii Wnuk, Teresy Żelewskiej, Wiesławy Toboły oraz panów: Zygfryda Moski i Ireneusza Piotrowskiego, orza Andrzeja Wiśniowskiego.

Barbara Sowińska-Adamczyk

 

P.S.

Przy kościele, po prawej stronie, rosną niewielkie cisy, o których mówi legenda - „Cztery cisy” zamieszczona w zbiorze pt. „Król Leszcz i inne opowieści” autorstwa Barbary Sowińskiej- Adamczyk.

 

 

Cztery cisy
(Legenda)

Do podgrodzkiej szkoły z internatem zawsze trafiała młodzież z problemami w nauce lub zachowaniu. Ale jednego roku, pod koniec lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, zostało skierowanych wielu uczniów, którzy mieli za sobą wyroki sądów dla nieletnich, a także kontakt z alkoholem i narkotykami. Ciężko więc było utrzymać dyscyplinę i wdrożyć tych młodych ludzi do systematycznego uczęszczania na zajęcia lekcyjne, a szczególnie na katechezę.

Pamiętnego roku przed świętami wielkanocnymi, w marcu, odbywały się dla uczniów rekolekcje, ale kilku największych rozrabiaków nie chciało być ani w kościele, ani w świetlicy. Znaleźli sobie zabawę polegającą na bieganiu w koło kościoła, zaglądaniu do okien, a nawet pukaniu w nie. Nie pomagało zwracanie uwagi przez nauczycieli. Skończyli swoje wygłupy dopiero, gdy skończyło się nabożeństwo i ze wszystkimi udali się na obiad.

Im było bliżej końca roku szkolnego, tym najtrudniejsi wychowankowie czuli się coraz bardziej bezkarni. Sami wybierali się na dłuższe wycieczki po całym półwyspie. Niektórzy mieszkańcy zwracali uwagę nastolatkom, że nad wodę mogą chodzić tylko pod opieką wychowawcy grupy. Piętnastoletni i starsi chłopcy twierdzili, że jest to ograniczanie ich samodzielności. Często odpowiadali aroganckim slangiem: „Co panią to obchodzi. Wawca wie, że poszli my z grupy”.

Podczas jednej z takich dalszych wypraw na cypel, za hotelem, znaleźli łódkę wędkarza. Nie był to jeszcze sezon wędkowania, więc dość duża łódź była przewrócona i na brzegu przywiązana łańcuchem. Ale co tam kłódka i łańcuch dla takich „zuchów” jak oni.

A pogoda tego roku w połowie kwietnia była iście letnia... Chłopcy wymykali się z internatu, aby popływać tą łódką. Trwało to kilka dni. Niestety, jak wiadomo, kwiecień - plecień... Wróciła niemal zima, śnieg z deszczem i silny wiatr. Jednak wychowankowie ośmieleni pływaniem w poprzednie pogodne dni, postanowili i tego dnia popływać. Po lekcjach zamiast iść prosto do internatu, pobiegli ścieżką przez las, do alei lipowej, prowadzącej nad wodę. Zauważyła to nauczycielka, która była już po pracy i przypadek sprawił, że znalazła się w tym miejscu. Niektórzy uczniowie, gdy ją spostrzegli schowali się za dwa drzewa. Zaczęła więc wywoływać ich po imieniu:

– Ariel, Michał, Radek i Tomek wychodźcie zza tych drzew.

Zza bliższego drzewa wyłonił się jeden, a zza następnego, aż trzech. Stali jeden za drugim, jednak było trochę widać ich kurtki. Sławek, Darek i Mietek nie zdążyli się schować, więc sami podeszli do niej.

– Dlaczego nie idziecie do internatu po skończonych lekcjach ? Wiecie, że regulamin przewiduje, że jesteście albo w szkole, albo w internacie.

Zaczęli śmiać się i wulgarnie określać gdzie mają regulamin i dyrekcję. W końcu jeden z nich powiedział ugodowo, ale tym ich żargonem:

– Panią, zara pójdziem do grupy. Tylko sie przejdziem skrajem lasu.

Nauczycielka pomyślała, że chcą zapalić papierosa, bo wiadomo było, że większość wychowanków paliła. Uwierzyła, tym bardziej, że nie miała pojęcia o ich wcześniejszym pływaniu łodzią. Wróciła do domu nie przeczuwając tragedii.

Siedmiu pobiegło do „swojej” łodzi. Ale na wzburzone wody Zalewu wypłynęło sześciu, gdyż jeden z nich, widząc wysokie grzywy fal, bał się do niej wsiąść. „Śmiałkowie” gdy spostrzegli, że silny wiatr i fala za mocno odpycha łódź od brzegu i nie są w stanie wiosłami jej zawrócić, wpadli w panikę. Brawura opuściła ich i zdawało się im, że jedyny ratunek to płynąć do brzegu wpław. Zaczęli wyskakiwać z łodzi. Jako ostatni wyskoczył nawet ten, który nie umiał pływać.

Woda miała zaledwie kilka stopni... Wysoka fala... W tych warunkach tylko jeden, Mietek, wyszedł na brzeg. I to on przyniósł straszną wiadomość kierownictwu placówki, że pięciu kolegów utonęło w pobliżu plaży.

Nauczycielka, która ostatnia widziała uczniów na drodze, prawie przez pół roku musiała udowadniać brak związku przyczynowo - skutkowego między spotkaniem uczniów na drodze, a późniejszą tragedią. „Kaniec kańcow”, jak mawiają Rosjanie, na początku nowego roku szkolnego komisja dyscyplinarna oddaliła stawiany jej zarzut nie wyegzekwowania powrotu uczniów do internatu.

Jak wieść niosła, od chwili wypadku niektórzy podgrodzianie bali się chodzić w kierunku plaży tą mroczną, otoczoną lasem aleją. Nie mówili jednak z jakiego powodu. Może coś widzieli, co ich przestraszyło? Owa nauczycielka nie odczuwała żadnego lęku i jak dawniej lubiła tam spacerować. Pewnego październikowego dnia, wybrała się na jesienny spacer ze swoim psem. Gdy szła aleją, z lekkim sercem – oczyszczona z absurdalnego zarzutu, zaprzątnięta myślami o bieżących sprawach, miało miejsce niezwykłe zdarzenie.

Pies, którego trzymała na smyczy, zaczął ciągnąć ją pod jedno z drzew. Zaczął je obwąchiwać, tak jakby ktoś przy nim stał. W tym miejscu, tuż przy lipie, jego pani zauważyła pięciocentymetrową samosiejkę cisu. Zdziwiła się podwójnie, bo wiele lat spacerowała po tym lesie i nigdy nie widziała samosiejki tych krzewów, a po drugie pamiętała, że za tym drzewem stał jeden z „ umarłej klasy”. Jeszcze bardziej zdziwiła się, gdy pies zaciągnął ją pod następne drzewo, przy którym rosły trzy malutkie cisy. A było to drzewo, za którym, feralnego dnia, chowali się trzej chłopcy. Te cztery cisy automatycznie skojarzyła z uczniami, którzy wówczas chowali się przed nią. Pomyślała więc, co to wszystko ma oznaczać? Dlaczego pies ciągnął ją akurat pod te dwa drzewa? Nie zlękła się jednak i dalej spokojnie spacerowała aleją usłaną żółtymi, szeleszczącymi pod nogami liśćmi.

Dopiero wieczorem rozmawiając z mężem o tym zdarzeniu, uświadomiła sobie, że dokładnie, co do godziny, mijało wtedy pół roku od wypadku. Zdała też sobie sprawę, że nie może to być tylko przepadek: cztery cisy, rozmieszczone tak jak skrywali się przed nią uczniowie i dokładnie pół roku później. No i nie jakiekolwiek samosiejki, ale samosiejki cisów – długowiecznych, cmentarnych krzewów.

Chociaż nie wszystko mogła zrozumieć z tego co ją spotkało, postanowiła przesadzić te krzewinki koło kościoła w Podgrodziu. Mimo, że znalazła cztery cisy, dokupiła piąty, bo pomyślała, że przecież zginęło pięciu wychowanków, tylko jednego nie odnaleziono. Ale o dziwo, przez kilka lat z rzędu piąty krzaczek cisu ciągle marniał. A to został skoszony kosiarką, a to złamany, a to uschnął. Przez kilka kolejnych lat kobieta dosadzała piąty cis. Aż w końcu, doszła do wniosku, że skoro znalazła cztery cisy w tak charakterystycznym miejscu, to coś w tym musi być. Również po tych kilku latach, córka przypomniała jej swój sen, który śniła w nocy po wypadku, a który opowiedziała jej wówczas przez telefon.

A było to tak. Kiedy nauczycielka zadzwoniła następnego dnia po zaginięciu uczniów do córki mieszkającej w internacie i sama jeszcze nie wiedziała, że utonęli, ona opowiedziała jej straszny sen: „Poszłam z koleżanką z Podgrodzia na plażę, bo ktoś nam powiedział, że tam wylądowały ufoludki. Gdy doszłyśmy do trzcin, zobaczyłyśmy leżące na pograniczu wody i piasku cztery martwe ciała, ni to ludzi, ni to ryb, którymi kołysały fale... Obudziłam się przerażona”.

Usłyszawszy wtedy ten dziwny sen, ogarnęło ją jakieś złe przeczucie, że uczniowie nie uciekli z placówki, jak wielu przypuszczało, ale musiało wydarzyć się coś tragicznego. Rzeczywiście, po kilku dniach poszukiwań na lądzie i wodzie przez policję, pracowników ośrodka i wychowanków, w końcu nurkowie wydobyli ciała czterech topielców i ułożyli je na piasku, tuż przy trzcinach. Piątego ucznia – Radka – nie odnaleziono i uznano go za zaginionego...

I do dzisiaj rosną przy kościele w Podgrodziu cztery cisy. I „zaglądają” przez niewielkie okna do kościółka, jakby chciały do niego wejść, ale nie mogą...

Barbara Sowińska-Adamczyk

 

 

Reasumując...

Świątynia pw Świętego Franciszka z Asyżu w Podgrodziu stanowi obecnie filię parafii pw Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Nowym Warpnie. Od lat 70-tych XX wieku Podgrodzie stanowiło ośrodek wakacyjny m.in. dla dzieci i młodzieży. Powstanie tu kościoła zawdzięczać należy zrywowi solidarnościowemu oraz zgodzie na prowadzenie katechizacji przez duszpasterzy wydaną przez dyrektora tutejszego ośrodka dla młodzieży Ryszarda Goneta. W 1994 roku zaadaptowano jeden z budynków gospodarczych na kościół nadając mu wezwanie franciszkańskie. Ostatnie prace polegające na doposażaniu wnętrza przebiegały w latach 1999 - 2004. Ostatecznie po kilku latach prac adaptacyjnych i pomocy wielu parafian i młodzieży ze szkoły zawodowej przyszedł dzień 14 grudnia 1994 roku, kiedy to arcybiskup Marian Przykucki poświęcił nowy Dom Boży.

Ostatecznie mały budynek na planie prostokąta pokryty jest dwupłaszczyznowym dachem jednokalenicowym. Nad zadaszonym wejściem umieszczono na frontowej ścianie duży krzyż metalowy. Wewnątrz centralnym punktem jest prezbiterium ze stołem ołtarzowym, obrazem patrona, witrażem z Matką Boską Częstochowską oraz tabernakulum z Najświętszym Sakramentem. Od zachodu w kościele zbudowano niewielką emporę muzyczną.